Czołg w składzie porcelany

o. Mariusz Synak, 10 kwietnia 2022



Niniejszy tekst chciałbym poświęcić próbie przybliżenia mocno skomplikowanych zagadnień natury administracyjno-cerkiewnej za naszą wschodnią granicą – istnego przysłowiowego „składu porcelany”. 

Aby spróbować dojść do ładu i odnaleźć jakiś sens w tym ukraińskim kołowrotku wydarzeń, proponuję cofnąć do roku 1991 – roku rozpadu Związku Radzieckiego. Rosyjski Kościół Prawosławny, czyli Patriarchat Moskiewski obejmował wówczas swym zasięgiem – w wielkim skrócie – tereny byłego Związku Radzieckiego, w tym interesujące nas ziemie ukraińskie, funkcjonując pod postacią tzw. egzarchatu z tytułem metropolity Kijowskiego i Halickiego (by się nie pogubić w gąszczu bliźniaczo brzmiących nazw, nazwijmy go Kościołem, Cerkwią PM, jak Patriarchat Moskiewski). Ta jednostka kościelna, kierowana przez egzarchę (inaczej namiestnika) i podległa patriarsze moskiewskiemu, istniała na Ukrainie do roku 1991, kiedy to na skutek powstania niepodległej Ukrainy i rozpadu ZSRR patriarchat moskiewski powołał autonomiczny Ukraiński Kościół Prawosławny w formie metropolii z tytułem jej zwierzchnika – metropolity Kijowskiego i całej Ukrainy. Urząd ten objął (kontynuując dotychczasowe kierowanie wcześniejszym Egzarchatem) uznany teolog, bardzo ceniony wówczas hierarcha - metropolita Filaret (Denysenko). To jeden Kościół. Prócz Cerkwi PM na ziemiach ukraińskich działał też – ze zmiennym szczęściem - z powodu diametralnie różnej pozycji władzy radzieckiej do kwestii jego istnienia - to legalny, to nielegalny, rozwiązany w roku 1930 i reaktywowany w czasie II Wojny Światowej i raz jeszcze wywołany z zakamarków historii w 1989 Ukraiński Autokefaliczny Kościół Prawosławny (A, jak autokefalia) – to drugi Kościół. Po wielu latach zawirowań uznany przez świat cerkiewny za kanoniczny, tj. kościelnie legalny dopiero w roku 2018 dość kontrowersyjną decyzją patriarchy Konstantynopolitańskiego Bartłomieja po to, by kilka miesięcy później poddać się samorozwiązaniu, przechodząc do nowo utworzonego Kościoła Prawosławnego Ukrainy (oznaczmy go literami ZA, czyli umownie zjednoczony autokefaliczny). To trzeci Kościół.

Wróćmy do Filareta - to postać niezmiernie interesująca i znacząca w najnowszej historii Cerkwi Ukrainy, jak i samej Ukrainy jako państwa. Bez krótkiej sprawki biograficznej próba zrozumienia procesów, zachodzących aktualnie u naszego wschodniego sąsiada, a dokładniej w jego życiu cerkiewnym, byłaby jeśli nie niemożliwa, to przynajmniej bardzo trudna. Urodzony na Donbasie, rocznik 1929, po błyskotliwej karierze akademickiej i administracyjnej (diecezje ryska, leningradzka, wiedeńska i austriacka, moskiewska) od 1966 roku arcybiskup kijowski i halicki. Tu, czyli na Ukrainie, dał się poznać jako jeśli nie zagorzały, to przynajmniej gorący przeciwnik ukrainizacji Cerkwi, propagator kultury rosyjskiej i języka rosyjskiego jako oficjalnego języka Cerkwi (czytaj jej rusyfikacji). Mając poparcie władz partyjnych, ostro występował przeciwko niekanonicznym strukturom cerkiewnym na Ukrainie, jak również przeciwko zwolennikom uzyskania autokefalii, czyli pełnej niezależności kościelnej od Moskwy, widząc w tym jedynie ideę polityczną, nie mającą nic wspólnego ze sferą religijną. Na równi z tym, aktywnie opowiadał się za trwaniem ZSRR w jego ówczesnym kształcie. Do historii przeszła wielokrotnie wypowiadana przez niego opinia: „Cerkiew ukraińska nigdy nie będzie autokefaliczna”, w której dziś wyraźnie słychać sarkastyczny chichot historii, o czym przekonamy się za chwilkę. Swą pozycję podkreślał tym mocniej, że wiosną roku 1990, po śmierci patriarchy moskiewskiego Pimena, pełnił funkcję Strażnika tronu patriarszego, co w języku przez większość zrozumiałym określa się mianem p.o. patriarchy. W tym czasie Cerkiew rosyjska szykowała się do wyboru kolejnego zwierzchnika; wystawiono trzy kandydatury, z których jedną okazał się nasz bohater. Ten zaś był – powiedziawszy bardzo delikatnie – murowanym kandydatem, przynajmniej w swojej własnej opinii i w mniemaniu sił, które reprezentował. Stało się jednak inaczej, sobór przegłosował kandydaturę Aleksego (Rydygiera). To był punkt zwrotny i zarazem zawrotny w dalszej karierze naszego Filareta. Do kompletu historycznych w tym przypadku wydarzeń doszło przyjęcie przez Parlament Ukrainy „Deklaracji o niepodległości” w sierpniu 1991 roku. Filaret wykonał tzw. woltę i od tej chwili zaczął bardzo aktywnie zabiegać o autokefalię dla kierowanej przez siebie metropolii (co skądinąd było bardzo logiczne w wyniku uzyskania niepodległości przez Ukrainę, w pełnej zgodzie z 34 Kanonem Apostolskim), jak i ukrainizację samej Cerkwi. Założenie było (nawet dla mało wprawnych obserwatorów) dość czytelne – jeśli nie udało się zostać patriarchą w Moskwie, zawsze można było zostać nim w Kijowie. Sęk w tym, że nie było odpowiedniej Cerkwi, która mogłaby to zaoferować. Ale metropolita Filaret, po dwóch latach intensywnych sporów wewnątrz-cerkiewnych ostatecznie pozbawiony w czerwcu 1992 roku przez Rosyjski Kościół Prawosławny wszystkich godności i sprowadzony do rangi szeregowego mnicha, w tym samym czerwcu uczestniczy już w powołaniu Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego (czyli Kościoła PK). To czwarty Kościół.
Proszę się nie obawiać, piątego już raczej nie będzie…

W roku 1995 umiera drugi z kolei zwierzchnik tej Cerkwi, Włodzimierz. Jego dość zagadkowa śmierć, a dokładniej uroczystości pogrzebowe wywołały gwałtowne zamieszki w górnym starym Kijowie, obok soboru Mądrości Bożej. Zwolennicy tegoż Kościoła (PK) zamierzali złożyć trumnę z ciałem zwierzchnika na terenie świątyni, lecz nie było na to zgody władz – to po pierwsze; teren świątyni był wówczas muzeum państwowym - to po drugie; dostępu broniły masywne, jak się okazało - nie do sforsowania wrota – to po trzecie, i w końcu sprzeciwiały się temu całe rzesze duchowieństwa i wiernych Cerkwi Ukraińskiej Patriarchatu Moskiewskiego (czyli PM), która już wówczas cieszyła się dużą autonomią. Ostatecznie po gwałtownych starciach z milicją i anty-demonstrantami, i wobec niemożności pochówku w upatrzonym miejscu (nieobecny prezydent Kuczma nie reagował na telefony z prośbą o otwarcie bramy wjazdowej), ciało „patriarchy” Włodzimierza spoczęło nieopodal wjazdu na teren cerkwi, w naprędce wygrzebanej (na ile dobrze pamiętam – w asfalcie) płytkiej mogile. Do śmierci Włodzimierza (niegdysiejszy metropolita) Filaret był postacią drugoplanową, natomiast w roku 1995, dokładnie w listopadzie, nałożono mu białe, patriarsze nakrycie głowy, tzw. kłobuk. Można by powiedzieć, że historia skończyła się happy endem, gdyby nie to, że najbardziej interesująca jej cześć dopiero przed nami.

Tzw. „patriarcha” Filaret szuka poparcia dla swej Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Kijowskiego (PK) za granicą wśród podobnych jej, nielegalnych struktur kościelnych, ale bez większych sukcesów. Uzyskuje za to pełne poparcie władz państwowych, widzących w nim twórcę Cerkwi narodowej, tak potrzebnej nowej Ukrainie, będącej zarazem przeciwwagą dla Cerkwi Ukraińskiej Patriarchatu Moskiewskiego (PM). Pojawia się otwarty konflikt – mając do dyspozycji bojówki UNA-UNSO (organizację narodowców, przekształconą w pamiętnym roku 2014, roku Majdanu, w tzw. Prawy Sektor) podejmuje próby siłowego odbierania świątyń i monasterów. Do historii weszła pamiętna i dramatyczna próba szturmu Kijowo-Pieczerskiej Ławry w lipcu 1992 roku, mająca na celu zakłócenie intronizacji wybranego na miejsce usuniętego Filareta kolejnego metropolity Kijowa i całej Ukrainy, Włodzimierza (Sobodana). Nawiasem mówiąc tego, który należał (wraz z Filaretem i zwycięskim Aleksym) do wspomnianej na początku trójki kandydatów do tronu patriarchy moskiewskiego, po śmierci Pimena. I byłby kierował nasz patriarcha kijowski swoją narodową Cerkwią, gdyby nie kolejna postać, patriarcha ekumeniczny Bartłomiej. Po krótkim rozpoznaniu sytuacji, na prośbę prezydenta Petra Poroszenki i dotychczasowego patriarchy kijowskiego, czyli Filareta, na polecenie Konstantynopola w roku 2018 zostaje zwołany w Kijowie sobór zjednoczeniowy kilku ukraińskich Cerkwi, w wyniku którego, na mocy tomosu, czyli aktu założycielskiego podpisanego przez patriarchę Bartłomieja w styczniu 2019 roku w katedrze św. Jerzego w Stambule, powstaje nowy Kościół – Prawosławna Cerkiew Ukrainy (ZA), nie tylko popierana, ale wręcz faworyzowana przez władze państwowe. To – oprócz wielu niewątpliwych plusów dla samej Ukrainy – jednocześnie mocny atut przy dramatycznie spadającym poparciu dla ustępującego prezydenta, zapowiadającego z tomosem w ręku start (nieudany zresztą) w kolejnych wyborach. Decyzja Bartłomieja – delikatnie mówiąc – wprowadziła świat prawosławny w spore zdumienie, na tyle spore, że na pierwsze uznanie tego kroku za legalny (czynione nie bez oporów i trochę tylnymi drzwiami) ze strony innych Kościołów prawosławnych trzeba było czekać prawie rok. Natomiast niektóre z nich (w tym Cerkiew polska) nie uznają go za legalny po dziś dzień. Automatycznie też Patriarcha Ekumeniczny zdjął wszystkie kary kościelne, nałożone na Filareta przez Patriarchat Moskiewski, czym wywołał równie wielką konsternację wśród pozostałych Kościołów prawosławnych. Na tyle wielką, że decyzji o przywróceniu do pozbawionych godności pana Mykhayla Denysenko (bo po odłączeniu od Cerkwi w roku 1997 tak się powinno do niego zwracać) nie uznał - z tego, co mi wiadomo – żaden lokalny Kościół prawosławny. Filaret (na tamten czas już wybitnie persona non grata w świecie prawosławnym) uzyskuje tytuł honorowego patriarchy nowego Kościoła Ukrainy (naszego ZA) i prawo celebrowania nabożeństw w jednej z centralnych cerkwi Kijowa – zabytkowym soborze św. Włodzimierza, do którego zresztą przez dziesiątki lat zdążył się już przyzwyczaić. Od władz państwowych otrzymuje najwyższe odznaczenie państwowe – tytuł Bohatera Ukrainy, miasto Lwów w uznaniu jego zasług dla narodu nadaje mu honorowe obywatelstwo. Nie czas to spocząć na zasłużonych, sędziwych laurach? Nie, to jeszcze nie happy end, Filaret ma jeszcze coś do powiedzenia. Tytuł patriarchy, choć zaszczytny, pozostawał jedynie honorowym, ponieważ kierowanie nowym Kościołem (przypomnijmy – ZA) powierzono mało znanemu, niespełna czterdziestoletniemu metropolicie Epifaniuszowi. Trzeba nadmienić, że wspomniany hierarcha był nie tylko wychowankiem Filareta, ale i przez kilka lat pełnił funkcję jego osobistego sekretarza, szykowanego (po śmierci swego mentora) do objęcia po nim patriarszej schedy. Teraz, na soborze zjednoczeniowym 2018 roku, jako pierwszy w historii zwierzchnik z tytułem autokefalicznego metropolity Kijowskiego i całej Ukrainy wysunął się mocno przed Filareta, pozostawiając go już gdzieś w cieniu wykuwanej najnowszej historii Ukrainy. Tu niespodziewanie nasz znany już z kreatywności bohater dokonuje kolejnej wolty i… ogłasza wyjście ze struktur nowo utworzonej (z własnej inicjatywy i na własną prośbę przecież) Prawosławnej Cerkwi Ukrainy (czyli ZA). Wypowiada patriarszy tomos i reaktywuje rozwiązany przez siebie Patriarchat Kijowski (PK). Na odpowiedź ze strony Kościoła – Matki, tym razem Prawosławnego Kościoła Ukrainy (ZA), czyli metropolity Epifaniusza, nie trzeba było długo czekać. Jeszcze pod koniec czerwca odebrano Filaretowi zarząd nad diecezją kijowską, natomiast na skutek kolejnych, godzących w porządek kościelny działań upomnianego wcześniej hierarchy wykluczono go z ciała kierowniczego, czyli świętego Soboru Biskupów. W ten sposób historia zatoczyła koło – poprzednie waśnie z Patriarchatem Moskiewskim wróciły w nowej odsłonie, tym razem już z utworzonym na jego (Filareta) własną prośbę i przy jego ogromnym zaangażowaniu pro-państwowym Prawosławnym Kościele Ukrainy (ZA). Ostatecznie były metropolita Kijowa, tzw. patriarcha Filaret staje ością w gardle i władzom świeckim, które nie bardzo wiedzą, co mają w tym przypadku z nim, z tak zasłużonym patriotycznie hierarchą, wzorcowym patriotą, bohaterem Ukrainy, począć. Pozostaje chyba tylko, jak pisał św. Grzegorz z Nazjanzu: „czekać tej chwili, jakże wspólnej dla całego rodu ludzkiego”, co w przypadku 93-letniego hierarchy nie wydaje się czymś bardzo odległym…

Podsumujmy schematycznie – starszy Ukraiński Autokefaliczny Kościół Prawosławny (A) i podobny mu, współczesny (Kijowski Patriarchat, PK) jednoczą się w Kościół Prawosławny Ukrainy (ZA), po czym i A, i PK, zgodnie z umową zjednoczeniową ulegają samorozwiązaniu. Czysto teoretycznie, ponieważ Kościół PK wycofuje swój akces i powraca do stanu sprzed zjednoczenia. Pytanie o sens takich ruchów wydaje się w tym momencie bardzo zasadne.

Pragnę zauważyć, że dla pełni tego, jak widzimy, mocno skomplikowanego obrazu nie poruszyliśmy jeszcze kwestii Kościoła PM, czyli autonomicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego, dla odróżnienia od poprzednich A, PK i ZA zwanym Cerkwią Patriarchatu Moskiewskiego. W przeciwieństwie do wcześniej wymienionych ten, kierowany aktualnie przez sobór biskupów na czele z metropolitą Kijowskim i całej Ukrainy Onufrym, uznawany jest przez cały świat prawosławny za legalny. W strukturach tej Cerkwi znajdują się (stan na 4 kwietnia) najbardziej znane na Ukrainie miejsca kultu religijnego – Ławra Kijowsko-Pieczerska (siedziba metropolii i szkół teologicznych), Ławra Poczajowska, Ławra Swiatohirska… Ogromnym problemem jest, zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń, jego kanoniczna zależność od Patriarchatu Moskiewskiego. Jak się okazuje, nie jest to zależność sztywna i wieczna, ponieważ na dziś (a piszę te słowa – przypomnę – 4 kwietnia) już kilkanaście diecezji i cały szereg poszczególnych parafii w innych eparchiach nie wymienia imienia patriarchy Cyryla podczas sprawowanych liturgii. Powstaje bardzo proste pytanie – dlaczego ta Cerkiew ukraińska nie ma jeszcze statusu autokefalicznej? Objaśnić to przykre i rodzące wiele dramatycznych problemów zaniedbanie można na kilka sposobów. Po pierwsze – po swoim wyborze na tron patriarszy Aleksy II, wizytując w roku 1990 Poczajowską Ławrę zapewnił zebrane tam duchowieństwo, iż Moskwa nada autokefalię swojej dotychczasowej metropolii (przypomnijmy, wówczas jeszcze na prawach egzarchatu). Dlaczego więc - mimo tak uroczystych i na takim poziomie składanych obietnic – tego nie uczyniono? Skończyło się tylko nadaniem dość szerokiej, ale jednak autonomii, nie zaś pełnej niezależności. Może przeceniono aktywność ponownie zalegalizowanego Kościoła greckokatolickiego i Autokefalicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego (w naszej nomenklaturze A) wobec intensyfikacji działań, którymi planowano wprowadzić autokefalię jako przeciwwagę? Może zaważyła na decyzji nieufność, jaką wzbudzała postać metropolity Filareta, kierującego jeszcze wtedy metropolią kijowską? Ten w kwietniu roku 1992 nawiązał do obietnicy Aleksego II i próbował przekonać członków soboru Cerkwi Rosyjskiej do autokefalii kierowanej przez siebie metropolii, wystosowując apel podpisany również przez innych ukraińskich hierarchów z wnioskiem o nadanie niezależności, ale skutek był odwrotny – sprawę odłożono na „święty nigdy”, natomiast Filaret wobec fiaska swego pomysłu zgodził się pod przysięgą ustąpić ze stanowiska i objąć inną, rosyjską katedrę. Po powrocie na Ukrainę jednak, wbrew soborowej przysiędze, zaktywizował wysiłki, mające na celu usunięcie biskupów, przeciwnych autokefalii. Za te działania w czerwcu 1992 roku został ukarany przez Patriarchat Moskiewski, ale wiemy już, że zaraz później dołączył wraz z częścią podległych mu parafii do Kościoła Patriarchatu Kijowskiego, czyli PK. Te zawirowania spowodowały rosnącą niechęć hierarchów do samej idei autokefalii, mimo ich zgodnego apelu o jej nadanie jeszcze z końca maja 1992 roku na soborze w Charkowie, na którym wybrano następcę usuniętego z urzędu Filareta – metropolitę Włodzimierza. Ten, w dzień przybycia na kijowską katedrę również ogłosił, iż jego głównym celem będzie uzyskanie autokefalii, ale obserwując zamieszanie wywołane przez Filareta i swoiste religijne wichrzycielstwo w wykonaniu Patriarchatu Kijowskiego, szybko wycofał się z tego pomysłu. W podobny sposób zaczęli odbierać te wysiłki sami wierni, ponieważ od tej chwili były postrzegane jako działania popierające zdjętego z urzędu Filareta i traktowane jako swoista zdrada, brak lojalności, uczestnictwo w awanturze o bardziej politycznym niż religijnym charakterze. Taki stan rzeczy w kijowskiej metropolii trwał jeszcze kilka lat, co potwierdził metropolita Włodzimierz w roku 1997, stwierdzając, iż nadanie autokefalii jego metropolii (PM) spotęgowałoby ryzyko rozłamu administracyjnego, przy czym – o dziwo – bardziej obawiał się tego, iż sympatyzujący z Patriarchatem Moskiewskim wierni mogliby próbować utworzyć jakąś własną strukturę. Czas pokazał, że liczba tych akurat wiernych stale maleje, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.

Powstaje pytanie – co dalej? I pytanie to nie dotyczy już Kościoła ZA, czyli zjednoczonej Cerkwi ukraińskiej, która powoli, z pomocą patriarchy ekumenicznego, odnajduje swe miejsce w świecie kanonicznego prawosławia, lecz wyłącznie metropolii kijowskiej z władyką Onufrym na czele, czyli PM. Obserwując wywołany wojną proces narastającego zrywania łączności z Patriarchatem Moskiewskim poszczególnych parafii i diecezji można się spodziewać, iż soborowi biskupów metropolii kijowskiej Patriarchatu Moskiewskiego nie pozostanie już nic innego, jak tylko potwierdzić ten fakt. Metropolita Epifaniusz (zwierzchnik zjednoczonej ukraińskiej Cerkwi, czyli ZA) czeka z otwartymi ramionami i „współczującym, braterskim sercem”. No tak, ale w strukturach tego Kościoła funkcjonuje dwóch hierarchów, którzy w niesławie odeszli ze wspomnianej metropolii, wzięli udział w soborze zjednoczeniowym 2018 roku i zostali za to ostro osądzeni, w dodatku młodszy z nich cieszy się mocno wątpliwą reputacją. Ponadto ważność święceń samego metropolity Epifaniusza jest w świecie kanonicznego prawosławia mocno sporna. Czy miałoby to być zatem (przy wyraźnym braku miłości) małżeństwo z rozsądku? Hmm, nie sądzę… Może patriarcha Bartłomiej byłby tu „lekiem na całe zło” w tej złożonej sytuacji? Niczym deux ex machina? No, ale kolejna autokefalia na tym samym terenie? Mimo dużych zdolności dyplomatycznych, wielkiego zaangażowania w sprawę Ukrainy i wybitnej kreatywności Patriarchy Ekumenicznego, takie rozwiązanie chyba nie może wchodzić w grę. Świat prawosławny i tak już przeżył w ciągu ostatnich paru lat kilka bardzo mocnych wstrząsów, może wystarczy... Kto wie, może polska Cerkiew wróci z nawiązką do starych, międzywojennych granic? Przynajmniej w formie tymczasowego egzarchatu?

Jestem pewien, że przyszłość przyniesie jakieś rozwiązanie. Musi przynieść, i to w miarę szybko, ponieważ w grę wchodzi cała wielka rzesza kojarzonych (jeszcze) z Moskwą i duchowieństwa, i wiernych, którzy będą musieli się zmierzyć z następstwami rosyjskiej agresji. To ogromna cena, którą ten Kościół już zaczyna płacić... Warto zauważyć, że duża część z wymienionej grupy to ludzie oddani Ukrainie, z pewnością nie koniunkturaliści, wierni kościelnym kanonom, w pewnym sensie zakładnikami których aktualnie się stali. A jak to wszystko się ma do tytułu, którym opatrzyłem dzisiejsze rozważania: „Czołg w składzie porcelany”? Dokładnie tak – do dość skomplikowanego magazynu bardzo delikatnej porcelany, który próbowałem z grubsza opisać, brutalnie wjechały czołgi. Pod flagą moskiewskiego i rządu, i patriarchatu.

Moi Drodzy, niezależnie od powyższych rozważań korzystając z okazji chciałbym gorąco, z całego serca podziękować wszystkim tym, którzy stale i ofiarnie wspierają akcję pomocy walczącej i cierpiącej Ukrainie, biorąc udział nie tylko w naszych, wspieranych i organizowanych przez polskich hierarchów, duchowieństwo i wiernych, akcjach, ale na każdym froncie tego kolosalnego przedsięwzięcia. Tak po chrześcijańsku – ogromne Bóg zapłać!

o. Mariusz Synak

za: cerkiew.info

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/