Kto nas uwolni

tłum. Gabriel Szymczak, 12 grudnia 2021

Czytanie ze Świętej Ewangelii według św. Łukasza (13, 10-17)

Czasami jesteśmy przytłoczeni wielkim ciężarem naszych własnych grzechów. Obciążają nas. Są ciężkie. Być może, kiedy jesteśmy dziećmi, nie doświadczamy tego, ale gdy dorastamy, dojrzewamy i zyskujemy zrozumienie, staje się to dla nas jasne. Czasami objawia się to brakiem spokoju lub lękiem, a nawet depresją. Chodzimy do doradców lub terapeutów, ale sprawy niekoniecznie ulegają poprawie. Ludzie próbują znaleźć różne sposoby na uśmierzenie bólu swoich grzechów i ciężaru, jaki nakłada on na ich dusze. Niektórzy uciekają się do alkoholu lub narkotyków. Dla innych jest to uwaga, uczucie, pochwała lub fizyczne pocieszenie. Czasami, niestety, chrześcijanie podejmują nawet poszukiwanie czegoś nieuchwytnego i studiują wschodni mistycyzm lub duchowość „nowej ery” w nadziei, że to uśmierzy ból i nada sens ich życiu. Inni pójdą jeszcze dalej. Będą twierdzić, że idee winy, wstydu i grzechu są w nas zakorzenione przez chrześcijańskie wychowanie, a potem będą udawać, że nic z tego nie jest prawdziwe. Zamiast trzymać się rzeczywistości, próbują uciec, żyjąc w buncie, ciągle oddalając się od Chrystusa i prawdy. Wszystko to dlatego, że odmawiamy uznania destrukcyjnej i niszczącej mocy grzechu w naszym własnym życiu.

W dzisiejszym czytaniu z Ewangelii spotykamy kobietę, która przez 18 lat miała ducha niemocy. Była zgarbiona i nie mogła wyprostować pleców. Chodziła i żyła tak, jakby na jej kark i ramiona położono wielki ciężar i nie była w stanie się podnieść. Św. Ambroży z Mediolanu mówi nam, że w rzeczywistości miała chorobę duszy - jej dusza była pochylona i przyciągnięta do ziemi; to opis pełen symbolizmu. Kobieta pochylona ku ziemi przypomina osobę, która ma duszę „skłonną do ziemskich nagród i nie posiadającą łaski niebiańskiej”. To symbolizuje nasze przywiązanie do ziemskich przyjemności. Św. Ambroży mówi, że „nic nie obciąża umysłu bardziej niż troska o świat i żądza bogactwa lub władzy”.

W tym tygodniu podczas zajęć wprowadzających do prawosławia rozmawialiśmy o sakramencie namaszczenia oraz o tym, jak łączy się nasze zdrowie duchowe i fizyczne. Podczas modlitwy namaszczenia prosimy Boga o uzdrowienie duszy i ciała. One są połączone, ponieważ każde z nich stanowi integralną część osoby ludzkiej. Ten, kto dba o zdrowie fizyczne, ale zaniedbuje zdrowie duszy, jest w naprawdę poważnym niebezpieczeństwie. Może jeszcze tego nie dostrzega, ale głęboko w człowieku, który zaniedbuje swoje życie w Chrystusie i lekarstwa oferowane przez Kościół, zasiewa się ziarno choroby duchowej. Św. Augustyn pisze: „Diabeł i jego aniołowie skłonili do ziemi dusze mężczyzn i kobiet. Pochylili ich do przodu, aby skupili się na rzeczach tymczasowych i ziemskich, i powstrzymali się od szukania tego, co w górze”.

W naszym obciążonym stanie grzeszności trudno jest nam nawet spojrzeć w górę i szukać Chrystusa. Ta kobieta w synagodze nie mogła widzieć Pana Jezusa. Ale ożywia nas przesłanie nadziei - On ją widzi. Jakąż miłość Syn Boży ma do Swojego ludu, do dzieł Swoich rąk! Widzi ją i chociaż jest zupełnie bezsilna, zna jej potrzeby. Ale jak została uzdrowiona, jeśli nie mogła zobaczyć Pana? Ona Go usłyszała i była posłuszna Jego słowu. Powiedziano nam, że Jezus wezwał ją do Siebie. Z tekstu wynika, że była posłuszna i poszła do Niego. Nie widziała Go, ale słyszała Jego głos. Wykazała niewielką dozę wiary i posłuszeństwa, a Pan wylał Swoją łaskę, uzdrowienie i życie na tę biedną kobietę, która prawdopodobnie nawet nie pamiętała, kiedy ostatni raz mogła spojrzeć w niebo.

Nie różnimy się tak bardzo od tej kobiety, która była chora przez 18 lat. Też jesteśmy chorzy i niedołężni. Czasami przez choroby ciała, a czasami ducha. Prawdopodobnie popadamy w rozpacz, gdy próbujemy wydostać się z otchłani naszych grzechów, uzależnień i nawyków, a okazuje się, że nie jesteśmy w stanie tego zrobić i cali jesteśmy pokryci brudem. Jednak ta dzisiejsza lektura powinna dać nam pewną nadzieję. Bez względu na to, gdzie jesteśmy, Bóg patrzy. On nas widzi. Rozumie nasze potrzeby o wiele lepiej, niż moglibyśmy sobie to wyobrazić lub pojąć. Temu, kto po prostu robi krok, by być posłusznym Jego słowom, by usłyszeć Jego głos, oświadcza: „jesteś uwolniony od swojej niemocy!” Powinniśmy się radować, że jest nam to ofiarowane i że Bóg jest wobec nas hojny. W życiu Kościoła jednym ze sposobów hojności Boga wobec nas jest sakrament spowiedzi. On wiedział, że będziemy potrzebować tego leku. Jeśli jesteś przytłoczony swoimi grzechami, przyjdź i wyspowiadaj się. Zostaw swoje grzechy u stóp Pana i otrzymaj uzdrowienie. On zdejmie ciężar z twoich ramion i będziesz mógł swobodnie się poruszać. Staraj się to robić przynajmniej 4 razy w roku, ponieważ jest to forma lekarstwa dla naszych dusz. Wykonaj swoje zadanie i wyznaj grzechy bez ukrywania czegokolwiek, a Święty Duch wykona Swoją pracę i usunie twoje grzechy, uzdrowi cię i pozwoli ci żyć w Swej obecności.

Wewnątrz synagogi widzimy doskonałość człowieczeństwa w naszym Panu Jezusie Chrystusie, ale niestety pod tym samym dachem widzimy też inną stronę ludzkości. Stronę, która nie jest tak wdzięczna i miłosierna - przełożonego synagogi. Jest o wiele gorszy niż niewiasta z niemocą, bo jego choroba jest ukryta nawet przed nim samym! Gdy tylko zobaczy coś, co nie pasuje do jego ograniczonego, wąskiego rozumowania, przystępuje do ataku. Jest z definicji legalistą. Jego bogiem jest prawo. Jego interesem jest posłuszeństwo literze prawa, z absolutnie zerowym szacunkiem dla bliźnich. Troszczy się o to, by być doskonałym zgodnie z literą prawa, podczas gdy nie troszczy się o kobietę, która została stworzona na obraz Boga. Nie jest to problem odosobniony w judaizmie pierwszego wieku. Ta duchowa niemoc istnieje do dziś nawet wśród prawosławnych chrześcijan. Niech ten duch sądu nas nie ogarnie i niech Bóg chroni nas przed upodobnieniem się do tego człowieka. Bóg wzywa nas do wyjścia poza dosłowne znaczenia, ku głębszej duchowej rzeczywistości. Jak pisze św. Paweł - „litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia”.

Przypomina się nam, że niezależnie od tego, czy jesteśmy fizycznie zdrowi, czy chorzy, czy nasze grzechy są widoczne, czy ukryte, wszystko jest jawne dla Boga. Nie jesteśmy wezwani, by osądzać innych i wskazywać palcami, gdy kogoś nie aprobujemy - jesteśmy wezwani, by patrzeć na Chrystusa i nie doszukiwać się wad naszych bliźnich. Mam dość własnych wad, potrzebuję Chrystusa; dlaczego miałbym skupiać się na wadach i niedociągnięciach mojego brata lub siostry w Chrystusie? A nawet jeśli zdarzy mi się zobaczyć te wady, jaka jest moja właściwa reakcja? Należy modlić się za nich i kochać ich ze zrozumieniem, że nasz Pan okazał nam podobne miłosierdzie i z nadzieją, że jeszcze raz okaże nam to miłosierdzie na sądzie.

Żyjmy tą nadzieją z ufnością, że usłyszymy, jak Pan mówi do każdego z nas: „jesteś uwolniony od swojej niemocy!”

o. James Guirguis

za: Out of Egypt

fotografia: Alicja Ignaciuk /orthphoto.net/