Woń Twych pachnideł słodka, olejek rozlany – imię Twe…

Mnich Kościoła Wschodniego , 10 maja 2022

O praktyce modlitwy Jezusowej

Jak widzieliśmy, bizantyński Wschód rozumiał, nie do końca precyzyjnie, przez modlitwę Jezusową wszystkie wezwania modlitewne zbudowane wokół Imienia Zbawiciela. To wezwanie miało różne formy w zależności od tego, czy było używane samo, czy posługiwano się mniej lub bardziej rozbudowaną formułą. Jest zresztą sprawą każdego określenie „jego” własnej formuły przyzywania Imienia. Na Wschodzie ostatecznie wykrystalizowała się forma Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, ale nie była i nie jest to formuła jedyna. Bizantyńczycy uważali, że modlitwą Jezusową można nazwać każde powtarzanie wezwania, którego sercem i siłą jest Imię Jezusa. Można zatem na przykład mówić Jezu Chryste! lub Panie Jezu! Najstarszą formułą, i wedle naszej opinii najprostszą, jest samo wezwanie Jezus.

W takim właśnie sensie będziemy tutaj pisać o modlitwie Jezusowej.

Ta modlitwa może być wymawiana na głos lub powtarzana jedynie w myślach. Mamy zatem do czynienia z formą modlitwy, która znajduje się pomiędzy modlitwą ustną i myślną, medytacyjną i kontemplacyjną. Można ją praktykować w każdym czasie i na każdym miejscu: w kościele, pokoju, na ulicy, w biurze, warsztacie itd. Można modlić się Imieniem podczas spaceru. Początkujący dobrze jednak zrobią, przymuszając się do jakiejś regularności, wyznaczając sobie czas i spokojne miejsce, aby oddać się tylko tej praktyce. Zresztą ta pewna sztywna reguła nie wyklucza swobodnego przyzywania Imienia w innych chwilach dnia.

Zanim rozpoczniemy wzywanie Imienia, dobrze byłoby wpierw próbować osiągnąć pokój i pewne skupienie; należy też poprosić o pomoc Ducha Świętego, gdyż bez Niego nikt nie może powiedzieć, że Panem jest Jezus (1 Kor 12,3). Wszelkie inne przygotowanie jest zbyteczne. Podobnie, gdy chcemy się nauczyć pływać, musimy rzucić się do wody, podobnie i tutaj trzeba „rzucić się” w Imię Jezusa. Gdy wymówi się je po raz pierwszy z miłością, w pełnej czci adoracji, nie pozostaje nic innego, jak tylko przylgnąć do niego, przytulić się, i powtarzać je powoli, ze słodyczą i w pokoju. Byłoby błędem, podnoszenie wewnętrznego głosu, aby próbować na siłę odszukać emocje, radość czy pokój. Kiedy Bóg objawił się prorokowi Eliaszowi, nie był w burzy ani w ogniu; objawił się w szmerze powiewu (1 Krl 19). Chodzi o to, aby stopniowo koncentrować całe nasze istnienie wokół Imienia, by pozwolić, aby niczym kropla oliwy przeniknęło ono całe nasze jestestwo.

W akcie modlitwy nie trzeba przyzywać Imienia bez przerwy. Raz wezwane Imię rozciąga swe trwanie na dłuższe chwile milczenia, spoczynku, ciszy, czystego wewnętrznego czuwania – jesteśmy wtedy jak ptak, który uderzywszy kilka razy skrzydłami, płynie potem łagodnie w przestworzach. Jakiekolwiek napięcie, wszelki pośpiech powinny zostać wyeliminowane. Gdyby pojawiło się zmęczenie, należy przerwać wołanie i podjąć je, gdy poczujemy się znów gotowi. Nie chodzi o to, aby dosłownie i nieustannie powtarzać Imię, ale raczej o to, aby zamieszkało ono w ukryty sposób w naszym sercu. Ja śpię, lecz serce me czuwa (Pnp 5,2).

Nie należy też ulegać duchowej czułostkowości, poszukiwaniu emocjonalnych doświadczeń. Jest sprawą naturalną, że chcielibyśmy uzyskać jakieś konkretne rezultaty, że pragniemy choćby dotknąć szat Zbawiciela i zatrzymać Go, dopóki nam nie pobłogosławi. Niemniej nie dopuszczajmy do siebie myśli, że godzina, którą spędziliśmy na wzywaniu Imienia, gdy nic nie odczuwamy, ale jesteśmy pozornie zimni i oschli, jest czasem straconym. To wołanie, które dla nas wydaje się być bezpłodne, jest bardzo miłe Bogu, gdyż – jeśli można tak powiedzieć – jest chemicznie czyste, wolne od poszukiwania jakichś przyjemności duchowych, a zredukowane do ofiary samej woli. Zbawiciel w swym nieskończonym miłosierdziu otacza swe Imię aurą radości, ciepła i światła. Woń Twych pachnideł słodka, olejek rozlany – imię Twe. Pociągnij mnie za sobą! Pobiegnijmy! (Pnp 1,3–4).

Epizod czy metoda?

Wzywanie Imienia dla jednych będzie tylko epizodem na ich duchowej drodze, a dla innych jedną z metod, którą będą stosować. Będą jednak i tacy, dla których wzywanie Imienia będzie ową jedyną metodą, wokół której zorganizują całe swoje życie duchowe. Próba podjęcia arbitralnej czy kapryśnej decyzji, że można nas zaklasyfikować do trzeciej grupy, byłaby równoznaczna z rozpoczęciem budowy, której upadek byłby wielki. Modlitwy Jezusowej się nie wybiera. Można być do niej powołanym przez Boga, o ile uzna On to za wskazane. Można się oddać modlitwie Jezusowej na mocy specjalnego powołania, o ile inne powołanie nie ma w naszym życiu pierwszeństwa. Jeśli ta forma modlitwy nie stanowi przeszkody dla innych form, do których jesteśmy zobowiązani w związku z naszym stanem, jeśli towarzyszy nam stałe jej pragnienie, jeśli wydaje w nas ona dobre owoce czystości, miłości i pokoju, jeśli nasi stali duchowi kierownicy nas do niej zachęcają, to mamy tutaj do czynienia jeśli nie z wyraźnymi znakami powołania, to przynajmniej z pewnymi wskazówkami, które należy uważnie i pokornie rozważyć. Drogę Imienia uznawało wielu Ojców monastycyzmu wschodniego i zachodniego. Jest to zatem droga dobra i otwarta. Należy się jednak wystrzegać nieroztropnej gorliwości i nachalnej propagandy. Nie wolno krzyczeć w zapale fałszywego oświecenia: „To jest najlepsza modlitwa”; a jeszcze bardziej trzeba unikać stwierdzeń w stylu: „To jest jedyna modlitwa”. Sekrety królewskie należy ukrywać w półmroku. Członkowie różnych wspólnot czy też ci, którzy mają żyć wedle określonych zasad, zobaczą sami, w jakiej mierze droga Imienia jest do pogodzenia z tym, co dla nich samych jest obowiązkiem. Odpowiednia wskazówka kierownika pomoże im w rozwiązaniu tego problemu. Nie będziemy tutaj zajmować się modlitwą liturgiczną, gdyż modlitwa indywidualna, o której tutaj mówimy, nie stoi w jakiejś opozycji do niej. W żadnym wypadku nie sugerujemy tutaj tym, którzy trwają w głębokim modlitewnym dialogu z Bogiem, albo tym, których modlitwa jest wielkim stanem milczenia, aby porzuciwszy dotychczasową praktykę podjęli się modlitwy Jezusowej. Nie ujmujemy nic innym rodzajom modlitwy, gdyż najlepszą formą jest dla każdego ta, do której skłania go Duch Święty oraz te aspekty zewnętrzne, do których zachęcają go kierownicy. To, co chcemy z pewnym umiarkowaniem powiedzieć „na korzyść” modlitwy Jezusowej, choć jest to opinia bez wątpienia prawdziwa, to fakt, że jej praktyka pomaga w uproszczeniu i zintegrowaniu naszego życia duchowego. O ile zatem skomplikowane metody rozpraszają i ostatecznie prowadzą do zmęczenia, modlitwa oparta na jednym słowie może pomóc w ujednoliceniu i scaleniu duszy, której grzechów jest cały legion (por. Mk 5,9). Imię Jezusa staje się ogniskiem życia, źródłem życia; powoli Imię to przenika wszędzie i uświęca wszystko. Nie można jednak sądzić, że przyzywanie Imienia jest jakąś ścieżką na skróty, która zwalniałaby od ascetycznego wysiłku i konieczności oczyszczenia. Imię Jezusa samo w sobie jest narzędziem ascezy, swego rodzaju filtrem, przez który powinniśmy przepuszczać rodzące się w nas myśli, słowa i czyny, aby stały się zgodne z wolą Bożą, którą Imię to symbolizuje. Gdy Imię to jednoczy się z naszą duszą, powoduje, że umiera nasze fałszywe ja, że zamiera w nas egoizm, który jest źródłem wszelkiego grzechu.


Fragment książki "Modlitwa Jezusowa. Jej początek, rozwój i praktyka w tradycji bizantyńsko-słowiańskiej"







 


Mnich Kościoła Wschodniego – o. Lew (Ludwik Gillet), ur. w 1893 roku w Saint-Marcelline we Francji. W wie­ku 27 lat wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru w Farnborough w Anglii. Studiował w Rzymie. Udał się na Ukrainę, gdzie w Uniowie współorganizował klasztor studycki. W 1927 r. przeniósł się do Nicei. Po ogłoszeniu encykliki “Mortalium animos” w 1928 r. przeszedł na prawosławie. W 1939 r. wyjechał do Londynu. Działał także w Libanie. Zmarł w Anglii w 1980 r.

Fot: levangabechava / orthphoto.net /