Najmniejsze, co mogę zrobić

o. Michael Gillis (tłum. Gabriel Szymczak), 29 kwietnia 2022

Jedno z odwiecznych zmagań, jakie toczę w życiu duchowym, pochodzi z formy dumy, która mocno we mnie tkwi i przejawia się w postawie „wszystko albo nic” - i wobec życia duchowego, i innych dyscyplin życiowych. Może przybierać różne formy na różnych płaszczyznach mojego życia, ale zawsze przebiega według podobnego schematu. Schemat jest taki: wyznaczam sobie cel, zasadę lub ideał, taki, który mógłbym łatwo osiągnąć, gdybym tylko trochę się przyłożył. Ten cel może być celem pracy lub modlitwy; może to być reguła postępowania (np. ile czasu z komputerem sobie dam, ile i co będę lub czego nie będę jadł lub pił); lub może to być jakiś ideał – na przykład jak powinien wyglądać lub zachowywać się duchowny. Mówię sobie, że każdy taki cel, reguła lub ideał, jaki sobie stawiam, jest rozsądny i możliwy do osiągnięcia, jeśli tylko trochę się napnę, jeśli tylko się sprężę.

Jednak nie mówię sobie, czego mój umysł nigdy nie ujawnia mi w tym procesie tworzenia wyzwań dla siebie; co jest tak oczywiste, ale czego nigdy nie widzę – to jest to, że mój umysł akceptuje te cele, zasady i ideały, przyjmując bardzo wyidealizowany obraz mnie samego, moich zdolności i okoliczności. To znaczy w dobry dzień, kiedy jestem wyspany, kiedy nie było żadnych kryzysów, żadnych przeszkód w moim harmonogramie, żadnych załamań, zawiedzeń na ludziach lub rzeczach, na których polegam, w tak idealnym dniu, który rzadko nadchodzi – jeśli tylko trochę się przyłożę – to rzeczywiście mogę zrealizować większość wyzwań, większość tego, co „powinienem zrobić”. W taki dzień rzeczywiście mogę osiągnąć swój cel, postępować zgodnie z moją regułą i żyć zgodnie z moim ideałem. Ale takie dni są bardzo rzadkie. A co mam robić w pozostałe dni? Często nic nie robię. Poddaję się. Mówię sobie:

• „Jeżeli nie mogę dziś rano wypełnić mojej reguły modlitewnej, to równie dobrze mogę po prostu zostać w łóżku.”

• „Ponieważ już złamałem post, równie dobrze mogę zjeść wszystko.”

• „Jeśli nie mogę być tak miły, jak powinienem, ludzie będą musieli po prostu przyzwyczaić się do tego, że jestem zrzędliwy.”

• „Skoro już zgrzeszyłem, oglądając lub słuchając czegoś, czego nie powinienem, równie dobrze mogę to robić dalej.”

Czy to brzmi jakoś znajomo?

Jednak przez lata odkryłem strategię, rodzaj sztuczki, którą robię i która bardzo mi pomaga w te dni, które nie są idealne. Odkryłem tę sztuczkę, kiedy pogodziłem się z faktem, że większość mojego przygnębienia jest zakorzeniona w dumie, biorącej się z wyidealizowanego mniemania o sobie. Złoszczę się na siebie, kiedy nie dorastam do tego, szczerze mówiąc, nierealistycznego obrazu siebie, jaki mam. Jest nierealny, ponieważ istnieje tylko w moim umyśle, a nie w sposobie, w jaki żyję. To było przerażające odkrycie i podejrzewam, że takie jest dla każdego, kto go doświadcza. „Czy Bóg nas będzie kochał?” - zastanawiamy się. Czy naprawdę możemy przyjść do Boga pod warunkiem, że objawia się nam złamanie naszego życia – a nie w wyidealizowanym obrazie nas samych, który istnieje tylko w naszych umysłach? Czy możemy, w przeciwieństwie do Adama i Ewy, wyjść z krzaków bez przykrywania się listkami figowymi naszego wyidealizowanego obrazu samych siebie? Czy mogę powiedzieć Bogu, że jestem nagi i nie mogę się ubrać?

Oczywiście Bóg już wie, że jesteśmy nadzy. Bóg już wie, że żałośnie upadliśmy w realizacji naszych celów i ideałów. Bóg już wie - to my musimy to zaakceptować. Jezus powiedział o Duchu Świętym, że kiedy przyjdzie, „uświadomi światu grzech i sprawiedliwość, i sąd” (J 16, 8). Zastanawiam się, czy to uświadomienie sobie naszej nędznej nieadekwatności nie jest w rzeczywistości dziełem Ducha Świętego, dziełem Boga, który już wie, że jesteśmy nadzy; dziełem Ducha Świętego w nas, przekonującym nas o wyidealizowanym, światowym sposobie myślenia o nas samych i odsłaniającym nam bolesną prawdę. A bolesną prawdą jest to, że rzeczywiście jesteśmy Laodycejczykami, o których mowa w Księdze Objawienia. Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy „nieszczęśni i godni litości, i biedni i ślepi, i nadzy”. Raczej staraliśmy się zignorować pęknięcia w ścianach naszego ego; staraliśmy się być czymś stale zajęci; upewniamy się, że wszystko z nami w porządku, a przynajmniej że nie jest tak źle, nie jesteśmy aż tak zepsuci, jak niektórzy inni. Ale Łaska Boża jest wytrwała. To jak tresura psa - Bóg ciągle nas poucza. Bóg nie pozwala nam odejść. Bóg nie pozwala nam łatwo żyć według naszego wyidealizowanego poglądu na siebie.

Zauważyłem coś związanego z wielkością Boga, wielkością lub małością mojego postrzegania Boga oraz Jego miłości i troski o ludzkość. Kiedy widzę siebie w swojej wyidealizowanej formie, kiedy nie wyglądam tak źle, kiedy jestem całkiem dobry, kiedy w zasadzie jestem na dobrej drodze, Bóg wydaje się stosunkowo mały: nietrudno sobie wyobrazić, że Bóg mógłby mnie kochać. Kiedy jednak z łaski Bożej widzę swoje grzechy, kiedy widzę swoje upadki i moje złamania, kiedy okoliczności i doświadczenie zmuszają mnie do tego, by zobaczyć – och, tak boleśnie - że jestem o wiele bardziej nieszczęśliwy, ślepy, głupi i samolubny, niż mi się wydawało – kiedy widzę siebie takim, jakim naprawdę jestem, to Bóg jest ogromny, Boża miłość jest niesamowita. Boża miłość musi być niesamowita, skoro Bóg mógł pokochać takiego kogoś, jak ja… A jeśli Bóg może kochać nawet mnie, tak nagiego, ślepego i nędznego, to nie jest tak trudno zobaczyć, jak Bóg może kochać wszystkich. A jeśli Bóg kocha wszystkich, to Bóg musi też kochać mnie. (Wiem, że jest to argument okrężny, ale logika to tylko kolejny ideał, do którego staram się dopasować. W rzeczywistości mój umysł rzadko jest logiczny).

W przeszłości (i wciąż od czasu do czasu), kiedy postrzegałem siebie jako mocnego, jako kogoś, kto „powinien” coś zrobić (cokolwiek by to nie było), kiedy postrzegałem siebie w ten sposób, a jednak w tym samym czasie żałośnie brakowało mi czegoś w jakiejś dziedzinie, często po prostu się poddawałem, ulegałem mojej słabości i nic nie robiłem. Kiedy jednak zaczynam akceptować to, że jestem nagi i że Bóg mnie kochał i nadal kocha, wiedząc, że jestem nagi, wtedy mogę zacząć zdobywać się na odwagę, by wyjść zza listków figowych mojego nadętego spojrzenia na siebie. Mogę spojrzeć na moje niepowodzenia w osiąganiu celów, przestrzeganiu zasad lub spełnianiu moich ideałów, i powiedzieć sobie: „Cóż, rzeczywiście. Czego innego mógłbym się spodziewać po kimś tak pokręconym, jak ja”.

I tu wkracza ta mała sztuczka, o której wspomniałem wyżej. Kiedy czuję, że upadam lub zaraz znów upadnę, zadaję sobie pytanie: „Ponieważ nie mogę ofiarować Bogu tego, co powinienem, co jest najmniejsze, co mógłbym zrobić w tej sytuacji?” Na przykład, jeśli wydaje mi się, że nie mogę wstać z łóżka, aby rano odmówić moją regułę modlitwy, wtedy zadaję sobie pytanie: „Co najmniejszego mogę zrobić?” Odpowiedź, której sobie udzielę, może brzmieć mniej więcej tak: „Cóż, przynajmniej możesz wstać i odmówić modlitwy Trisagion, a potem wrócić do łóżka”. Mógłbym też powiedzieć coś w stylu: „Cóż, przynajmniej możesz odmówić modlitwę Jezusową w łóżku”. Lub „najmniej, co możesz zrobić, to zresetować alarm - masz wystarczająco dużo czasu, aby wstać, zapalić świecę i powiedzieć początek i koniec swojej reguły”. Mówię sobie: „no cóż, przynajmniej to mogę zrobić”.

W takich okolicznościach widzę siebie jako człowieka z przypowieści o talentach, który otrzymał tylko jeden talent. Właściciel mówi mu, że zamiast zakopać talent, mógł go przynajmniej przekazać bankierom, aby przyniósł odsetki. To ja. To ja jestem tym człowiekiem z jednym talentem. Nie mogę robić tego, co robią inni. Nie mogę inwestować i podwajać mojego „talentu Łaski”, jak mówią nam hymny Wielkiego Tygodnia. Ale przynajmniej mogę zrobić coś. Oznacza to, że jeśli zamierzam przerwać post, ponieważ… (cóż, z jakiegokolwiek powodu), to przynajmniej mogę nie poddać się mojemu pragnieniu całkowicie: przynajmniej mogę zjeść ser, a nie rybę; rybę zamiast kurczaka lub kurczaka - a nie stek. Co najmniejszego mogę zrobić? Przynajmniej to mogę zrobić. I odkryłem, że kiedy to robię, kiedy ofiaruję Bogu najmniej, Bóg łaskawie to przyjmuje.

Mogę sobie wyobrazić, że niektórzy z was krzyczą lub coś w was krzyczy: „ale powinniśmy dać Bogu wszystko, co najlepsze, a nie najmniejsze!”. I oczywiście macie rację. Ale oto bolesna rzeczywistość, której nie chcemy zaakceptować w odniesieniu do siebie: często najmniej jest naszym najlepszym. Najlepszego nie definiuje wyidealizowany obraz nas samych, jaki mamy w głowie. Najlepsze jest definiowane przez to, kim naprawdę jesteśmy i co naprawdę mamy, i co jesteśmy w stanie zrobić i zaoferować Bogu w konkretnych okolicznościach i rzeczywistości naszego życia - takiego, jakim jest, a nie takiego, jakim powinno być lub jakiego byśmy sobie życzyli.
To, co naprawdę mamy do zaoferowania Bogu, pochodzi od tego, kim naprawdę jesteśmy, a nie od tego, kim myślimy, że powinniśmy być. A kiedy zaczynamy ofiarowywać Bogu dwa wdowie grosze naszej rzeczywistości, tego, kim naprawdę jesteśmy, zaczynamy naprawdę się zmieniać. Myślę, że wtedy zaczyna się przemiana. Aż do tego momentu wszystko przygotowywało nas, abyśmy byli gotowi zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy, abyśmy byli gotowi na przyjęcie Bożej miłości do nas w naszym nędznym stanie, gotowi ofiarować Bogu nie to, co powinniśmy, ale to, kim jesteśmy.

I to doświadczenie, ten ruch od „powinno” ku „jest”, był dla mnie jednym z bardziej bolesnych przejść w moim życiu duchowym. I to nadal się dzieje. Czasami zdumiewa mnie głębia złudzenia co do siebie, gdy na nowo dostrzegam rozmiar mojej arogancji, mojego egoizmu i niezachwianą dobrą opinię o sobie - nawet w obliczu codziennych dowodów na coś dokładnie przeciwnego.
Codziennie muszę wracać do siebie. Codziennie muszę wychodzić z krzaków nago przed Bogiem. Codziennie muszę się ukorzyć i ofiarować Bogu coś najmniejszego, ofiarować Bogu o wiele mniej, niż powinienem, o wiele mniej, niż sobie wyobrażałem. A jednak to właśnie mam i taki jestem. To niewiele, ale przynajmniej to, co mam, to, kim jestem, przynajmniej tę odrobinę oddaję Bogu. I Bóg to przyjmuje w Swojej wielkiej miłości do człowieka. I Bóg przyjmuje to tak, jak otrzymał dwie miedziane monety wdowy. Bóg je przyjmuje, chociaż są drobiazgiem, biorąc, co najmniejsze i czyniąc to nie tylko wystarczającym, ale czyniąc to wielkim, ponieważ tak właśnie działa Bóg.

o. Michael Gillis (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Praying in The Rain

fotografia: novinar /orthphoto.net/