Wstyd i dziękczynienie

tłum. Gabriel Szymczak, 26 listopada 2021

Język „samoogołocenia” przypomina sobą trochę buddyzm. Brzmi tak, jak byśmy mówili o ruchu w kierunku stania się naczyniem bez treści – ‘nie-ja’. W naszym wielokulturowym świecie takie odniesienie jest zrozumiałe. Jest to jednak niefortunne i wymaga, abyśmy przyjrzeli się prawdziwej naturze chrześcijańskiego samoogołocenia. Nasze wyrzeczenie się samych siebie jest głęboko związane ze wstydem i Ukrzyżowanym Chrystusem. Jako podstawę przytoczę pierwszy fragment Pisma (Flp 2, 5 - 8), który dotyka pojęcia samoogołocenia:
„To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.”

Ten fragment nie jest przypadkowym wyborem. Jest to, jak stwierdza św. Paweł, opis natury dążenia, które powinno być w nas. Opisuje, jak mamy żyć i myśleć. Biorąc pod uwagę Chrystusa widzimy, że ogołocił się z Boskich przywilejów i pokornie przyjął śmierć na krzyżu. Ale jaki jest „zamysł” tego samoogołocenia? Z czego opróżniamy jaźń? I jak przebiega to „opróżnianie”?

Nie ma nic precyzyjnego, co moglibyśmy zidentyfikować jako „ja” w taki sposób, aby je „opróżnić”. Moglibyśmy zidentyfikować pragnienia, myśli, plany, bogactwo, energię i tym podobne jako rzeczy, którym moglibyśmy zaprzeczyć lub z nich zrezygnować. I to była wydeptana przez wieki droga w ascezie i życiu monastycznym. Ale nadal koncentruje to nasze wysiłki na nieobecności, pozostawiając nas z niczym w środku. Taka nieobecność jest ostatecznie niezrozumieniem samoogołocenia.

Jak wiele rzeczy w życiu chrześcijańskim, „opróżnianie” to paradoksalne sformułowanie. Nie możemy i nie powinniśmy „opróżnić” siebie bez odniesienia do drugiego człowieka. Sama ofiara Chrystusa na krzyżu nie była aktem odosobnionego wyrzeczenia. Był to dogłębny akt miłości, w którym ogołocił samego siebie, ale także wypełnił się w jedności z naszym złamaniem. Klucz do zrozumienia samoogołocenia Chrystusa znajduje się w Liście do Hebrajczyków. Pod wieloma względami ten fragment jest paralelą do fragmentu z listu do Filipian:
„[Chrystus], zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę [„gardząc hańbą” w wersji angielskiej – przyp. tłum.], i zasiadł po prawicy tronu Boga.” (Hbr 12, 2)

Nasze własne ogołocenie ma tę samą cechę. Chrystus, który jest naszą radością, znajduje się w zjednoczeniu z Krzyżem, ponieważ my sami „gardzimy hańbą” i zasiadamy z Nim na Jego tronie po prawicy Boga. To „pogardzanie hańbą” jest równoznaczne ze „znoszeniem wstydu”, w którym przyznajemy się do złamania naszego ja, nie odwracamy się od tego, lecz jednoczymy się z Chrystusem Ukrzyżowanym.

Wstyd to emocja „nieznośna”. To głęboki ból, który odczuwamy w związku z tym, „kim jesteśmy”. To ekstremalna wrażliwość i nagość. Naszym najgłębszym instynktem w obliczu wstydu jest ukrywanie się. Właśnie to robią Adam i Ewa po swoim grzechu w Ogrodzie:
„On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się.” (Rdz 3, 10)
Sam Bóg nie zawstydza mężczyzny i kobiety. W rzeczywistości w rozmowie z Adamem Bóg kieruje uwagę Adama na to, co zrobił (wina): „Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?” Uwaga Adama skupia się na jego wstydzie (nagości). A jego wstyd jest odwróceniem uwagi.
Bezpośrednia uwaga Boga jest skierowana na działanie oraz potrzebę zrozumienia i poradzenia sobie z jego konsekwencjami. Ale nawet gdy Adam i Ewa zostają wygnani z Ogrodu, Bóg zakrywa ich nagość, zapewniając im „tuniki ze skóry”. Bóg zakrywa ich wstyd.

Ten temat „zakrywania” jest kontynuowany w opowieściach Pisma Świętego. Nawet nasze codzienne ubranie kojarzy się ze wstydem. Wstyd zawsze dotyczy tożsamości i charakteru („kim jestem”). Używamy ubrań, aby ukryć wrażliwe aspekty naszego życia albo zasygnalizować przynależność, kompetencje lub piękno, wszystkie te rzeczy, które ukrywają to, kim jesteśmy, nagość naszego wstydu.

Krzyż jest jednak powrotem do pierwotnej nagości. Chrystus jest „nagi i bez wstydu”. A z Krzyżem wiąże się wstyd: wstyd złamania i grzechu ludzkości. I to jest ten wstyd, który Chrystus akceptuje w samoogołoceniu przez Krzyż, opisany w liście do Hebrajczyków jako „gardzenie hańbą”. Słowo przetłumaczone jako „gardzić” (καταφρονήσας) [„nie baczyć” w wersji polskiej – przyp. tłum] oznacza po prostu „nie zwracać na to uwagi”.

Mówiąc pozytywnie, Chrystus „niesie nasz wstyd”. Izajasz ma ten proroczy opis:
„Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami [„hańbą” w wersji angielskiej – przyp. tłum.] i opluciem.” (Iz 50:6)

Podobne działanie ma nasze własne ogołocenie. „Mamy w sobie trochę wstydu”, jak powiedział starzec Sofroniusz. Znajduje to odzwierciedlenie w patrzeniu na Chrystusa „twarzą w twarz”. Bo to przede wszystkim w obliczu odczuwamy wstyd. Kiedy jesteśmy zawstydzeni, naszą instynktowną reakcją jest spuszczenie oczu lub ukrycie twarzy. Możemy ujrzeć Chrystusa twarzą w twarz jedynie wtedy, gdy jednoczymy się z Nim i „znosimy trochę wstydu”.

W Apokalipsie lęk przed wstydem jest doświadczany jako osąd:
„A królowie ziemscy, wielmoże i wodzowie, bogacze i możni, i każdy niewolnik, i wolny ukryli się do jaskiń i górskich skał. I mówią do gór i skał: Padnijcie na nas i zakryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed gniewem Baranka, bo nadszedł Wielki Dzień Jego gniewu, a któż zdoła się ostać?” (Obj 6, 15-17)

Więc to „trochę wstydu” jest jedną z form naszego wyrzeczenia się samych siebie. Inna idzie bardzo pozytywną, choć równie trudną ścieżką. To dziękczynienie – zawsze i za wszystko. Jego podobieństwo do odrobiny wstydu pojawia się zwłaszcza w tym „zawsze i za wszystko”. Każdy może dziękować za to, co sprawia mu przyjemność i radość. Nawet niewierzący są wdzięczni w takich sytuacjach, mimo że nie potrafią zrozumieć, komu powinni podziękować. Ale to „zawsze i za wszystko” stawia nas twarzą w twarz z Chrystusem, szczególnie w tych momentach, w których wolelibyśmy odwrócić twarze.

Chociaż nie jest to oczywiste, rozczarowania i trudności odczuwamy najpierw jako wstyd. Dopiero po doświadczeniu wstydu stają się one okazją do gniewu i depresji. Uważamy, że wstyd jest zbyt trudny do zniesienia, dlatego bardzo szybko zmienia się on w gniew lub depresję. Doświadczamy rozczarowania i trudności jako wstydu, ponieważ czujemy w sobie, że pokazują one naszą niegodność, niekompetencję, nieadekwatność itp. To samo dotyczy grzechów w naszym życiu. To nie nasza wina jest trudna do zniesienia, ale nasz wstyd; to, jak czujemy się wobec siebie, a co spowodowane jest naszym grzechem.

Św. Paweł podkreśla, że jesteśmy zbawieni w naszej słabości, a nie w naszej sile. Nasza siła nie daje nam wstydu (wręcz przeciwnie) i jako taka nie daje nam solidarności z ogołoceniem Chrystusa. Jesteśmy zbawieni nie tylko od naszych grzechów, jesteśmy zbawieni wyłącznie przez nasze grzechy, gdy z wdzięcznością patrzymy na Chrystusa twarzą w twarz.

Dziękczynienie zawsze i za wszystko stawia nas twarzą w twarz z Chrystusem. Dziękczynienie w środku naszego wstydu jest podstawowym sposobem „znoszenia” naszego wstydu. Obejmuje pełnię ofiary Chrystusa w naszym imieniu i jednoczy nas z tą samą ofiarą. To właśnie w dziękczynieniu zawsze i za wszystkie rzeczy odnajdujemy samoogołocenie jako pełnię. To tam krzyż wstydu staje się „radością nam obiecaną”.

Istotne jest, abyśmy zrozumieli, że znoszenie wstydu musi być dobrowolne i nigdy nie jest przymusowe. Wstyd, który nakładają na nas inni, ma generalnie toksyczny charakter. Bóg nigdy nas nie zawstydza. Często jest to źle rozumiane. Wielu doświadcza chrześcijaństwa jako głęboko zawstydzającego sposobu życia. To jednak jest fundamentalne wypaczenie i duchowa trucizna.

Bardzo dobry przykład można znaleźć w modlitwach liturgicznych ofiarowanych w ramach przygotowań do Eucharystii. Ta modlitwa św. Jana Chryzostoma jest typowa:
„Nie jestem godzien, Władco Panie, abyś wszedł pod dach duszy mojej, ale to Ty, jako Przyjaciel człowieka, chcesz żyć we mnie, mam więc odwagę przystąpić: nakazujesz, abym otworzył drzwi, któreś Ty sam stworzył, i wejdziesz z przyjaźnią do człowieka, jaką masz, wejdziesz i oświecisz moje zamroczone myśli. Wierzę, że to uczynisz, albowiem nie odpędziłeś nierządnicy, która z łzami przyszła do Ciebie, ani też celnika nie odrzuciłeś pokutującego, ani łotra, który poznał Twoje królestwo nie odegnałeś, ani też prześladowcy pokutującego nie powstrzymałeś, jak i wszystkich, którzy przyszli do Ciebie i pokutę w osobach Twoich przyjaciół czynili, jedyny zawsze błogosławiony, teraz i na nieskończone wieki. Amen.” [tłum. o. H. Paprocki; liturgia.cerkiew.pl]

Wielu (jeśli nie większość) ludzi źle rozumie takie modlitwy. To, co słyszą, to Bóg mówiący: „Nie jesteś godzien ani wystarczająco zadowalający, abym wszedł pod dach twojego domu…”
Ale to jest całkowicie fałszywe. Jego słowa są całkowicie przeciwne. Źródłem tej modlitwy jest spotkanie Chrystusa z setnikiem, którego sługa był chory. Chrystus postanowił udać się do domu setnika, ale setnik mu powiedział: „Nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiony sługa mój”. Centurion zniósł trochę wstydu. Chrystus rozpoznał w tym zjednoczenie centuriona ze Swoim własnym cierpieniem i ujrzał w nim przyjaciela. Ogłosił więc: „U nikogo w Izraelu takiej wiary nie znalazłem.”

Język modlitwy, często brzmiący w sposób podobny do ogołocenia samego siebie, nie jest językiem toksycznego wstydu. Jest lub powinien być językiem dobrowolnego zjednoczenia Chrystusem, znoszącym hańbę Swego ogołocenia. W swej istocie jest balsamem, który leczy nas z ran naszego wstydu. Przynosimy naszą nagość – a Chrystus przyobleka nas w Swoją sprawiedliwość.

Archimandryta Zachariasz z Essex czyni taką obserwację:
„To przez krzyż wstydu nas zbawił; więc kiedy znosimy trochę wstydu ze względu na Niego, aby pokutować i przyjść do spowiedzi, On traktuje to jako dziękczynienie wobec Siebie, a w zamian daje nam otuchę od Pocieszyciela.”
Podobnie jak Krzyż Chrystusa, jest to ofiara dobrowolna i nie może być inaczej.
„Dlatego Ojciec Mnie miłuje, że Ja duszę Moją oddaję, abym ją na powrót otrzymał. Nikt Mi jej nie zabiera, lecz Ja sam ją oddaję. I mam władzę, by ją oddać, imam władzę, by ją na powrót otrzymać: takie przykazanie przyjąłem od Ojca Mego.” (J 10, 17-18)

Całe to działanie, nasze wdzięczne dziękczynienie, zawsze i za wszystkie rzeczy, w których trochę się wstydzimy, jednoczy nas z ogołoconym życiem Chrystusa i staje się bramą raju i zbawienia. To jest samo serce pokuty i sekret jej radości. O tej radości przypomina cytowana wcześniej modlitwa Chryzostoma:
"Nie odpędziłeś […] nikogo z tych, którzy przyszli do Ciebie i pokutę w osobach Twoich przyjaciół czynili."

Przyjaciele Boga w przemieniającej radości, bez wstydu i bez lęku, oglądamy Go twarzą w twarz.
 
o. Stephen Freeman

za: Glory to God for All Things

fotografia: Aimilianos /orthphoto.net/