Czy chrześcijaństwo na Zachodzie upada

o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak), 05 maja 2022

To pytanie jest często zadawane przez zaniepokojonych ludzi Kościoła, zwłaszcza tych z „głównych” Kościołów tutaj, w Kanadzie – Zjednoczonego Kościoła, Kościoła anglikańskiego i Kościoła rzymskokatolickiego. Statystycy kościelni, zwykle z zatroskanymi minami i grobowym głosem, uroczyście ogłaszają, że chrześcijaństwo od dziesięcioleci upada. Jeden z takich statystyków z Kościoła anglikańskiego przewidział, że do 2040 r. temu Kościołowi może zabraknąć wiernych.

Sugerują oni, że odpowiedzią jest „dostosowanie się” do zmian w społeczeństwie, co zwykle oznacza „stanie się bardziej podobnymi do wszystkich wokół nas, aby wszyscy wokół nas uznali nas za bardziej sympatycznych i wrócili do Kościoła”.

Anglikański analityk, ze swoją ponurą prognozą i przewidywalnym rozwiązaniem, wskazał na anglikański modlitewnik jako przykład problemu. Powiedział: „Musimy przeformułować to, kim jesteśmy. Jeśli mówimy: „A nasz modlitewnik ma już 400 lat i to jest najważniejsze”, to ludzie przyjdą do naszych drzwi i powiedzą: „Nie, nie wydaje mi się”.
Kiedy podzieliłem się tą informacją z moją żoną, ona tylko się roześmiała i odpowiedziała: „No cóż, tylko 400… podbijam o tysiąc!” – to nawiązanie do jeszcze starszego wieku naszej własnej Liturgii prawosławnej... Ponieważ wiek niekoniecznie unieważnia lub dyskwalifikuje. Koło istnieje już dużo dłużej niż 400 lat i jego popularność wcale nie jest zagrożona.

Nie można jednak zaprzeczyć, że liczba uczęszczających do kościoła rzeczywiście spada i taki trend utrzymuje się od pewnego czasu. (Odnosi się to tylko do kościołów chrześcijańskich; liczba sikhów, buddystów, muzułmanów i hindusów wzrasta z powodu imigracji i, jak podejrzewam, posiadania wielodzietnych rodzin). Twierdzę jednak, że samo chrześcijaństwo nie maleje, ale utrzymuje się na stałym poziomie i może nawet rosnąć. Pozwólcie mi to wyjaśnić.

W okresie mojej młodości (a to wieki temu…) zwykle w niedzielę ludzie szli do kościoła, a jeśli ktoś nie szedł - to zwykle przyznawał się do tego, jakby przepraszając. Szanowani ludzie chodzili do kościoła, ponieważ było to godne szacunku. Frekwencja w kościele również wzrastała w tej wcześniejszej epoce, ponieważ opcje rozrywki były wtedy bardziej ograniczone niż obecnie. W sobotnim wydaniu gazety zawsze znajdowała się „Sekcja Religijna”, zawierająca reklamy różnych kościołów, pogrupowanych według wyznania, z dużym napisem na całej podwójnej stronie, wzywającym czytelników do „Udziału w uwielbieniu w kościele lub synagodze Twojego wyboru". Innymi słowy, uczęszczanie do kościoła było częścią naszej kultury, niezależnie od tego, czy ktoś miał prawdziwą i osobistą wiarę – zwłaszcza, że większość sklepów i tak była zamknięta w niedziele. Co innego można było robić w niedzielny poranek?

Teraz większość sklepów jest otwarta w niedziele i oprócz śpiewania hymnów kościelnych i słuchania kazań istnieje szeroki wybór innych możliwości rozrywki. Wiatry się zmieniły i teraz odczuwa się presję, by przeprosić za chodzenie na nabożeństwa, a nie za trzymanie się z daleka. Ale nie wierzę, że prawdziwa wiara chrześcijańska jest teraz rzadsza niż wtedy.

Wierzę, że większość ludzi w tamtych czasach nie miała wiary, której Chrystus żąda i którą uważa za rzeczywistą. Pan powiedział: „Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co do niego należy, nie może być Moim uczniem” (Łk 14, 33). Innymi słowy, posiadanie prawdziwej wiary oznacza oddanie swojego życia i duszy całkowicie i wyłącznie Jezusowi Chrystusowi, i przygotowanie się na śmierć za Niego w każdej chwili. Podejrzewam, że większość ludzi wypełniających kościoły w okresie jurajskim mojej młodości nie miała takiej wiary.

To rozróżnienie nie jest nowe; zostało to zauważone przez myślicieli takich jak CS Lewis, który zmarł w 1963 roku. Komentując spadek frekwencji w kaplicach na swojej uczelni w Oksfordzie, napisał: „Upadek religii, tak często opłakiwany, jest postrzegany poprzez pustoszejące kaplice. Jest prawdą, że kaplice, które były pełne w 1900 roku, w 1946 są puste. Ale ta zmiana nie była stopniowa. Stało się to dokładnie w momencie, gdy kaplica przestała być obowiązkowa. Sześćdziesięciu ludzi, którzy byli tylko nominalnymi chrześcijanami, przestało przychodzić; pięciu chrześcijan pozostało”.

Uważam, że w takiej właśnie sytuacji znajdujemy się teraz na Zachodzie. To, co uchodziło za chrześcijaństwo, często wcale nim nie było; było tylko niejasnym, sentymentalnym deizmem moralnym. Nasza kultura porzuciła tę religię i przyjmuje teraz odważne, świeckie podejście do życia, podejście, które jest coraz bardziej wrogie wobec kulturowych pozostałości chrześcijaństwa, które było przed nim i które nadal istnieje. Jest to niefortunne, ponieważ większość tego, co na Zachodzie czyniło życie zdrowym i szczęśliwym, było wytworem tej chrześcijańskiej kultury - a więc życie zapowiada się jako bardziej szalone i nieszczęśliwe w przyszłości. Nawet teraz rośnie liczba samobójstw nastolatków, pomimo (a może właśnie z powodu) naszego rozpieszczającego dostatku. „Duchowość” (różnorodnie definiowana) będzie na rynku świeckim oczywiście zawsze obecna, dla tych osób, które takich aspektów poszukują, ale będzie radykalnie zindywidualizowana i pozbawiona jakiejkolwiek rzeczywistej odpowiedzialności. Prawdziwa wiara chrześcijańska pozostanie i będzie istnieć w niewielkich liczbach, którymi zawsze się cieszyła. To, co uchodziło za chrześcijaństwo, a co wypełniało kościoły, po prostu przemija.

Co to dla nas oznacza? Dwie rzeczy.

Po pierwsze, oznacza to, że musimy oprzeć się pokusie „dostosowania się” i zmiany, aby lepiej funkcjonować w otaczającym nas świeckim społeczeństwie. Zjednoczony Kościół „dostosowuje się” już od jakiegoś czasu (prawdopodobnie od czasu swego powstania w 1925 r.); Kościół anglikański adaptuje się tak szybko, jak tylko może, od lat 60. XX wieku. Jak dobrze działa ta adaptacja, widać z liczb dostarczanych przez statystyków o zatroskanych twarzach: około 2040 r. Kościół ten może przystosować się do nieistnienia... Kościoły, które nie upadają tak katastrofalnie to te, które odmawiają takiej adaptacji – takie jak nasz kościół św. Hermana w świeckiej Kolumbii Brytyjskiej, który używa mającego (jak zauważyła moja żona) około 1400 lat modlitewnika. Poza tym naszym zadaniem jako Kościoła nie jest odniesienie sukcesu (jak definiuje to świat i jego statystycy), ale bycie wiernym (jak mówi Chrystus). Nie staramy się upodobnić Kościoła do świata, ale upodobnić mężczyzn i kobiety do Chrystusa.

Po drugie, ten upadek chrześcijaństwa czysto kulturowego jest dobrą rzeczą, ponieważ daje nam realną szansę. Cytując ponownie Lewisa: „Mgła «religii» podniosła się; można zaobserwować pozycje i liczebność obu armii; i jest teraz możliwe celne strzelanie.” Wiele osób nigdy tak naprawdę nie słyszało chrześcijańskiego przesłania. Wyobrażają sobie, że nasza Ewangelia polega na powiedzeniu: „Bóg jest miły i chce, abyś był miły. Dlatego proszę, bądź miły i szanuj innych, unikaj seksu tak bardzo, jak to możliwe, nie przeklinaj i upewnij się, że głosujesz na Republikanów lub Konserwatystów. Wtedy pójdziesz do nieba, kiedy umrzesz. I pamiętaj, że każdy, kto jest gejem, idzie do piekła”.

Nic dziwnego, że większość ludzi nie jest pod wrażeniem tego przesłania. Niektórzy są zaskoczeni, gdy dowiadują się, że Kościół historyczny również nie jest pod jego wrażeniem i że nasza główna wiadomość jest zupełnie inna. Usunięcie mgły i upadek religii daje nam szansę podzielenia się naszym prawdziwym przesłaniem - przesłaniem, że Bóg przyszedł, aby żyć pośród nas i walczyć, z plecami przypartymi do muru; że przez Swój Krzyż i Zmartwychwstanie otworzył drogę do uzdrowienia kosmosu i przemienienia świata; że droga do chwały prowadzi przez krew i cierpienie; i że nowy sposób życia jest naprawdę możliwy, jeśli tylko bardzo tego pragniesz i jesteś gotów zapłacić cenę.

Oczywiście musimy żyć tym przesłaniem, a nie tylko wypowiadać słowa. Zaczyna się od stworzenia małych wysp radości, nadziei, miłości, odpowiedzialności i zdrowego rozsądku, małych społeczności ludzi, którzy różnią się od otaczającego ich świata. To znaczy - zaczyna się od zdrowej wspólnoty parafialnej. Jeśli parafia stara się być wspólnotą radości i miłości, jest nadzieja, że może szerzyć tę zbawczą infekcję. Ale jeśli parafia taka nie jest – jeśli jest tylko klubem, do którego ludzie religijni chodzą, kiedy mają na to ochotę – upadnie wraz z religią. I to nie będzie złe. Taka parafia zasługuje na odrzucenie i śmierć. Jak Pan powiedział kiedyś: „Każda roślina, której nie zasadził Ojciec Mój niebiański, zostanie wyrwana z korzeniami.” (Mt 15, 13).

o. Lawrence Farley (tłum. Gabriel Szymczak)

za: No Other Foundation

fotografia: jarek11 /orthphoto.net/