Narodzenie Chrystusa - nasz sąd nad samym sobą

tłum. Justyna Pikutin, 08 stycznia 2022

Te dni są tak bardzo przepełnione obecnością wielkiego święta Bożego Narodzenia, że nie sposób mówić o niczym innym niż o jego znaczeniu. Nie można się od tego oderwać, ponieważ jest to szczególnie żywa uroczystość w życiu Cerkwi i nas wszystkich, a świadomość faktu wcielenia Boga ze względu na człowieka zapiera dech w piersiach. Dlatego podczas dzisiejszego naszego spotkania postaramy się powiedzieć kilka prostych słów o tym wielkim wydarzeniu.

Doświadczenie Cerkwi i doświadczenie Świętych Ojców potwierdza, że za każdym razem, stając przed Bogiem - czy to podczas modlitwy, podczas świątecznych uroczystości, czy też w każdej innej sytuacji, gdy spotykamy się z Bogiem - naszą rozmowę z Nim wyróżniają dwie podstawowe, charakterystyczne cechy. Przede wszystkim przepełnia nas radość, ponieważ widzimy, jak wielka jest miłość Boga do Człowieka. Spokój i wdzięczność wypełniają nasze serca, gdy uświadamiamy sobie, jak wielki dar otrzymaliśmy od Boga. Jednak jest to także naszym sądem. Zwłaszcza w te świąteczne dni, kiedy Cerkiew wspomina ziemskie życie Chrystusa, Jego kazania, dzieła, wszystkie te wydarzenia wydają wyrok, a wyrok ten jest zbawienny, ponieważ nie potępia człowieka, ale zbawia go.

W ten sposób obchodzimy święto Bożego Narodzenia, aby z jednej strony odczuć wielką miłość Boga do nas i napełnić nasze serca głęboką wdzięcznością do Niego za wszystkie niezliczone błogosławieństwa, które nam dał, a z drugiej strony, aby dokonać sądu nad sobą - co w ujęciu praktycznym jest o wiele bardziej korzystne dla naszych dusz. Ponieważ jak mówi ap. Paweł, jeśli osądzimy siebie sami, nie będziemy sądzeni przez Boga. To znaczy, że jeśli będziemy osądzać sami siebie w życiu doczesnym, to nie będziemy sądzeni w ostatnim dniu, ponieważ nasz sąd odbył się już tutaj, na etapie naszego ziemskiego życia.

Teraz stoimy twarzą w twarz przed wielkim świętem Bożego Narodzenia, żyjemy w jego atmosferze, by sprawdzić się i osądzić przez pryzmat tego, czego Bóg dokonał dla naszego zbawienia. Przecież wiemy, że Bóg niczego nie uczynił przypadkowo, a Jego postępowanie nie było warunkowane zbiegiem okoliczności, ale wszystko było przez Niego kierowane i wszystko - do najdrobniejszych szczegółów - wydarzyło się zgodnie z Jego wolą. Jego wolą było urodzić się w tym czasie, w ten sposób i w tym miejscu.

Ten fakt, że dzięki świętu Bożego Narodzenia wystawiamy siebie na próbę, znajduje odzwierciedlenie w życiu świętych. Widzimy, że za każdym razem, gdy coś się działo w ich życiu, porównywali siebie i swoje życie do życia Chrystusa. Często słyszymy, jak lud Boży w trudnych chwilach przypomina sobie wydarzenia z życia Chrystusa, próbując dostrzec, w jaki sposób ich postępowanie odpowiada temu, jak postępował Sam Bóg. Chcemy przecież wierzyć, że chrześcijanin to osoba, która stara się naśladować Chrystusa - oczywiście na miarę swojej ludzkiej natury - a to, czego nie udaje mu się naśladować, nadrabia poprzez skruchę, pokorę lub żal, poprzez całą wewnętrzną pracę duchową.

W te święte dni, kiedy nasza Cerkiew wychwala wielką łaskawość Boga wobec człowieka i poprzez wspaniałe hymny ukazuje najgłębsze teologiczne znaczenie tego święta, najszlachetniejsi mężowie i starcy stoją przy ołtarzu jako potępieni, wpatrując się w wydarzenia związane z Narodzeniem Chrystusa. Pamiętam, że kiedy starzec Efrem z Katunaki wrócił z Jerozolimy, poszliśmy zapytać go o święte miejsca. Spodziewaliśmy się, że powie nam, jak bardzo poruszyła go wizyta w miejscu biczowania Chrystusa i na Golgocie, ale okazało się, że najbardziej poruszyła go Grota Bożego Narodzenia w Betlejem, ponieważ będąc tam, postawił siebie wobec wydarzeń, które miały miejsce w tej grocie dwa tysiące lat temu. Powiedział nam, że kiedyś myślał, że mieszkając w tym małym pustelniczym domku w Katunaki coś znaczy, że żyjąc na pustyni osiągnął coś w tym życiu. Ale od chwili, gdy zobaczył, gdzie narodził się Chrystus, stał się naprawdę cichy, poczuł, że jego "ego" zaczyna się rozpadać. "Tam właśnie Chrystus zamknął mi usta" - powiedział ojciec Efrem. Przecież Chrystus urodził się w jaskini, prześladowany i pogardzany przez wszystkich ludzi, nie mając nawet miejsca, gdzie mógłby skłonić głowę. Nikt poza prostymi pasterzami i perskimi mędrcami nie wiedział, że największe wydarzenie w historii ludzkości miało miejsce tej nocy, wcielenie Boga - miało miejsce w skrajnym ubóstwie, w skrajnej pokorze, ciszy i w całkowitej nieświadomości.

Za każdym razem, gdy życie postawi przed nami jakiekolwiek wyzwania, możemy stanąć przed betlejemską grotą i ocenić, czy to, co robimy i do czego dążymy, przypomina to, co Bóg uczynił podczas Swego Narodzenia. Tę samą zasadę możemy wykorzystać do oceny całego naszego życia.

Na pewno czytaliście w Paterikonie historie ludzi, którzy byli pod wpływem jakiejś namiętności: czy to pamiętliwości, czy zemsty, czy też samej złośliwości, która jest uważana za największą słabość. Aby pomóc takiemu człowiekowi uwolnić się od tej namiętności, ojcowie duchowi nie organizowali procesów sądowych, w których próbowaliby udowodnić za pomocą logicznych argumentów, co jest dobre, a co złe, ale wystarczyła zwykła rozmowa o życiu Chrystusa, aby przekonać tych ludzi - a pośrednio także nas - że to, co robimy, nie przystoi nam jako chrześcijanom. Doświadczamy tego za każdym razem, gdy poddajemy się naszym uczuciom, a nasza ziemska logika zaczyna buntować się i domagać sprawiedliwości, przy czym ziemskiej sprawiedliwości, ziemskiego usprawiedliwiania i dochodzenia swych praw na wszelkie możliwe sposoby. I nie możesz dać odpowiedzi na to wyzwanie, ponieważ argumenty, które oferuje ci logika, są często karmione naszą ludzką słabością. W takiej sytuacji człowiekowi wystarczy jedno - stanąć przed wydarzeniem Bożego Narodzenia i zadać sobie pytanie: "Czy to, czego pragniesz, co czynisz, do czego dążysz, o czym myślisz, jest zgodne z duchem życia Boga? Czy Sam Bóg działał w ten sposób? Zadaj sobie to pytanie, umieścić siebie obok Chrystusa, a następnie, jeśli zdecydujesz, że twoje działania nie są sprzeczne z życiem Boga, możesz śmiało iść naprzód."

Odkąd Chrystus stał się człowiekiem, a aniołowie śpiewali "a na ziemi pokój", słowa te stały się wielkim hasłem dla całego świata, ponieważ dzisiaj pokój stał się bardzo cenny i trudny do utrzymania. Wielu ludzi oczywiście rozumie słowo "pokój" jako brak wojny, konfliktu i niepokoju. Jednak Chrystus powiedział: "Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" (Mt. 10, 34). Co to znaczy: aniołowie mówią jedno, a Chrystus drugie? W rzeczywistości pokojem, który przyszedł na ziemię. był sam Bóg. W ten sposób pokazał nam, że nasza relacja z Bogiem nie jest tylko teorią. Możesz być wiernym wyznawcą ideologii filozoficznej, ale nigdy nie będziesz w stanie wejść z nią w związek pełen miłości, ponieważ bez względu na to, jak bardzo kochasz tę ideę, ona nigdy nie pokocha ciebie. W Cerkwi jest odwrotnie. Tutaj nie mamy do czynienia z żadnymi teoriami. Słowo nie stało się ideologią czy filozofią, ale Słowo stało się ciałem, stało się człowiekiem, właśnie po to, abyśmy mogli Je kochać. A kiedy Je kochamy, uświadamiamy sobie, że Ono już wcześniej nas kochało. Gdy tylko zdecydujemy się podjąć wysiłek miłowania Boga, gdy tylko zrobimy pierwszy krok ku Niemu, natychmiast poczujemy Jego wielką miłość do nas, którą miał dla nas jeszcze zanim zrobiliśmy ten pierwszy krok. Jest to rodzaj sakramentu, który jest możliwy tylko w Cerkwi. Dlatego Chrystus, będąc pokojem dla tego świata, stał się przedmiotem miłości. On nie jest przedmiotem wiary! Konieczne jest bowiem wyjście poza wiarę i nadzieję oraz trwanie w miłości. Przecież apostoł Paweł powiedział: "a teraz trwają wiara, nadzieja, miłość, te trzy. Z nich zaś największa jest miłość". (1 Kor 13, 13). Tylko bowiem miłość jest faktem doświadczalnym i ontologicznym, dzięki któremu człowiek może prawdziwie przeżywać swoją relację z Bogiem.

Tą drogą podążał każdy, kto pokochał Boga w pełni. Przypomnijmy sobie pierwszego męczennika Stefana, który naśladując Chrystusa, zaświadczył o swej miłości do Niego. Święty archidiakon i pierwszy męczennik Stefan, przywódca wszystkich męczenników, po tym jak został pojmany przez Żydów za nauczanie o Chrystusie, został zmuszony do sądu przed Sanhedrynem. Podczas procesu ponownie wyznał swoją wiarę, a jego twarz lśniła jak u anioła. Żydzi skazali go na śmierć, zabrali go na miejsce egzekucji i obrzucili kamieniami. Prawo Mojżeszowe ustanowiło tę karę dla najbardziej niegodziwych grzeszników. Wyobraź sobie, że zostałeś wrzucony do jakiegoś miejsca ze związanymi rękami i nogami oraz że rzucano w ciebie kamieniami, dopóki nie umarłeś. Jakaż to straszna i okropna śmierć! Stefan, jak mówi nam Pismo Święte, modlił się w tym momencie, ale nie za siebie, lecz jak ukrzyżowany Chrystus modlił się za swych oprawców. Święty Stefan oddał ostatnie tchnienie modląc się za tych, którzy go kamienują: "Panie, nie poczytaj im tego za grzech" (Dz 7, 60; por. Łk 23, 34). W ten sposób umysł św. Stefana nie był więc zajęty gniewem na Żydów, ani też kamieniami rzucanymi w niego, lecz wyłącznie tym, by Bóg nie przypisał im tego grzechu. Jeśli chcemy prześledzić moment, w którym Stefan stał się podobny do Chrystusa, możemy łatwo zauważyć, że stało się to nie tylko w chwili jego męczeńskiej śmierci, ale przede wszystkim wtedy, gdy jego serce, umysł i miłość były zwrócone ku tym, którzy go kamienowali.

Niedługo Cerkiew wspominać będzie innego męczennika, św. Maurycego, który był poddawany najstraszliwszym torturom. Synaksarion podaje, że żył on w III wieku, w czasie prześladowań chrześcijan. Św. Maurycy został pojmany wraz z innymi chrześcijanami. Kiedy odmówił wyrzeczenia się swej wiary w Chrystusa, został oskarżony i brutalnie torturowany. Cesarz wziął wtedy młodego chłopca, syna samego Maurycego o imieniu Fotyn, i zamordował go na oczach ojca. Przedtem powiedział do św. Maurycego: "Jeśli nie wyrzekniesz się Chrystusa, zabiję twoje dziecko". Możecie sobie tylko wyobrazić horror tego wyboru! Ale św. Maurycy pozostał wierny Chrystusowi i jego syn został stracony. Wtedy zły cesarz wymyślił inną torturę. Kazał zabrać Maurycego i jego towarzyszy na bagna. Tam przywiązali ich do słupów, posmarowali ich ciała miodem i zostawili na pożarcie meszkom, muchom, komarom i innym owadom, które tam żyły. Maksymilian nie poprzestał na tym okrucieństwie, lecz zabrał ciało Fotyna i złożył je przed związanym Maurycym. Przez dziesięć dni męczennicy poddawani byli okrutnym cierpieniom, aż oddali ducha. Od tego czasu, gdy Chrystus przyszedł na ziemię i przyniósł pokój, miliony męczenników oddało swoje życie za wiarę w Jezusa Chrystusa. Dlaczego to zrobili? Ponieważ prawdziwie pokochali Chrystusa, posmakowali Jego ogromnej miłości, ponieważ życie Chrystusa przemówiło do ich serc. Wydarzenia, które wspominamy podczas świąt kalendarza liturgicznego, były ich sądem, a swoje życie oceniali oni przez pryzmat życia Chrystusa. Z jednej strony widzieli oni Chrystusa, grotę, pokorę, niewiedzę, milczenie, wygnanie i skromność, a z drugiej strony - siebie, oskarżonych. Właśnie dlatego ich sąd był już zakończony. Dla nich Chrystus nie stał się Sędzią, a Życiem Wiecznym. Jeśli człowiek będzie spędzał swoje życie w Cerkwi, za każdym razem stając przed Bogiem, osądzając swe życie i pozwalając Bogu osądzić go w życiu doczesnym, to uniknie sądu w dzień ostatni.

Przecież jak można podążać za Chrystusem i żyć życiem obcym Chrystusowi? Poprzez apostołów i doświadczenia Świętych Ojców Bóg dał jasno do zrozumienia, że jeśli Duch Święty żyje w nas, to muszą być w nas również owoce Ducha Świętego. A żebyśmy nie szukali wymówek, Bóg powiedział konkretnie: "Owocem zaś ducha jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, życzliwość, dobroć, wiara, łagodność, powściągliwość. Przeciwko takim nie ma prawa" (Ga 5, 22-23). Weźcie tę listę owoców Ducha Świętego i sprawdźcie siebie, a jeśli stwierdzicie, że zamiast miłości mieszka w was nienawiść, zamiast radości - rozczarowanie, zamiast dobroci - mściwość itd., to zrozumiecie, jaka jest wasza sytuacja. Ten rodzaj samosądu przyniesie zbawienie. Drzewo poznaje się po jego owocach. Dlatego, jeśli ten święty czas jest postrzegany przez nas jako czas sądu nad naszym życiem, to możemy śmiało powiedzieć, że te święta są zbawienne dla nas. Dają nam one okazję do duchowego wysiłku poprzez skruchę, pokorę, przemianę życia, ale jednocześnie pobudzają nas, byśmy z miłością przylgnęli i prosili o Boże miłosierdzie, ponieważ czujemy, że jesteśmy ludem siedzącym w ciemnościach (patrz Mt 4,16). Powiedzmy Bogu: "Gdzież bowiem mogłaby zajaśnieć światłość Twoja, jak nie siedzącym w ciemności?”. Gdzie będzie świecić Twoje światło, Boże, jeśli nie na tych, którzy są w ciemności? Przecież właśnie wtedy, gdy uświadamiam sobie, że otacza mnie ciemność - zaczynam szukać światła. Ale jeśli oszukuję siebie i wierzę, że jestem w świetle, to jest to oczywista ciemność, która nigdy nie pozwoli mi zobaczyć prawdziwego światła.

Drodzy bracia i siostry, życzmy sobie wzajemnie, by te święte dni stały się dla nas zbawienne, by przyprowadziły nas do Chrystusa, Który poprzez wydarzenia Swojego życia udzieli nam lekcji, dzięki której uświadomimy sobie, że nasza więź z Bogiem nie jest abstrakcyjna, a ma konkretne powody i rezultaty. Życzę wam błogosławionych świątecznych dni! Niech Bóg zawsze będzie z nami i niech zsyła nam radość Swej obecności.

metropolita Limassol Atanazy

za: pravoslavie.ru

fotografia: Adrian Kazimiruk /orthophoto.net/