Przypowieść o bogatym młodzieńcu, czyli to, co masz - ma również ciebie

o. Mariusz Synak, 12 września 2021



A oto zbliżył się do Niego pewien człowiek i zapytał: «Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?» Odpowiedział mu: «Dlaczego Mnie pytasz o dobro? Jeden tylko jest Dobry. A jeśli chcesz osiągnąć życie, zachowaj przykazania». Zapytał Go: «Które?» Jezus odpowiedział: «Oto te: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj swego bliźniego, jak siebie samego!» Odrzekł Mu młodzieniec: «Przestrzegałem tego wszystkiego, czego mi jeszcze brakuje?» Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Jezus zaś powiedział do swoich uczniów: «Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego, Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego». Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: «Któż więc może się zbawić?» Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe» 
(Mt 19,16-26).


Cytowana scenka - znana, klasyczna, występująca w kilku wariantach synoptycznych, ponieważ każdy z trzech „zbieżnych” Ewangelistów - Mateusz, Marek i Łukasz przytacza ją w swoich relacjach. Opowieść, a później i sam tekst musiał budzić u świadków i słuchaczy niemałe zdumienie. Nawet więcej – „uczniowie przerazili się bardzo”. Czegóż tu się bać? Nie znajdziemy tu panujących nad ludźmi biesów, nie ma wieści o końcu świata, nie ma proroctw o skorym upadku świętego Miasta, czyli o zdobyciu Jerozolimy przez legion Tytusa i straszliwej rzezi jej mieszkańców, o mających już niedługo nadejść strasznych czasach. A przecież spotkamy wiele tego typu ostrzeżeń w innych fragmentach Ewangelii. Tu na pozór nie ma niczego z tych rzeczy.

Przyjrzyjmy się zatem tekstowi. Do Jezusa przychodzi nieznany z imienia bogaty żydowski młodzieniec (to u Mateusza, Łukasz doprecyzowuje – dostojnik). Nurtuje go pytanie, które dziś dla większości ludzi po prostu nie istnieje lub nie jest aż tak istotne – co stanie się z nim po śmierci, a dokładniej jak ma zasłużyć na życie wieczne? Z opisów Ewangelistów wiemy, że ludzie, którzy mieli okazję dotrzeć do Jezusa, nie zajmowali się raczej długimi z Nim rozmowami, dyskusjami, wymianą poglądów. To było ich przysłowiowe „pięć minut”, zatem trzeba było wykorzystać okazję i skierować prośbę lub zadać pytanie, dla każdego z nich bardzo istotne, powiedzieć to, co ich trapiło. „Nauczycielu” – zwrot, sugerujący chęć słuchania odpowiedzi, gotowość pójścia za radą pytanego Jezusa. Szacunek, pokora, otwartość uszu i serca. Porównując trzy warianty opisywanej sytuacji można zauważyć, że pytanie młodzieńca jest czyste, bez „drugiego dna” i złych intencji.

W tekście Ewangelii często słyszymy pytania, kierowane do Jezusa, które są albo podszytymi lekką złośliwością kazuistycznymi łamigłówkami (np. o siedmiu braciach i jednocześnie kolejnych mężach pewnej kobiety), albo prowokacyjnymi, mającymi posłużyć jako oskarżenie (czy godzi się płacić podatek cesarzowi?), albo też mającymi na celu wymuszenie na Jezusie otwartego przyznania się do swej boskiej misji (powiedz nam, jaką mocą to czynisz?), co groziło oskarżeniem o bluźnierstwo z prawie natychmiast idącym za nim ukamienowaniem (sąd żydowski) bądź ukrzyżowaniem (sąd rzymski). Pytanie z pewnością było ważne dla pytającego (u Marka młodzieniec przybiegł do wybierającego się w drogę, a więc szykującego się do opuszczenia miejscowości, w której nocował, Jezusa i padł przed Nim na kolana), wypływało ze szczerych intencji i w taki też sposób zostało odebrane przez Chrystusa. Dlatego w wariancie Marka Jezus spojrzał na pytającego „z miłością” (Mk 10,21).

Rozmowa nie odbywała się w cztery oczy, Jezusowi towarzyszyli apostołowie, a wśród nich (za wyjątkiem Łukasza) późniejsi ewangeliści, być może było tam obecne jakieś zgromadzenie ciekawskich Judejczyków. Spróbujmy zatem odczytać pytanie młodego, zamożnego dostojnika w kontekście sytuacyjnym: „Panie, zanim nas opuścisz, uczyń mi łaskę, bądź dobry i odpowiedz na pytanie, które jest dla mnie bardzo ważne, któremu poświęcam całe swoje świadome życie – powiedz, czy moje wysiłki, skierowane na osiągnięcie życia wiecznego, są odpowiednie, właściwe? Czy jest coś, co jeszcze mógłbym zrobić? Czy istnieje jeszcze jakieś dobro, które mógłbym uczynić?” Nie uderza nas, moi drodzy to, że młodzieniec interesuje się swoim pośmiertnym losem? W naszej kulturze myślenie już za młodu o śmierci i losach pozagrobowych nie cieszy się popularnością.

Powróćmy do pytania. Jezus udziela na nie przewidywalnej odpowiedzi: „zachowuj przykazania” z następującym ich wyliczaniem, która nie zaskakuje pytającego i zapewne otaczających naszych rozmówców wspomnianych wcześniej świadków. Jeśli na tej odpowiedzi młodzieniec by poprzestał, ludzkość straciłaby niesłychanie ważny przekaz, nasze języki zubożałyby o bardzo plastyczne i obrazowe powiedzenie o wielbłądzie i uchu igielnym, w końcu nie usłyszelibyśmy dość dziwnie, bo bardzo ludzko brzmiącego pytania o cenę poświęcenia i wyrzeczeń ze strony apostołów, wypowiedzianego ustami apostoła Piotra: „A co my w zamian dostaniemy?”

Przenieśmy pytanie na grunt współczesny - przychodzi przysłowiowa pacjentka do lekarza i pyta: „Co mam robić, by umrzeć zdrowo?”. Lekarz odpowiada: „Prowadzić zdrowy tryb życia – nie pić, nie palić, nie oglądać telewizji. Kropka. To byłby dialog tej kategorii. Pytanie zrozumiałe, odpowiedź przewidywalna. Na szczęście młody człowiek nie poprzestał na pierwszej odpowiedzi Jezusa, co tylko przemawia na jego korzyść. Owszem, zna przykazania, bo któż w Izraelu by ich nie znał? Wszyscy mieli to wykute na pamięć. Były podstawą bytu Narodu Wybranego i jego relacji z Bogiem. Gorzej z wypełnieniem tych zaleceń, a dokładniej wymagań. Przy pobieżnym czytaniu może pojawić się myśl, że pytający chce się po prostu pochwalić faktem skrupulatnego przestrzegania Prawa i sumiennej realizacji jego wymogów. Ale nie, z kart Ewangelii bije szczerość i prawdziwa troska o swój los, o zbawienie duszy. Zobaczmy - przybiegł, padł na kolana, pyta, tytułując Jezusa zaszczytnym: „Nauczycielu”, „Nauczycielu dobry”… To nie zwykła kurtuazja i chęć autoprezentacji, to rzeczywiście owa troska. Zatem wszystkich tych wymogów nasz bohater przestrzegał „już od młodości”. Czapka z głowy. Pełen komplet przykazań wypełniony świadomie, sumiennie i z wielką starannością. Nie zabił, nie cudzołożył, nie kradł, nie zeznawał fałszywie, czcił ojca i matkę, miłował bliźniego jak siebie samego. Postawa i zaangażowanie godne pozazdroszczenia.

Obym się mylił, ale nie sądzę, by wśród czytelników tego ewangelicznego tekstu znalazło się wielu podobnych. Bądźmy szczerzy. Jesteśmy słabi, padamy, grzeszymy, szukamy usprawiedliwienia, wskazujemy winnych dookoła, zasłaniamy się niepamięcią lub niewiedzą… Tu człowiek mówi, jak jest – bez patosu, bez pychy, po prostu stwierdza fakt wypełnienia tych przykazań. Powodowany prawdziwym i szczerym dążeniem do osiągnięcia życia wiecznego nie poprzestaje zatem na pierwszej odpowiedzi Jezusa i drąży temat: czy jest coś jeszcze, co mógłby wypełnić dla osiągnięcia zbawienia? Czy – dokładniej zacytujmy: „co jeszcze dobrego mam czynić, czego jeszcze mi brakuje?”. Skąd to pytanie? Przecież u człowieka, mającego pewność co do przestrzegania prawa nie powinno być już podobnych wątpliwości. Czyżby nadmierna gorliwość? Wnioskując po spokojnym, bardzo zrównoważonym tonie pierwszego pytania i atmosferze pierwszej części rozmowy, nic takiego nie powinniśmy podejrzewać. Może rzadka, ale jednak naturalna chęć wypełnienia jak można większej liczby zaleceń i wskazówek po to, by osiągnąć upragniony cel? Czy nie zdarza się nam iść w charakterze petentów do urzędu z przygotowanym – prócz przepisowego zbioru formularzy i wymaganych dokumentów – „na wszelki wypadek” jakimś tłumaczeniem, wnioskiem, upoważnieniem, notarialnie poświadczonym zaświadczeniem, kserokopią kserokopii itp…? Jeśli bardzo nam zależy na załatwieniu naszej sprawy, takie postępowanie wyda się zrozumiałe. Zatem ponówmy pytanie: „Czy jest jeszcze coś, co mógłbym zrobić, by osiągnąć życie wieczne?”

Dochodzimy do punktu zwrotnego tego dialogu. Jezus jest w posiadaniu wiedzy, którą za chwilkę (czyniąc to z wielkim taktem) upubliczni i która okaże się w tej rozmowie kluczowa. Co to mogłoby być? Jakieś szczegóły z życia prywatnego? Utajone grzechy? Przywary? Pobożne życie na pokaz? Nic z tych rzeczy. Fakt, iż pytający jest człowiekiem bogatym nie jest tajemnicą. Z pewnością jest odpowiednio ubrany, co w Izraelu przy powszechnym ubóstwie, by nie rzec biedzie, było dość rzadkim zjawiskiem, wypowiada się swobodnie, gładko, z pewnym obyciem. To naturalne. Można przypuszczać, iż z jego zachowania może wypływać dająca się zauważyć subtelna pewność siebie. Przypomnijmy sobie inne spotkanie – setnika, proszącego z pokorą o uzdrowienie swego sługi bądź potomka (zależnie od wersji tłumaczenia) z Jezusem. Tam słyszymy mniej więcej coś takiego: „Panie – setnik zwraca się z pokorą do Jezusa – masz władzę i rządzisz. Powiedz, a stanie się tak, jak chcesz. Wiem, jak to jest, bo ja też mam pod sobą ludzi. Wydaję polecenia i mają je wykonać” (por. Łk 7,1-10).

Dialog na kilka sekund jakby zawisa w powietrzu. Wydaje się, że bogaty młodzieniec wypełnił już wszystko, dokonał na drodze swego zbawienia już wszystkiego, czego człowiek jest w siłach dokonać. Czyżby Jezusowi nie pozostało nic innego jak potwierdzić ten fakt? Czy młody człowiek usłyszy: „Idź w pokoju. Sumiennie zapracowałeś na życie wieczne? Po śmierci będziesz ze mną w Raju? Zbawienie ci się należy jak nikomu innemu?”. Takich słów nie znajdziemy w tej rozmowie. Jezus bardzo subtelnie, delikatnie, z dużą wrażliwością zwraca się do rozmówcy ze słowami (posłużmy się wersją Mateuszową): „Jeśli chcesz być doskonały”. Poprzestańmy na razie na pierwszej części tej podpowiedzi. Jeśli chcesz – to jeden z moich ulubionych zwrotów w Ewangelii. Jakże często zapominamy, że wiara, uczestnictwo w życiu religijnym, pewne normy wyłącznie religijne są dobrowolne. Jeśli chcesz, ale przecież możesz i nie chcieć. Bóg nie zmusza nas do wiary. Bóg ją proponuje. Ileż błędów popełnił Kościół w historii, zmuszając całe społeczeństwa do uległości wobec Boskich praw? To w lepszym przypadku. Ale zmuszał również do uległości wobec siebie. To już gorzej. A już zupełnie kiepsko, gdy w tym celu zawiązywał czasem mocno kompromisowy sojusz z panującą władzą. Czy dawało to godne owoce? Czy wzrastała religijność ludu? Czy przybywało nowych świętych? Nie chciałbym wchodzić w szczegółowe roztrząsanie tych złożonych kwestii, wskażę tylko na smutny fakt, na ile łatwo i na ile szybko i skutecznie miliony ludzi odeszły od Kościoła prawosławnego w prawie na wskroś prawosławnej Rosji po Rewolucji Październikowej albo w katolickiej „starszej córze Kościoła” w czasie Rewolucji Francuskiej. A świętych rzeczywiście przybyło, ale męczenników, którzy pochodzili z szeregów jak raz Kościoła, przeciw któremu zwrócili się przymuszani do państwowej religii ludzie. Jeśli chcesz…

Młody człowiek chciał, a przynajmniej z początku tak to wyglądało. Być doskonałym – to coś więcej niż zwykłe wypełnienie Prawa. To jakiś szaleńczy poryw ducha, wyrwanie się w ponadprzeciętność, trudny, ryzykowny, ale zarazem dający ogromną szansę akt religijnego, moralnego, humanitarnego bohaterstwa. Wobec tej szansy stanął pytający młodzieniec. Napięcie rośnie, ponieważ zebrani usłyszeli dokładnie to, co pragnął usłyszeć rozmówca. Zatem istnieje jeszcze owo „coś” ponad wypełnienie przykazań, intuicja młodego człowieka go nie zawiodła. Tu musiał pojawić się szacunek świadków wobec pytającego. Jak cała ta sytuacja mogła wyglądać w ich oczach? Oto na wieść o planowanym odejściu Jezusa przybiega pewien bogaty, pochodzący z dobrego domu młodzieniec i na kolanach pyta Jezusa o możliwość osiągnięcia życia wiecznego. Z nieprzymuszonej rozmowy dowiadują się, iż człowiek wypełnia przykazania od młodości. Że jest wzorem do naśladowania. Że w porywie swej gorliwości dopuszcza istnienie jeszcze jakichś zaleceń czynienia dobra, które pomogą mu zrealizować swe marzenie o zbawieniu. Mają przed sobą człowieka, którego sam Bóg stawia im za przykład – status społeczny, bogactwo jest niezaprzeczalnym znakiem Bożego błogosławieństwa. Kto jak kto, ale świadkowie, w tym i apostołowie, spodziewają się pełnej aprobaty postępowania młodzieńca ze strony Jezusa. Pochwały. Gwarancji, że oto wykonałeś wszystko, czego trzeba było dokonać i – prawie że – Bóg za twoje wyrzeczenia jest ci winien życie wieczne. Jakże blado mogą wypaść wysiłki uczestników tej sceny, nie mogących pochwalić się widocznym znakiem Bożego błogosławieństwa, czyli bogactwem. Tłum zamiera w oczekiwaniu drugiej części odpowiedzi Jezusa: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” – cytuję za Mateuszem (Mt 19,21). Odpowiedź porażająco szczera i, jak się okazuje – ponad siły pytającego. Pytasz o życie wieczne? Chcesz skarbu w niebie? Proszę, oto najprostsza i gwarantowana droga do jego uzyskania. I tu rodzi się problem.

Teraz poproszę Was, moi Drodzy, o pewną wyrozumiałość, ponieważ zapuszczę się w gąszcz rozważań -czy nie jest tak, że bogaty młodzieniec mógł sobie pozwolić na bycie pobożnym? Bo miał ku temu środki? Bo na przykład nie musiał dawać fałszywego świadectwa? Jak to rozumieć? Jeśli sprzedajemy samochód, jakże często podajemy zaniżoną jego wartość. To samo robimy z mieszkaniem, gruntem, czymkolwiek. Nie znamy praktyki płacenia dodatkowych pieniędzy pod tzw. „stołem”? Deklaracja sobie, życie sobie… Czy robimy to dla przyjemności? Czy sprawia nam radość oszukiwanie organów podatkowych, kontrolnych, ubezpieczeniowych? Plaga nieistniejących darowizn, podejrzanych wygranych w kasynach, dziwnych prezentów na duże kwoty, drogich zegarków? Sądzę, że spora część z tych, nazwijmy je delikatnie – manipulacji – ma swoje korzenie w braku wystarczających środków do życia. Do życia na pewnym poziomie, dodajmy. Czy mając zabezpieczony byt nie łatwiej byłoby nam (a przynajmniej sporej części z nas) przestrzegać praworządności, a już tym bardziej wymogów Prawa, pisanego z wielkiej litery? Mogę zaryzykować stwierdzenie, że nasz młodzieniec mógł sobie pozwolić na taki komfort. Stać go było (przy jednoczesnych niezaprzeczalnie szczerych chęciach) na to, by być sprawiedliwym i uczciwym. Nie umniejsza to jego wysiłku, ale wnosi pewne dodatkowe informacje do naszych rozważań. Jezus radzi mu, by w imię poszukiwanej doskonałości pozbył się tego komfortu. Tego źródła pewności i pobożności. To z jednej strony.

Ale ponieważ – jak pisze Marek – Jezus spojrzał na niego „z miłością”, więc nie możemy podejrzewać tu żadnych przebłysków chęci sprawienia przykrości, dopieczenia młodemu człowiekowi, wytknięcia pewnych minusów. Nie, to raczej pełna troski rada, o którą zresztą prosi pytający. Dziwnym trafem Jezus mimo wszystko porusza czułą strunę w duszy młodzieńca, a może nawet nie tyle porusza, co uzmysławia dostojnikowi jego słabą stronę, źródło jego godnej podziwu pobożności. Ta kulminacja dialogu wprowadza na scenę emocje, których do tej pory w naszej rozmowie nie było. W duszy młodzieńca budzi się strach i smutek, ponieważ dzięki tym kilku słowom dociera do niego brutalna prawda. Ile warta jest jego wiara? Na ile jest w stanie zawierzyć i powierzyć się Bogu? Czy Bóg byłby w stanie zapewnić mu ten rodzaj i poziom stabilizacji, do której przywykł? W sercach świadków budzi się nie tylko zdumienie.

„Bogatemu trudno jest wejść do Królestwa Niebieskiego”, „łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne”. Jakże inne pojmowanie bogactwa! Odmienne od tego, do którego przywykli, którym żyli i w duchu którego zostali wychowani. Dotychczasowy świat wartości staje na głowie, ale z drugiej strony sami mają okazję się przekonać o prawdziwości słów Jezusa: „młodzieniec odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”. W naturalnym odruchu zdumienia przerażeni wykrzykują (tu najpierw dopowiedzmy domyślne: Jeśli taki człowiek nie zasłużył na zbawienie, to – tu wróćmy do tekstu - „któż więc może być zbawiony?”. „Gdzie skarb twój, tam serce twoje”, jak powie Jezus w dwunastym rozdziale Łukasza (Łk 12,33). Komentując ten fragment ks. Tischner powie nieco inaczej: „To, co masz, ma również ciebie”. A zbawienie? My róbmy swoje tak, jak radzi Jezus na kartach Łukaszowej Ewangelii „jako słudzy nieużyteczni, wykonaliśmy to, co powinniśmy byli wykonać” (Łk 17,10) natomiast zbawienie jest ostatecznie Bożym darem i łaską

Cóż, moi Drodzy, na tym proponuję zakończyć nasze rozważania na dość delikatne tematy. Życzyłbym nam wszystkim, byśmy: a. brali przykład z młodego człowieka co do wypełniania przykazań, b. nie powtarzali jego błędu co do przywiązywania serca do tego, co posiadamy.

o. Mariusz Synak

za: cerkiew.info

fotografia: Ursiy /orthphoto.net/