Nie wystarczy pokonać zło

tłum. Gabriel Szymczak, 25 listopada 2021

"Ludzie, którzy nie ulegają namiętnościom, budzą silną odrazę zła; ci, którzy posunęli się jeszcze dalej poza namiętności, są żarłoczni bogactwa cnót.” (św. Jan Klimak)

W dzisiejszych czasach utożsamiamy niegodziwość tylko z wszelkimi konfliktami z prawem świeckim. Wszystko, co rani inną osobę lub zadaje nam rany cielesne lub duchowe, jest niegodziwe tylko wtedy, gdy narusza prawo innej osoby do życia, wolności i własności. Poza tym istnieje wielka tolerancja, w wyniku której traktujemy zło jako kategorię względną. Dobro jest postrzegane jako oczywiste i nie jest powszechnie uznawane. Wiadomości to tylko to, co dewiacyjne, co wywołuje strach. To zaspokojenie pragnień sławnych ludzi. To epatowanie ciałem. Rzadko pojawia się informacja o tym, co dobre.

Ten pogląd powstał jako przeciwwaga dla kultury religijnej, która funkcjonowała w oparciu o etos kary, winy i grzechu, w wyniku czego ludzie czuli się pozbawieni „radości”, jaką może przynieść pragnienie, nie będąc w stanie dostrzec, że radość to jedno, a przyjemność drugie. Ten sposób myślenia nie pozwala nam zrozumieć, że mamy w sobie sumienie jako głos Boga. Dobro i zło nie są definiowane na podstawie okoliczności danej epoki, ale mają do czynienia z tym, co pomaga nam kochać, co pokazuje nam prawdę, co powoduje lub uniemożliwia nasze oddzielenie od Boga i od innych ludzi. Głos Boga nie zmienia się w zależności od czynników społecznych. W dzisiejszych czasach zdusiliśmy swoje sumienie, więc jak możemy wytłumaczyć innym, zwłaszcza młodszym od nas, co jest dobre, a co złe?

Doświadczamy tego zarówno w wychowaniu naszych dzieci, jak i w systemie edukacji. Nic już nie jest oczywiste. Wychowujemy dzieci, które chcą wyjaśnienia, w jaki sposób konkretna myśl lub działanie może doprowadzić jednostkę do niegodziwości. Ale my, dorośli, nie myślimy o niczym innym, jak tylko o zaspokajaniu naszych pragnień. „Co najwyżej”, myślimy, „powinniśmy ukrywać swoje działania, ale się ich nie wstydzić. Jeśli znajdujemy przyjemność w grzechu, cóż, to nie ma znaczenia”. W ten sposób stajemy się ludźmi skazanymi na śmierć, jedyne nieuniknione wydarzenie w naszym życiu.

W duchowej tradycji naszej wiary są dwie drogi, które prowadzą do zmartwychwstania i prawdziwego życia: jedna to odwracanie się od zła, bo nam to nie przystoi, bo nie zostaliśmy do niego stworzeni, chociaż jest to dla nas pokusa na samym początku naszego istnienia na świecie. Biorąc pod uwagę, że w Bogu jesteśmy wolni, możemy wybrać drogę unikania [zła], odrzucenia mentalności triumfu „każdy dla siebie”, odmowy patrzenia na życie oczami innych ludzi.
Druga droga to dążenie do cnoty, do owoców Ducha Świętego, miłości, dobroci wiary, ascezy, a przede wszystkim do radości przekraczającej zadowolenie chwili. Cnotą jest poczucie, że jesteśmy członkami ciała, całości. Że dzielimy coś z innymi. Że nam zależy. Że znaleźliśmy równowagę. Że patrzymy na nasze życie z perspektywy łaski.

Obie drogi wymagają relacji z Chrystusem i zaczynają się od rodziny. Z relacji między parą, którą przekazują swoim dzieciom. Nie da się tego jednak osiągnąć, jeśli rodzina nie funkcjonuje w perspektywie Kościoła. Powinniśmy o tym pamiętać.

o. Themistoklis Mourtzanos

za: Pemptousia

fotografia: jarek11 /orthphoto.net/