Bóg nie może zapanować nad duszą podzieloną na pokoje

tłum. Justyna Pikutin, 18 września 2021

przeczytaj poprzednią część rozważań


“Błogosławione Królestwo Ojca i Syna i Świętego Ducha”. Dlaczego mowa o królestwie i dlaczego Bóg nazywany jest Królem? Dlatego, że dawniej król, gdy zapanował nad jakimś miastem, panował nad wszystkim, co się w nim znajdowało. Wszystko w tym mieście należało do niego, a wszyscy mieszkańcy byli jego poddanymi. Tak też Chrystus, kiedy rozpoczyna panowanie nad naszą duszą, to wszystko w nas - umysł, ciało, cała nasza istota - należy do Niego. Wszystko zostaje uświęcone, gdy Bóg króluje w duszy człowieka. W moim życiu zapewne nie ma i nie powinno być nic, co byłoby poza wrotami królestwa Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Powinniśmy uważać, aby wszystko w naszym życiu, od początku do końca, było oblane światłem tego Królestwa. Nasze sumienie powinno świadczyć o tym, że naszym królem jest Chrystus oraz że przebywamy w Jego Królestwie.

Pamiętam taki przypadek w naszym monasterskim życiu. Nasz śp. starzec o. Józef z Watopedi opowiadał o sobie, że gdy był jeszcze nowicjuszem u świątobliwego Józefa Hezychasty, każdego wieczoru, kiedy bracia rozchodzili się do swoich kaliw na nocne reguły, zadawał sobie pytanie: “Czy to, o czym dziś pomyślałem, co powiedziałem i zrobiłem jest przypieczętowane Bożym błogosławieństwem? Czy to wszystko ma błogosławieństwo mego starca? Czy jest coś, co zataiłem przed starcem, choćby nieświadomie?” I jeśli sumienie podpowiadało mu, że nic nie zataił, że wszystko czego dokonał, dokonał z jego błogosławieństwa, to mógł spokojnie przystąpić do modlitwy. Jednak jeśli sumienie karciło go za jakąś samowolkę, to natychmiast udawał się do starca, by opowiedzieć mu o wszystkim, tak by nic nie stało na przeszkodzie łasce zstępującej na niego podczas modlitwy. Należy podkreślić, że wszyscy Ojcowie Cerkwi byli niezwykle ostrożni i bezwzględni w kwestii czystości sumienia.

Opowiem wam dwa przypadki z życia pewnego współczesnego wielkiego ascety, który w tamtych czasach był jeszcze mało znany, ponieważ nie przyjmował gości. Znali go tylko nieliczni mnisi, w tym nasza brać zakonna, ponieważ był on duchowym bratem naszego starca. Mówię o św. starcu Efremie z Katunaki, tym wielkim duchowym gigancie, który zasłynął ze szczególnie srogiego dbania o sumienie. On rzeczywiście był niezwykle surowy dla swego sumienia. Nie pozwalał na najmniejszy kompromis z nim, nie pozwalał sobie na najmniejsze odstępstwo od prawa sumienia, przestrzegał go w teorii i praktyce. Za to otrzymał obfitą łaskę od Boga.

Pewnego razu o. Efrem przyszedł z Katunaki do Nowego Skitu, gdzie mieszkaliśmy, porozmawiał z naszym starcem i zanim odszedł, chciał coś zapisać. Nasz starzec dał mu długopis. Był to najzwyklejszy długopis, nie jakiś wykwintny “PARKER”, a prosty “BiC”. Fakt, że w tych czasach długopisy dopiero wchodziły do powszechnego użytku. Ojciec Efrem sporządził zapiskę i zwracając długopis powiedział: “Ojcze Józefie, jaki wspaniały ten twój długopis!” Na co nasz starzec bez zastanowienia odpowiedział: “Weź go sobie ojcze. Mam jeszcze jeden. Jak pojadę do miasta, by załatwić sprawy, mogę sobie kupić jeszcze” (W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że o. Efrem nigdy nie opuszczał Góry Athos). Ojciec Efrem wziął długopis, pożegnał się z nami i oddalił się w drogę powrotną na Katunaki. Kiedy wychodził od nas, zapadał już zmrok. Droga pomiędzy Nowym Skitem a Katunaki była daleka i szła pod górę. Zdecydowanie nie był to przyjemny spacer wzdłuż brzegu morza, ale w górę i w dół górskimi ścieżkami. Przy ładnej pogodzie i szybkim kroku przebycie jej zajmowało minimum 1,5/2 h.

Nastała noc. Zgodnie ze zwyczajem sprawowaliśmy nocną regułę, modląc się na czotkach. Gdzieś około północy usłyszeliśmy pukanie do drzwi naszej kaliwy. Kto błąka się o takiej porze? Otwieramy drzwi, a na progu stoi o. Efrem. Wchodzi do środka i mówi zwracając się do naszego starca:
- Ojcze Józefie, zabierz z powrotem ten długopis. Nie chcę go mieć.
- Co się z tobą stało?
- Proszę zabierz go z powrotem. Wziąłem go bez błogosławieństwa. A ponieważ postąpiłem samowolnie, to teraz nie mogę sprawować Liturgii. Czuję, że jest to przeszkodą.

Przekonał o. Józefa, by zabrał długopis. Spójrzcie, o. Efrem przyszedł do nas, poszedł na Katunaki, potem wrócił do nas, a następnie poszedł z powrotem na Katunaki. Policzcie ile czasu stracił on na drogę. Praktycznie całą noc. Inny na jego miejscu mógłby powiedzieć sobie: “No dobrze, zwrócę długopis jutro. Nic strasznego, jeśli przez jedną noc poleży on w mojej kaliwie. I tak nie będę z niego korzystał”.

Jednak o. Efrem nie mógł tak postąpić - on poczuł, że więź z łaską Bożą w jego duszy została zerwana przez to, że pozwolił sobie na to, co w jego mniemaniu było samowolką i egoizmem. O. Józefowi wyjaśnił, że nie otrzymał błogosławieństwa swego starca na to, by wziąć sobie długopis. Jednak w tym czasie jego starzec, o. Nikifor, cierpiał już na demencję starczą (chorobę Alzheimera). O. Efrem był idealnym nowicjuszem, co uczyniło go wielkim świętym naszych czasów.

Innym razem o. Efrem zszedł z Karuli do przystani, by wysłać list. Kiedy do przystani przybiła łódka, o. Efrem wskoczył do niej. Żeglarz w tym czasie rozmawiał z innym mnichem i nie zauważył o. Efrema. Ten oddał list komuś z pasażerów, ale nie zdążył wyjść z łódki, a ta oddaliła się już od przystani. “Błogosławiony, pozwól mi wysiąść” - poprosił o. Efrem. Żeglarz był człowiekiem świeckim, prostym, nieco wulgarnym i skłonnym do wybuchów gniewu. Rozgniewany na o. Efrema z powodu konieczności wracania do brzegu, zaczął krzyczeć i obrzucać go przekleństwami. Kiedy o. Efrem wrócił do swej kaliwy na Katunaki, sumienie zaczęło go karcić za to, że zdenerwował żeglarza. “Zdenerwowałem go i skusiłem, jak mam teraz sprawować Liturgię?” - myślał. W środku nocy wyruszył z Katunaki do Skitu św. Anny, gdzie mieszkał żeglarz. Droga w tym miejscu - to niebezpieczne zejście, na samą myśl o którym ogarnia strach. A przecież potem, w drodze powrotnej musiał jeszcze wejść pod górę. Tym niemniej ojciec Efrem dotarł do mieszkania żeglarza, uczynił przed nim pokłon:
- Wybacz mi. Zdenerwowałem cię dziś rano.

Opowiadając te przykłady chcę wam pokazać, że ludzie oddani Bogu zawsze pragną tylko jednego - by Bóg był Królem wszystkich działań ich życia i samego ich istnienia. Nie tolerują oni w swoim życiu niczego, co jest poza bramami Królestwa Bożego. My również, żyjąc poza monasterem, powinniśmy być szczególnie ostrożni w tej kwestii. Czasami mam wrażenie, że u wielu z nas dusza jest jakby rozdzielona wewnętrznymi przegródkami na kilka oddzielnych pokoi. Pierwszy pokój - to pokój naszej pobożności, naszego życia cerkiewnego. Drugi pokój - to pokój naszego ziemskiego życia. W tym pokoju zachowujemy się zupełnie inaczej niż w pierwszym, tak jakbyśmy zakładali inną maskę. Trzeci pokój - to pokój naszej pracy. Zdarza się, że widzisz człowieka w świątyni - jest on delikatny, spokojny, przyjemny w kontakcie. Potem widzisz go w pracy, gdzie jest niedostępny, mroczny i ponury. Tak chciałoby się powiedzieć mu: “Uśmiechnij się! Co się z tobą stało? Przecież w świątyni jesteś zupełnie inny”. Inaczej człowiek zachowuje się w domu, w gronie rodziny. Inaczej zachowuje się za kierownicą samochodu. Samochód - to też swego rodzaju pokój naszej duszy. Ile razy przyszło mi się słuchać na spowiedzi: “Ojcze, kiedy prowadzę samochód, to często przeklinam i wyzywam innych kierowców”. Nie da się pragnąć, by łaska Boża zapanowała w twej duszy, jeśli jest ona podzielona na części, na wiele pokoi. Przede wszystkim musisz odnaleźć wewnętrzną spójność i jedność. Zarówno twoje usta, jak i umysł, a także postępowanie - wszystko w tobie powinno być obdarzone Bożą łaską.

Człowiek, który dostąpił łaski Bożej, nie zmienia się wraz ze zmianą środowiska i otoczenia. Wszystko w nim - myśli, słowa, działania, zarówno tajne, jak też jawne, te podjęte w samotności, jak też te publiczne - pozostaje takie samo, nie zmienia się. Ojcowie Cerkwi nalegali na to, że powinniśmy być stabilni i niezmienni, bez względu na to gdzie się znajdujemy i kto stoi przed nami. Nie zważając na to, czy stoisz przed wielomilionowym tłumem, czy też w samotności, powinieneś pozostać tym, kim jesteś i zachowywać się jednakowo. Kiedy jesteś sam, czuj się tak, jakby w tym momencie patrzył na ciebie cały świat. Zaś kiedy patrzy na ciebie cały świat, czuj się tak, jakbyś był sam. Zawsze i wszędzie odczuwaj obecność Boga i nic prócz Niego.

W obliczu możnych tego świata, w obliczu tych, od których zależy twój zewnętrzny dobrobyt, lub wobec tych, których się boisz, nie schlebiaj, nie zmieniaj swego postępowania. Zawsze zachowuj się jednakowo właściwie - bądź pokorny. I nie chodzi mi o kompleks niższości, a o szlachetną pokorę dzieci Bożych.

Takie zachowanie robi na mnie osobiście ogromne wrażenie. Widziałem tę pokorę u współczesnych świętych ascetów, do których przychodziły na spotkanie różne osoby piastujące wysokie stanowiska: premierzy, prezydenci, ludzie, których nazwiska znane są na całym świecie. W kontakcie z takimi gośćmi w zachowaniu świętych mnichów nie było najmniejszego cienia zmiany, uległości lub podporządkowania. Z duchową szlachetnością przyjmowali każdego gościa i rozmawiali z nim nie zważając na jego twarz. Z tego właśnie powodu Bóg królował w ich duszy i całym ich istnieniu. Można było dostrzec, jak przepełniała ich łaska. Pamiętam, że kiedy obserwowałem tych świętych, widziałem, że nawet ich odzienie emanowało łaską. Nosili oni najprostsze, stare, poszarpane ubrania. Jednak te ubrania, kaliwa świątobliwych ascetów i wszystkie ich rzeczy - wszystko emanowało ogromną łaską.

Tak też było i z dawnymi świętymi. O. św. Bazylim Wielkim, na przykład, mówi się, że idąc delikatnie utykał. To samo mówi się też o rodakach świętego biskupa, mieszkańcach Kapadocji - oni wszyscy lekko utykali. W ten sposób naśladowali oni świętego! Tak wielki wpływ wywierała na nich jego osobowość! Św. Bazyli kulał z powodu choroby nóg, a jego rodacy utykali naśladując go, ponieważ łaska, skrywająca się w jego duszy, robiła na nich takie wrażenie, że naśladowali oni również zewnętrzne zachowania świętego.

Również współcześni święci asceci robili na odwiedzających tak niesamowite wrażenie, że można było zauważyć, jak ludzie zaczynali naśladować ich zachowania. Przyczyną takiego wrażenia była ogromna łaska bijąca nie tylko od świętych ascetów, ale od wszystkiego co było wokół. Od ich ubrań, a właściwie łachmanów, które nosili, od ich kaliw, od pieńków, które wykorzystywali zamiast krzeseł i wszystkiego poza tym. Oto świadectwo tego, że człowiek ma w swoim życiu Króla - Chrystusa, Który króluje nad całym istnieniem człowieka - jego umysłem, sercem, słowami i czynami. Dlatego zdarzało się, że ktoś, kto wypił szklankę wody u starca Paisjusza, mówił potem, że nigdy i nigdzie nie pił tak pysznej wody. Lub przykładowo, często pielgrzymi chwalą monasterskie jedzenie, jak pysznie jest przygotowane. A jak zostało przygotowane? Bez oleju, na wodzie. Łaska - to właśnie ona czyni wszystko pięknym.

Czasami zdarza mi się uczestniczyć w różnych uroczystościach w bogatych domach lub wykwintnych hotelach. Widzisz tam bajeczną rozkosz i zastanawiasz się: “Cały ten przepych jest nieporównywalny z ubogą kaliwą starca Paisjusza”. A jaka była jego kaliwa? Pokoik z piaskową podłogą. Łóżko sam sobie zmontował z desek i bardziej przypominało trumnę niż łóżko. Krzesło też sam zmontował. A do pisania zamiast stołu korzystał z kawałka deski, który kładł sobie na kolana. Miał jeszcze stary zegar, by kontrolować czas i kilka papierowych ikon, przymocowanych do ściany. Wszystko to było poczerniałe od dymu z pieca i od świec, które płonęły u niego bezustannie.

Podczas jednego z naszych wyjazdów do Rosji odwiedziliśmy “Ermitaż” i widzieliśmy pokoje carycy Katarzyny. Mój Boże, jakim przepychem otaczała się ta kobieta! Nie wyobrażam sobie, jak mogła ona żyć pośród tego wszystkiego. Stwierdziłem: “Jeśli zamknęliby mnie w takich pokojach choć na jedną noc, to bym oszalał!”

Kiedy brakuje łaski Bożej, to wszystko jest martwe i męczące. Weźmy najpiękniejszy pałac - jeśli nie ma tam Boga, to nie jest to pałac, a cmentarz. Życie w takim miejscu cię zabije. Umieśćcie Boga w zwykłej ruderze - jakich dawniej było wiele, jednopokojowej, gdzie gotowano, jedzono i spano - powieście tam ikonę, łampadę, zacznijcie się modlić i rudera stanie się rajem. Tak cudownym rajem, że wykrzykniecie z radością: “Gdyby tak wszyscy ludzie poznali tę radość i to błogosławieństwo panujące w tej ruderze!”. Kiedy obecny jest Bóg, wszystko staje się błogosławione, ponieważ Bóg króluje nam wszystkim.

metropolita Limassol Atanazy

za: pravoslavie.ru

fotografia: