Dlaczego zmieniłaś zdanie?

tłum. Gabriel Szymczak, 28 grudnia 2021

Kiedyś pewna dziennikarka zadała mi to pytanie, a ja nie wiedziałam, jak na nie odpowiedzieć. Powiedziała, że przeczytała coś, co napisałam, tekst, w którym powiedziałam, że mojego męża prawosławie przyciągnęło od razu, ale mi się to nie podobało. (To częsty wzorzec; jeden z duchownych powiedział mi, że jeśli para przychodzi do niego, aby porozmawiać o wstąpieniu do Kościoła prawosławnego i jedno z nich jest ochocze a drugie oporne, to w 80% sytuacji oporna jest kobieta.) Teraz, oczywiście, uwielbiam je, więc ona pyta, jak wyglądał proces zmiany. Co na mnie wpłynęło?

Nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Szczerze nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Zaczęłam szukać śladów swoich wspomnień, ale przecież to było prawie 30 lat temu…

Powiedziałam jej, że jest jedna rzecz, której jestem pewna: mój mąż i ja kochamy w prawosławiu to samo. Nie chodzi o to, że odkryłam jakąś inną jego część, która bardziej do mnie przemówiła. To, co on zobaczył na pierwszy rzut oka, jest tym samym, co ja dostrzegłam później.

Próbowałam ubrać to w słowa; powiedziałam, że źródłem jest wewnętrzna równowaga, powaga i spójność prawosławia. Ono nie wymaga ode mnie dodawania czegokolwiek z własnej emocjonalności. Prawosławie samo w sobie jest pełne i potężne. Ono pozwala mi być całkowicie sobą, taką zwyczajną, małą istotą. Jest w tym coś wyzwalającego.

Ale nie pamiętam, jak doszłam do tego, że to zobaczyłam, a tym bardziej - że taka jest właśnie moja preferencja. Zapytałam więc czytelników na mojej stronie na Facebooku o ich doświadczenia i otrzymałam wiele fascynujących odpowiedzi.

Podsumowując je, doszłam do wniosku, że głównym czynnikiem, który nas przekonał, było nabożeństwo.

Spodziewałam się raczej, że dominiować będzie „piękno”. Często pisałam o pięknie prawosławia jako o tym, co chwyta ludzi za serce. Ale szczerze mówiąc, to, co spotkasz w swojej lokalnej cerkwi, niekoniecznie musi być wspaniałe pod względem estetycznym. Uczestniczyłam już w nabożeństwach w setkach cerkwi prawosławnych, a wiele z nich to były małe i dość ubogie wspólnoty, spotykające się w wynajmowanych pomieszczeniach, może w centrum handlowym lub w parku przemysłowym. Oddawali Bogu cześć bez ręcznie malowanych ikon, bez wykształconego muzycznie chóru i śpiewaków. Kiedy tam wchodzisz, piękno Cię nie przytłacza.

Wyraźnie więc widać, że to nie rzekome piękno początkowego prawosławnego doświadczenia przyciąga, ale sama Liturgia. Istnieje pewien rodzaj prądu, powstającego dzięki jej teologicznej głębi i nieustannym skupieniu na Bogu. Ciągle powraca ona do ogromu Jego mocy i Jego miłości. Cokolwiek może być mniej niż piękne w sprawowanej Liturgii, jest jednocześnie głębsze i cudowniejsze dzięki treści modlitw.

Niektóre elementy Liturgii służą temu, by nam zaimponować. Na przykład, jest to długa służba (około 90 minut, w zależności od tego, ile osób przyjmuje komunię) i jest dość powtarzalna, wykorzystując strategię „zagraj to raz i powtórz trzy razy”, która jest tak przydatna w nauce czegoś. Poza tym, każdy jej fragment dosłownie zmusza nas, aby upaść na twarz przed Bogiem. Nieustannie chodzi o Boga, a nie o to, jak sobie dzisiaj radzimy. Nieustannie podkreśla nasz grzech i niegodność, aby zajaśniały przemożna łaska Boża i przebaczenie. I przedstawia nam świętych mężczyzn i niewiasty na przestrzeni dziejów, tych, którzy kochali Boga, w krajach na całym świecie. Widzimy, że niezaprzeczalnie czczą i kochają tego samego Boga, co my, odmawiając te same modlitwy, intonując te same hymny. I są obok nas w uwielbieniu, „takie mnóstwo świadków” (Hbr 12, 1).

Na wszystkie te sposoby uwielbienie działa w twoim umyśle i pamięci, i zaczynasz wyczuwać tam głęboką prawdę. To taki przywilej, tak niesamowity, że wolno nam oddawać cześć w tym Kościele i trwać w komunii ze wszystkimi świętymi!

Kościół w jakiś sposób jest w stanie być tak wspaniały i wielki, tak wieczny, tak wypełniony świętymi wszystkich wieków, tak majestatyczny – nawet jeśli jest to tylko kilkadziesiąt osób w skromnej, wynajmowanej przestrzeni. Prowadzi cię do innego spojrzenia na siebie. W moim przypadku - zaczęłam dostrzegać, jaka jestem mała i nieważna. To była taka ulga.

W moim wcześniejszym, chrześcijańskim życiu czułam się nieświadomie jak klient. Wnosiłam do nabożeństwa te same umiejętności, których używałam do rozpoznawania czegoś, co kupowałam. Więc co było w centrum wszystkiego? Ja. Brałam z Pisma Świętego, z kazania czy hymnów wszystko, co wydawało mi się tego dnia odpowiednie.

To jedna z najwspanialszych, najbardziej kontrkulturowych rzeczy w prawosławiu, że nie obchodzi go, jaka jest twoja opinia. To, co cerkiew śpiewa i głosi, jest tym, w co wierzy społeczność, a ty możesz wejść i przyłączyć się lub pójść gdzie indziej; to, czego nie możesz zrobić, to dostosować tego do swoich preferencji.

Wydaje się więc, że kluczem dla tych z nas, którzy kiedyś nie lubili, a teraz kochają Kościół, okazuje się być jego kult. Mam z tego wielką frajdę. Zawsze mówię ludziom, że prawosławie jest baaaardzo piękne – ale przyjdźcie na sobotnie czuwanie, kiedy ja próbuję śpiewać! Stojący wokół chórzyści zawsze się śmieją - „Cóż, przynajmniej sama to powiedziałaś!”. I szczerze, to właśnie jest ważna część. Wszyscy mówimy te same słowa. Na całym świecie, przez cały czas. Gdziekolwiek są inni prawosławni chrześcijanie, w jakimkolwiek śpiewają języku, wszyscy wypowiadamy te same słowa.

Kościół prawosławny może to powiedzieć, a założę się, że żaden inny Kościół na świecie tego stwierdzić nie może. W każdym innym Kościele, od połowy ubiegłego stulecia, była po prostu zbyt duża presja, aby zadowolić klienta, dostosować praktyki tak, aby służyły „potrzebom” ludzi.

Ludzie jednak nie mają pojęcia, jakie są ich prawdziwe potrzeby. Po prostu nie rozumiemy ich. Nie znamy siebie wystarczająco dobrze. Znamy tylko nasze pragnienia.

Starożytny kult z kolei zna nas na wylot. Wie dokładnie, czego potrzebujemy. Stopniowo zaczęłam dostrzegać to w nabożeństwach, widziałam, że Kościół się nie ugina, a wręcz przeciwnie, jest silny, tak silny – cóż, okazało się, że tego właśnie szukałam przez cały czas. Nie rozpoznałam tego od pierwszego wejrzenia, ale Kościół był cierpliwy, a ja zrozumiałam.

Frederica Matthewes-Green

za: blogs.ancientfaith.com/frederica

fotografia: Novinar /orthophoto.net/