Liturgia nigdy się nie kończy

tłum. Justyna Pikutin, 06 listopada 2021

Św. Ojcowie bardzo dobrze wiedzą, czym jest modlitwa i dlatego nie pozwalają, aby cokolwiek ziemskiego przeniknęło w głąb serca, gdy rodzi się w nim łaska. Dlatego też radzą, by podczas modlitwy nie myśleć o rzeczach przyziemnych, nie dopuszczać żadnych - nawet najmniejszych - fantazji.
 
Na ten czas należy odłożyć na bok wszystkie ziemskie sprawy i zająć się tylko jednym - trudem modlitwy. Modlitwy mentalnej, modlitwy umysłu lub modlitwy okrężnej. Nazywamy ją tak, ponieważ w tym rodzaju modlitwy nasz umysł zatacza swego rodzaju kręgi. To tak, jakbyśmy wynosili wszystkie nasze myśli na zewnątrz, zbierali je i wnosili z powrotem, łącząc energię umysłu z energią serca. Tak właśnie zaczyna się modlitwa. I tak właśnie powinniśmy modlić się, zwłaszcza podczas św. Liturgii.

Nie musimy właściwie znać porządku Liturgii, nie musimy wiedzieć, w którym momencie padną słowa "W górze miejmy serca" (cs. Hore imieim sierdca) (choć szkoda, że dziś mało kto zna porządek nabożeństwa - inaczej niż np. w języku angielskim). Gdyby było inaczej, głusi i niemi - powiedzmy - nie mieliby możliwości modlić się w świątyni, bo nic nie słyszą. Ale przychodzą i mimo swojej głuchoty wcale nie są pozbawieni łaski.

I jeśli taki człowiek modli się prawdziwie, to uczestniczy w nabożeństwie aktywniej niż my - słyszący. Ponieważ prawidłowo uczestniczy on w Liturgii, słysząc Boga nie uszami, a sercem.

Tak więc, przychodząc do świątyni, powinniśmy oczyścić swój umysł od wszystkiego, co przyziemne, powierzając mu tylko jedno zadanie - modlitwę. Na przykład, modlitwę Jezusową, najkrótszą spośród wszystkich modlitw, którą każdy powinien znać: “Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!” (cs. Hospodi Iisusie Chrystie, pomiłuj mia!).

Kiedy oczyścimy swój umysł od codziennych obowiązków, znów i znów powtarzajmy te słowa, gdyż jest w nich zawarta wielka siła. Jest to zarówno modlitwa, jak też wezwanie. Rozbrzmiewa w niej imię Jezusa Chrystusa, które niczym bicz nie pozwala złu zbliżyć się do nas. Wzywając imię Boga, człowiek odgradza się można powiedzieć linią wysokiego napięcia.

Powtarzając imię Chrystusa, stopniowo zaczynamy czuć swe serce - nie w kategoriach anatomii czy kardiologii, ale w kategoriach psychosomatyki. Staje się ono naszym centrum. To uczucie własnego serca łączy się z pracą umysłu, a wtedy człowiek nie doświadcza już żadnych postronnych wrażeń i nic z zewnątrz nie może go zaatakować.

Bez względu na to jak głośno jest wokół, nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ umysł zjednoczył się z sercem, modlitwa już żyje w człowieku i nic nie może jej przeszkodzić - nawet stan zdrowia. To znaczy przy pomocy modlitwy człowiek przezwycięża zmęczenie, choroby i wszystko inne. Modlitwa jest prawdziwa - jak mówi ap. Paweł - gdy jest modlitwą umysłu, serca i całego istnienia.

Kiedy człowiek jest w stanie głębokiej modlitwy, Bóg odpowiada mu. Człowiek zaczyna odczuwać Jego obecność. Bóg odpowiada i uczy nasze serce tego, czego ono potrzebuje: albo płaczliwej skruchy, albo miłości, albo przyjęcia sakramentów, albo zrozumienia innych ludzi, czasu i miejsca. Uczy wszystkiego, dając stopniowo to, co jest potrzebne. Ważne jest, aby zrozumieć, że prawdziwa modlitwa jest właśnie tym i niczym więcej. Dlatego właśnie musimy codziennie starać się - choćby odrobinę - poczuć i utrzymać w sobie to zjednoczenie umysłu i serca.

Tajemnica modlitwy, przekazana nam przez św. Ojców jest trudna do zrozumienia. Ale jedno jest pewne: pierwszym znakiem prawdziwej modlitwy są łzy. Kiedy człowiek zaczyna płakać podczas modlitwy, to znaczy, że ona działa.

Oczywiście mówię o prawdziwych łzach, ponieważ nie wszystkie łzy są takie same i nie wszystkie przynoszą korzyść. Można powiedzieć, że są lepsze i gorsze łzy. Nie będę zagłębiał się w ten temat, ale powiem jedno: jeśli podczas modlitwy zaczniemy płakać ze wzruszenia, ze współczucia, z uświadomienia sobie Bożej miłości, ze skruchy lub z jakiegoś innego duchowego powodu, to jest to bardzo dobre i nie należy tego zaprzepaścić.

Nie jest to łatwe do osiągnięcia i potrzeba wiele siły. Wymaga to walki i wysiłku woli. Człowiek powinien przezwyciężyć siebie, by spotkać się z Bogiem. W tym celu potrzebne jest przygotowanie - i to nie tylko przed Liturgią.

Musimy być uważni również po niej. Według Świętych Ojców, taki jest sens przykazania, które Bóg skierował do Adama w ogrodzie Eden, aby "uprawiał go i strzegł" (Rdz 2, 15). To właśnie powinniśmy czynić - starać się nie tylko poprawnie się modlić, ale także utrzymywać w sobie modlitewny stan duszy.

Tak więc wybierając się na Liturgię, należy właściwie się do niej przygotować. A po jej zakończeniu należy strzec tego, co osiągnęliśmy, ponieważ jeśli to utracimy, to nasza dusza opustoszeje. Jeśli nie będziemy tak postępować, to niemożliwym będzie dostrojenie się do "częstotliwości" komunikacji z Bogiem, "częstotliwości" duchowej modlitwy.

Odpowiedź na wezwanie duchownego (“Mamy je przy Panu” cs. Imamy ko Hospodu) powinna być centrum naszego codziennego życia, przecież dla chrześcijanina św. Liturgia nigdy się nie kończy. Całe nasze życie ze wszystkimi detalami, nasza praca, jedzenie, odpoczynek, hobby - wszystko powinno być skupione wokół Chrystusa.

Bóg nie może przychodzić do nas tylko raz na kilka godzin w niedziele lub też dwa razy w roku, czy też kilka razy w ciągu całego naszego życia. Bóg, jak głosi Jego słowo, jest Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem. I jeśli wyobrazimy sobie Chrystusa w centrum naszego istnienia, na początku i końcu wszystkich naszych obowiązków, to z łatwością zdołamy ujrzeć Go zawsze wtedy, gdy tego zechcemy - przecież będzie On zawsze znajdował się w epicentrum naszej miłości. I spotkanie z Nim będzie radosne.

Święci Ojcowie upodabniają spotkanie z Bogiem do spotkania panny młodej i pana młodego na uczcie weselnej. O miłosnym zjednoczeniu duszy ludzkiej z Panem mówi również starotestamentowa Pieśń nad Pieśniami. Zakochani z niecierpliwością oczekują tej chwili, gdy Bóg pobłogosławi ich związek, by ich relacje osiągnęły ostateczną pełnię. Tak też człowiek, którego serce jednoczy się z Bogiem, kocha Go. I ta boska miłość, boski eros, przewyższa ludzką miłość w jej duchowej rozkoszy. Dlatego ludzie, którzy kochają Boga, kochają Go bardziej niż cokolwiek innego na świecie.

To wyjaśnia, dlaczego świat uważa wierzących - za szaleńców. Ludzie nie rozumieją takiej miłości i mówią: “Jak możesz tak postąpić? Czy dobrze to przemyślałeś? Rezygnujesz z ziemskich przyjemności, z tego wszystkiego, co jest tak wspaniałe? Inni całe życie walczą, by to osiągnąć, a ty tak po prostu rezygnujesz?”.

A jak rezygnowali święci? Co czuli? Po prostu w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że to, co znaleźli u Boga, przewyższa wszystko inne.

Pewien starzec nawet dawał taki przykład: narkoman przestaje przyjmować narkotyk wtedy, gdy znajduje inny, silniejszy. To znaczy, że jeśli człowiek palący np. haszysz, spróbuje czegoś mocniejszego, to potem haszysz zupełnie przestanie go interesować. Po prostu już go nie zechce. W taki sposób działają narkotyki, wpędzające człowieka do grobu - najsilniejsze narkotyki.

Dzieje się dokładnie tak samo, kiedy człowiek odkrywa świat duchowy, odnajduje prawdziwy sens życia. I wtedy porzuca wszystko to, co interesowało go wcześniej i zagłębia się w relację z Bogiem. Ale właśnie w tym tkwi “przeszkoda”: takie zachowanie jest niezrozumiałe dla tych, którzy sami nigdy tego nie doświadczyli.

Tak zwane: “pranie mózgu” - kiedy złapiemy jakiegoś nastolatka i zaczniemy to wszystko opowiadać, aby pokochał Boga - tu nie zadziała. Jak można przekonać młodego człowieka, który nie słucha nawet własnych rodziców? Co można mu powiedzieć? Jakim mędrcem i czarodziejem trzeba być w tej dziedzinie!

W pewnym czasopiśmie tak pisano o nas, duchownych - “czarodzieje”. A wczoraj w jednym programie jakiś wybitny specjalista, nauczyciel, też tak zapytał: ”Cóż to za szemrany agent z Góry Athos działa teraz na Cyprze i wciąga do swojej wiary młodych ludzi, którzy pod jego wpływem zostają mnichami?” Cóż powiedzieć...

Życie duchowe to tajemnica. A także przejaw miłości Boga do człowieka. Kiedy wschodzi słońce, gasną gwiazdy. To znaczy, właściwie one nie gasną - to światło słoneczne jest tak jasne i mocne, że nie widać gwiazd. Ich światło znika i pozostaje tylko światło słoneczne. Tak też i w relacji z Bogiem. Wtedy gdy Chrystus oblewa swą obecnością serce człowieka, to przezwycięża wszystko na świecie. U człowieka, który odkrył w sobie Chrystusa, wszystko inne schodzi na drugi plan. I jeśli ktoś jest temu “winien” - to tylko Bóg. To Jego należy winić w “praniu mózgu”, a nie duchownych.

Jak to się dzieje? Poprzez chrzest - chrzest przez łaskę, odrodzenie i odnowienie. Czym jest chrzest? To całkowite zanurzenie w wodzie. Dlaczego konieczne jest przyjęcie chrztu? Czy tak ważne jest zanurzenie w wodzie? Tak, jest to ważne, bo wtedy następuje całkowite odrodzenie człowieka z całym jego układem psychosomatycznym. Zarówno dusza, jak i ciało, odradzają się.

A kiedy uświęca się dusza, to uświęca się również umysł i uczucia - wszystko. Zmieniają się też relacje z całym otaczającym nas światem. Człowiek zaczyna patrzeć na ten świat tak, jak święty. To - nowy człowiek. “Oto wszystko czynię nowe.” - mówi Bóg (Ap 21, 5).

Nie da się tego opisać słowami, można to tylko poczuć. Bez względu na to, jak bardzo bym się starał - nie uda mi się. Kiedy człowiek poczuje w sobie to odnowienie, zrozumie, czym właściwie jest przyjście Boga na ziemię. Wtedy wszystko nabiera sensu: dlaczego męczennicy wybierali śmierć za Chrystusa i dlaczego sprawiedliwi poświęcali całe swoje życie Bogu, dlaczego asceci umartwiali swe ciała, i dlaczego święci ojcowie spędzali dni we łzach skruchy.

Wszystko to miało miejsce, ponieważ w ich sercach zapłonął Święty Ogień. Czy pamiętacie słowa Chrystusa? “Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakżebym chciał, aby już rozgorzał.” (Łk 12, 49) Bóg przyszedł do nas, by rozpalić na ziemi ogień. I ogień, przez Niego rozpalony, nie zgasł po dzień dzisiejszy. I nie zgaśnie. A ten, kto przyjmie ten ogień w swą duszę, będzie pochłonięty w całości - przez ogień Miłości Bożej.

Właśnie podczas świętej Liturgii możemy tego doświadczyć. Ona daje nam możliwość dołączenia do Ostatniej Wieczerzy Chrystusa i powierzenia Mu swego serca - wywyższając je; dążenia do Boga - zapominając o wszystkim co nas martwi.

I jeśli tego dokonamy, to potem wrócimy do codziennego życia zupełnie odmienionymi ludźmi, nie takimi, jakimi byliśmy wcześniej. Liturgia uświęca cały rozpoczynający się tydzień i te kilka minut, kiedy się modlimy, uświęca cały nasz czas. W przeciwieństwie do nas, Bóg jest szlachetny. Dlatego, jeśli choć przez chwilę się pomodlimy (w zasadzie ze względu na nas samych, a nie na Boga), to On szczodrze wynagrodzi nam te kilka minut Swym błogosławieństwem i Siłą.

Modlitwa nie odbiera sił, a regeneruje je. Kiedy człowiek się modli, wiele problemów rozwiązuje się samoistnie. Jednak modlimy się nie po to, by rozwiązać jakieś życiowe problemy, a po to, by spotkać Chrystusa, Którego kochamy. Tak jak spieszymy na spotkanie z ukochaną osobą, tak też powinniśmy spieszyć na Liturgię, na modlitwę, bo tam czeka nas - Ukochany Bóg.

Widzicie, nam chrześcijanom, obce są idee filozoficzne. Nie jesteśmy filozofami, ani ideologami. Każda filozofia i ideologia znajduje się poza czystą modlitwą. A my kochamy konkretną Osobę - Jezusa Chrystusa.

metropolita Limassol Atanazy

za: pravmir.ru

fotografia: marian_do /orthphoto.net/