O Sądzie Ostatecznym, zbawieniu i samobójstwie

tłum. o. Mariusz Synak, 17 listopada 2021



Za oknem jesień w całej okazałości, a jeśli tak, to wspomnieć wypada o dniach pamięci o naszych zmarłych. Dzień Zaduszny w Kościele rzymskokatolickim, kilka dni później Sobota św. Dymitra, czyli jeden z dni pamięci o zmarłych w Kościele prawosławnym nasunęły pewien temat. Temat z gatunku tych trudnych, bolesnych, drażliwych i tragicznych jednocześnie – dzisiejsze spotkanie postanowiłem poświęcić problemowi zbawienia, potępienia i śmierci samobójczej oraz jej traktowaniu przez Kościół prawosławny. Zapraszam do lektury autorskiego tłumaczenia rozważań jednego z wybitnych prawosławnych hierarchów naszych czasów, nieżyjącego już metropolity Antoniego (Blooma), tytularnego metropolity Suroża, a praktycznie Londynu, egzarchy Patriarchy Moskiewskiego w Europie Zachodniej.

Władyka Antoni - syn rosyjskiego dyplomaty na emigracji, chirurg, uczestnik francuskiego ruchu oporu, niezwykle popularny i zarazem skromny wykładowca akademicki, autor wielu publikacji z dziedziny teologii, ascetyki i chrześcijańskiej antropologii, lubiany i ceniony kaznodzieja. Zmarł w roku 2003, w wieku prawie dziewięćdziesięciu lat. Prezentowany tekst to zapis odpowiedzi na pytania stawiane po wygłoszonym przez hierarchę wykładzie na II Zjeździe Prawosławnej Młodzieży Europy Zachodniej w Dijon, 2 listopada 1974 roku. Wykład (w nawiązaniu do cytatu z Listu św. Pawła do Rzymian) nosił tytuł: „Ten, który przeszedł ze śmierci do życia” (Rz 6,13). Do książki, z której pochodzi dzisiejszy tekst (Antonij, Mitropolit Surożskij, Trudy, czyli Dzieła) sięgaliśmy już nie raz w naszych rozważaniach, stąd ich autor niektórym naszym słuchaczom powinien być już znany. Zanim przejdziemy do zapowiedzianej dyskusji, proszę pozwolić mi zwrócić tylko uwagę na delikatność, szeroką wiedzę, bogate doświadczenie życiowe i co chyba najważniejsze – głęboki humanizm i odwagę myślenia, którym wykazuje się Władyka przy poruszaniu tak trudnych zagadnień, które w jego rozumieniu nie wydają się wcale tak czarno-białe, jakby wielu sobie tego życzyło. Jestem przekonany, że poniższe rozważania będą w stanie sprawić niektórym z Was, moi Drodzy, wcale niemałą niespodziankę.

o. Mariusz Synak

***

Zacznijmy zatem od pytania: Czy nie jest tak, że nieobecność Boga oznacza również brak bytu? Czy można powiedzieć, że niektórzy wejdą do wiecznej szczęśliwości, a inni będą wiecznie cierpieć z powodu braku obecności Boga?

Na pierwszą część pytania odpowiem, zamieniając słowo „byt” słowem „życie”: brak Boga to brak życia. Można istnieć materialnie, fizycznie, ale być martwym wśród martwych, ugasnąć duszą, znajdować się w liczbie tych, którzy nigdy nie doświadczyli bicia zdroju życia, jego twórczego naporu, a w ostatecznym rozrachunku – wśród tych, którzy nigdy nie zauważyli, że pełnia życia nazywa się miłością i że kochać – oznacza oddać swoje życie. […] Myślę, że ważne jest, by zrozumieć: w języku Pisma Świętego i w doświadczeniu Cerkwi miłość – to nie uczucie, nie emocje – to wymiar, poziom życia – pełnia, która zdolna jest do tego, by poświęcać samą siebie bez strachu. Co natomiast dotyczy wiecznej szczęśliwości (pytanie o to jest stawiane często), to sądzę, że nie ma na to wyczerpującej odpowiedzi. Sądzę, że bardziej mamy prawo pokładać nadzieję we wszystkim [cytat z Hymnu o Miłości św. Pawła – przyp. tłum], niż wypowiadać niewzruszone przekonania na ten temat. Istnieje pogląd, że wszyscy się zbawią; sądzę, że nie wolno mówić o tym jak o „pewności wiary”: można tylko traktować to jako „pewność nadziei”. Możemy z nadzieją oczekiwać wszystkiego ze strony nieskończonej i niezbadanej Bożej Opatrzności, nie znamy dróg Bożych. Nie wiemy, w jaki sposób Ten, który wziął na swoje barki brzemię, ciężar całego świata, doprowadzi nas w ostatecznym rozrachunku do wieczności.

Temat Sądu Ostatecznego stanowi określoną trudność. Często wyobrażamy go sobie jako powtórkę sądu indywidualnego [zaraz po śmierci – przyp. tłum.], czyli każdy z nas ponownie stanie przed Bogiem i w dramatycznych okolicznościach zostanie ogłoszony ostateczny wyrok. Ale czy taki obraz musi być obowiązkowy? Czy nie ma zasadniczej różnicy między sądem indywidualnym a Sądem Ostatecznym? Czy nie staną na Sądzie Ostatecznym przed obliczem Bożym całe kraje i narody – w swej chwale, ale i, być może, bez wątpienia, z całą swoją hańbą i wstydem? Z drugiej strony, kiedy cała ludzkość stanie przed Bogiem, wówczas jednym z nas, ludzi, będzie Człowiek o imieniu Jezus z Nazaretu. On sam siebie nazywa – naszym Bratem, On jest jednym z nas. Jeśli On jest naszym Sędzią, to jednocześnie jest i naszym Obrońcą. Czy Jego Krzyż nie jest czasem, według słów jednego z Ojców, „sądem nad sądem”?

Temat Sądu Ostatecznego rodzi też mnóstwo pytań, zagłębić się w które nie mamy teraz możliwości. Czy będzie to nowa Otchłań? [Tu kilka słów wyjaśnienia: Otchłań, czasem zamiennie nazywana Hadesem lub piekłem, według nauki Kościoła prawosławnego to miejsce, gdzie już przebywają dusze po pierwszym, indywidualnym sądzie, w oczekiwaniu na Sąd Ostateczny – przyp. tłum.] Ale co przez to rozumiemy? Czy [nowe, kolejne – przyp. tłum.] miejsce męki? Czy też tę samą [znaną nam już – przyp. tłum.] Otchłań rozłąki z Bogiem, braku Jego obecności? Wydaje mi się, że powinniśmy zachować pewną równowagę, balansując między prawdą (czyli „nic nieczystego, nic niegodnego Boga i człowieka nie wejdzie do Królestwa Bożego”) a nadzieją, dlatego że zło powinno być zwyciężone i może być zwyciężone przez Boga, przez Chrystusa, przez Chrystusa w nas, w Jego jedności z wiernymi Mu ludźmi. Raj nie może być zapełniony na siłę, ponieważ miłość oznacza wolność, a Raj - pełnia miłości – wolność. Opatrzność Boża jest niezmiernie głęboka, tak, jak Jego miłość do ludzi i mamy prawo (ja bym nawet powiedział, że jesteśmy zobowiązani) pokładać nadzieję we wszystkim. Przeczytajcie Hymn o Miłości w Liście Apostoła Pawła (I Kor 13).

Bóg wniósł życie do Otchłani. Ale czy ten, kto zasłużył na Otchłań, kto już poznał Otchłań – może po śmierci ciała poznać Życie?

Wydaje mi się, że powinniśmy nauczyć się powstrzymywać i nie wypowiadać swych opinii ani o innych, ani o samych sobie. Mówiąc „ten, kto zasługuje na Otchłań” kogoś osądzamy (a często samych siebie). Wydaje się nam, że taka opinia jest i szlachetna, i sprawiedliwa zarazem: tak, jakbyśmy posiadali wystarczająco wiedzy, by wypowiadać takie opinie. Ale to nie tak. My, być może, posiadamy wystarczającą wiedzę na temat własnych niegodziwości, ale w stopniu niewystarczającym znamy Boże drogi, Jego mądrość i Jego miłosierdzie. „Zasługuje na Otchłań” – to fraza, którą uważam osobiście za teologicznie fałszywą: zawiera w sobie możliwość prawa do osądu, prawa, które należy wyłącznie do jedynego Boga. Co zaś dotyczy poznania Otchłani – wiemy, że niektórzy ze świętych przeżyli to doświadczenie, ale kto z nas miałby śmiałość powiedzieć coś podobnego o sobie? Kiedy mówmy o otchłani ludzkiego życia, o otchłani w społeczeństwie, o kręgach piekieł na ziemi, to mimo wszystko nie mamy na myśli [tej – przyp. tłum.] Otchłani. Otchłań (nawet pozostawiając na boku obraz pełnego, radykalnego braku obecności Boga) to moment, za którym już niczego nie ma, to końcowy etap drogi, który można byłoby scharakteryzować słowami Dostojewskiego: „Już jest za późno. Teraz już wszystko zrozumiałem, przejrzałem na oczy i zrobiłbym wszystko, co jest właściwe – i zdaję sobie sprawę, że jest już za późno. Za późno, by kochać, by rozumieć i by działać” [„Bracia Karamazow”]. I na tym będzie polegać tragedia Otchłani, ale w życiu my tego nie znamy, w życiu nie bywa „za późno”.

Póki żyjemy cieleśnie, póki mamy w sobie tchnienie życia, póki śmierć nas nie skosiła, mamy i przyszłość – jakiś gest, jedna myśl, mogą zmienić i przemienić życie. Przypomina mi się pewien przypadek z życia Jean Marie Vianney, proboszcza z Ars. Kiedyś przyszła do niego zrozpaczona kobieta, której mąż popełnił samobójstwo, rzucając się do rzeki. Poprosił ją, by chwilkę poczekała, aż się pomodli, potem poprosił ją do siebie i powiedział: „Twój ból niech stanie się mniejszy. Między mostem a wodą mąż zaczął żałować tego, co zrobił”. Czasami wystarczy mrugnięcie oka, jedno westchnienie może wszystko zmienić.

Czy moglibyście powiedzieć kilka słów na temat samobójstw? Jak można znosić [w przypadku, gdy życie staje się nie do zniesienia – przyp. tłum.], a dokładniej kochać życie? Czy wówczas śmierć nie jest czymś najbardziej upragnionym spośród wszystkiego, co może nastąpić?

Chrześcijański stosunek do samobójstwa, radykalne odrzucenie samobójstwa jako próby wyrwania się z życia, które uważamy za zmagania ponad siły, wypływa, jak sądzę, z poczucia tego, że akt samobójczy oznacza odrzucenie możliwości innej przyszłości, odrzucenie nadziei. Nie mam tu na myśli jakiejś odległej nadziei, lecz konkretną nadzieję, w teraźniejszości. Samobójstwo oznacza również odrzucenie głębokiej wiary, to znaczy pełnego zaufania Bogu. Z jednej strony okazujemy wobec Boga brak zaufania, rzucamy Mu w twarz to, że nasze cierpienia, warunki naszego życia, które popychają nas do samobójstwa – są aktem szaleństwa z Jego strony i że to szaleństwo naprawimy własnymi siłami. Z drugiej strony – twierdzimy, że nie istnieje nadzieja, nie istnieje przyszłość i że od Boga nie ma czego oczekiwać. Wydaje mi się, że właśnie w tym tkwi duchowy problem samobójstwa. Oczywiście w sytuacji rozpaczy popychającej nas do aktu samobójczego śmierć wydaje się nam rozwiązaniem najbardziej upragnionym i najprostszym. Ale to spojrzenie krótkowzroczne. Oczywiście, jeśli wieczne życie nie istnieje, śmierć może wydać się najprostszym i najszybszym rozwiązaniem, choć samobójca rzadko myśli o ludziach, których porzuca i którzy będą musieli zderzyć się z koszmarem tej gwałtownej, świadomie wybranej śmierci, która ich osądza. Widziałem sporo samobójstw, za każdym razem cała rzesza ludzi traktuje to samobójstwo jak zarzut wobec samych siebie – oni przegapili tragedię, nie potrafili sobie z nią poradzić.

Jak znosić życie? Myślę, że gdy nie mamy w sobie pewnego życiowego zrywu, kiedy pod uciskiem z zewnątrz bądź od ogarniającego nas wewnętrznego smutku nie jesteśmy w stanie kochać życia – wówczas jedyne, co można zrobić, to żyć według zasady posłuszeństwa. „Posłuszeństwo” wcale nie oznacza sytuacji sługi, niewolnika, który musi być poddany, posłuszeństwo to stosunek tego, kto uznaje Bożą Opatrzność i zgadza się funkcjonować nie rozumiejąc, zgadza się żyć przyjmując za kryterium życia, aktywności swego bytu, wolę inną niż swoja własna: wolę Bożą. „Być posłusznym” w pierwszej kolejności oznacza słuchać, wsłuchiwać się: zaczyna się to z uznania faktu, że drogi Boże nie są naszymi drogami, Jego myśli nie są naszymi myślami. Jeśli by posłuszeństwo było tylko „niewolnictwem”, pogłębiałoby tylko naszą rozpacz: wówczas coraz bardziej czulibyśmy się więźniami, pogrążylibyśmy się w beznadziei. Ale jeśli zdajemy sobie sprawę, że Ten, w którego słowa się wsłuchujemy, jest Bogiem Żywym, że zmuszamy się do tego, by wypełniać niezrozumiałą dla nas wolę Boga Żywego, to stopniowo dzięki temu „przysłuchiwaniu się” zaczynamy dostrzegać Boży zamysł, Jego mądrość, Jego drogi, i wówczas przyjmiemy je już sercem nie tak ciężkim, później nawet z rosnącą radością i w końcu dojdziemy do pełni życia. […]

W problemie samobójstwa istnieje odpowiedzialność osobista, ale z drugiej strony, jak już powiedziałem wcześniej, jest również odpowiedzialność, jeśli można się tak wyrazić, zbiorowa. […] Można odejść przed wyznaczonym czasem wiedząc, że jesteś odrzucony, zbędny, niepotrzebny, odepchnięty, więc wiele samobójstw bierze się stąd, że obok nie było nikogo, kto by człowieka pokrzepił, umocnił, nikt nie powiedział, że „Twoje istnienie jest dla mnie ważne, jest wartościowe, dlatego że bez ciebie powstanie pustka, której nie będzie czym zapełnić”. Wydaje mi się, że na tym polega nasza odpowiedzialność; w pierwszej kolejności jako chrześcijan, ponieważ potrafimy postrzegać rzeczy w sposób, jaki daje nam Bóg w Swoim Słowie, przez Swoje Objawienie, w życiu Cerkwi, dlatego że Duch Święty mówi w naszej głębi; i istnieje odpowiedzialność społeczna w najszerszym znaczeniu tego słowa.

Cerkiew odmawia samobójcom prawa do nabożeństwa pogrzebowego. Przecież teksty takiej liturgii żałobnej zakładają cały szereg rzeczy. Nie wolno tak po prostu powiedzieć: „Panie, ten człowiek zgrzeszył, lecz do samego końca pokładał w Tobie nadzieję i zaufanie”, podczas gdy ten człowiek ani nie ufał, ani takiej nadziei nie miał. Nie wolno mówić: „Człowiek ten zgrzeszył, lecz jego wiara nigdy się nie zachwiała”, przecież nie wolno drwić ani z Boga, ani ze zmarłego. To zaś oznacza, że istnieje kategoria ludzi, którzy nie mieszczą się w rycie takiego nabożeństwa. Ale Cerkiew od dawna mówiła, że jeśli człowiek popełnia samobójstwo w stanie zmącenia rozsądku, w „afekcie”, to fakt ten można wziąć pod uwagę. I sądzę, że trzeba brać to pod uwagę prawie w każdym przypadku: tylko raz widziałem człowieka, który popełnił samobójstwo z zimną krwią (ale i tu ciężko jest powiedzieć, czy na pewno było to „z zimną krwią”. No, człowiek zbankrutował i przestraszył się odpowiedzialności). Ale istnieje jakiś stopień strachu i trwogi, którego nie wolno uważać za „zimną krew”, ponieważ w przeciwnym wypadku w związku z tym może pojawić się cały szereg pytań. Czy nie powinniśmy mieć w takim razie jakiegoś rytu nabożeństw, przeznaczonych dla przypadków nie branych pod uwagę?

I na sam koniec istnieje jeszcze kwestia osobista. Każdy oddzielny człowiek w Cerkwi ma prawo do osobistego miłosierdzia. Gdzieś w prawosławnej świadomości funkcjonuje pogląd że to, czego nie czyni Cerkiew jako taka, pisana przez wielkie C, członek Cerkwi może czynić. Oczywiście nie mam na myśli tego, by podważać rzeczy leżące w istocie Cerkwi. Ale w „Żywotach świętych” jest opowieść o tym, jak pewien kapłan modlił się za samobójców i jego biskup zabronił mu tego. W nocy ów biskup doświadczył pewnego widzenia – tłumy ludzi krzyczały do niego, że jest ich prześladowcą. I gdy ich zapytał: „Cóż ja wam zrobiłem?”, ci odpowiedzieli: „Pewien człowiek modlił się za nas i za każdym razem, gdy się modlił i celebrował za nas liturgię, przynosiło nam to ulgę. A teraz ty nas tego pozbawiłeś”. W skali całej Cerkwi niczego to nie zmienia, natomiast na poziomie jakiejś osobistej wrażliwości, intuicji zmienia [jak najbardziej].

Przez wiele lat należałem do parafii, w której kapłan, z błogosławieństwa naszego biskupa, podczas liturgii dodawał kilka próśb i między innymi modlił się za tych, którzy: „w szaleństwie serca i zamroczeniu umysłu podnieśli na siebie rękę” i modliliśmy się w takiej formie przez dziesiątki lat. Takie sformułowanie w jego ustach brzmiało szczerze, zupełnie naturalnie, i oczywiście mieści w sobie bardzo wiele, dlatego że o kim można powiedzieć, że nie miał „zamroczonego umysłu czy też oszalałego serca”? Rozmawiałem z nim wówczas o tym, dlatego że bardzo to przeżywał, obaj cieszyliśmy się, że słowa te dają nam prawo modlić się za wszystkich, a jednocześnie nie mówią nic więcej ponad to, co powiedzieć wolno.

Metropolita Antoni (Bloom)

za: Trudy, wyd. Praktika 2002 rok, Moskwa, s. 92 i następne

fotografia: Aimilianos /orthphoto.net/