Mieć odwagę mówić "Ojcze nasz, Któryś jest w niebie"

tłum. Gabriel Szymczak, 08 września 2021

Najbardziej przerażające są pierwsze słowa Modlitwy Pańskiej: „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”. Wiem, że wielu z nas uważa te słowa za pocieszające. Ja też oczywiście uważam za pocieszające myślenie o niebiańskim Bogu jako o moim Ojcu. Ponieważ jednak modlitwa była odmawiana przez Kościół przez wieki, z czasem dodano słowa wprowadzające i końcowe. Na przykład w oryginalnej formie - zarówno u Łukasza, jak i Mateusza, na końcu nie ma „amen”. Niemniej jednak, w bardzo wczesnych dokumentach kościelnych widzimy, że „amen” zostało dodane na końcu modlitwy jako pewien rodzaj potwierdzenia „niech tak będzie” lub stwierdzenia „to jest koniec”.

Ale do niedawna nie zdawałem sobie sprawy, że na początku modlitwy dodano kolejne słowo, może mniej więcej w tym samym czasie co „amen”, a być może wcześniej; słowo, które wciąż poprzedza dzisiejszą modlitwę w prawosławnej Boskiej Liturgii i mszy rzymskokatolickiej. Co to za słowo? Czasownik brzmi „odważyć się”. Od najwcześniejszych dni, kiedy Kościół zaczął odmawiać modlitwę Pańską, zdawał sobie sprawę, że odważne jest wzywanie Boga jako „Ojca naszego”.

We współczesnej formie mszy rzymskokatolickiej zdanie wprowadzające ma formę instrukcji, która brzmi tak: „Pouczeni przez Zbawiciela i posłuszni Jego słowom, ośmielamy się mówić”.

Prawosławna Boska Liturgia podaje zdanie wprowadzające nie w formie instrukcji, ale w formie modlitwy – co jest typowe dla chrześcijaństwa prawosławnego, w którym często przed modlitwą jest inna modlitwa. Brzmi to tak: „I uczyń nas godnymi, Władco, ze śmiałością i wolnymi od osądzenia, mieć odwagę wzywać Ciebie, Nadniebieskiego Boga Ojca, i mówić”.

Odważyć się. Dlaczego odważne jest odmawianie Modlitwy Pańskiej? Dlaczego ośmieleniem się jest nazywanie Boga „Naszym Ojcem w niebie”?

Zacznijmy od tego, że nazwanie Boga Ojcem sprawiło, że Jezus został ukrzyżowany — przynajmniej według Ewangelii Jana. W ósmym rozdziale Jana Jezus prowadzi długą rozmowę z żydowskimi przywódcami o swoim Ojcu i ich ojcu, a pod koniec rozmowy żydowscy przywódcy próbują go ukamienować. Mówienie, że Bóg jest Ojcem, to całkiem poważna sprawa. Zrozumieli to żydowscy przywódcy, dlatego nie lekceważą tego, kiedy Jezus nazywa Boga swoim Ojcem. Nazywać Boga swoim Ojcem to twierdzić, że jest się synem lub córką Boga, twierdzić, że nosi się Boże DNA (że tak powiem), twierdzić, że jest się jak Bóg.

W świecie, w którym żył Jezus, wyrażenie „syn czegoś” oznaczało, że posiada się cechy wspomnianej rzeczy. Na przykład Jakuba i Jana nazywano „synami gromu”, co oznaczało, że mieli cechy podobne do grzmotów. Nazywanie kogoś synem światła lub synem dnia oznacza, że osoba ta nie jest podstępna, jest prawdomówna, niewinna, prostoduszna, nic nie ukrywa i jest bezpośrednia. A więc to właśnie dlatego od najwcześniejszych dni Kościół rozumiał, że odważną rzeczą jest odmawianie tej modlitwy. Kiedy odmawiamy Ojcze nasz, kiedy wzywamy Boga jako Ojca - czy w ogóle jesteśmy podobni do Tego, którego nazywamy naszym Ojcem? Innymi słowy, Modlitwa Pańska nie określa, kim jest „Ojciec nasz, Który jest w niebie”. Tak naprawdę to nasze życie tworzy tę identyfikację.

I robi się straszniej (ale wytrzymaj do końca).

W ósmym rozdziale Jana żydowscy przywódcy twierdzą, że Bóg jest ich ojcem: „Nie zrodziliśmy się z nierządu. Jednego Ojca mamy, Boga” (w. 41). Jezus wskazuje przywódcom żydowskim, że czynią dzieła swojego ojca. Wcześniej twierdzili, że Abraham był ich ojcem. Ale Jezus mówi, że nie mogą być dziećmi Abrahama, ponieważ chcieli Go zabić i nie chcieli słuchać i przyjmować prawdy. Abraham nie był mordercą. Abraham wysłuchał i przyjął prawdę. Dlatego, ponieważ żydowscy przywódcy chcą mordować i nie chcą otrzymać prawdy, nie mogą być dziećmi Abrahama. To wtedy żydowscy przywódcy podnoszą stawkę (że tak powiem) i posuwają się tak daleko, że twierdzą, iż Bóg jest ich Ojcem. Ale Jezus wskazuje im, że jest to niemożliwe, ponieważ gdyby Bóg był ich Ojcem, kochaliby Go, ponieważ On pochodzi od Boga. Fakt, że zamierzają Go zabić (gdyż mówi im prawdę) oznacza raczej, że ich ojcem nie mógł być ani Bóg, ani nawet Abraham, ale ponieważ zamierzają popełnić morderstwo i odrzucić prawdę, ich ojcem musi być diabeł.

I tak, odnosząc się konkretnie do rozdziału ósmego Ewangelii wg św. Jana, św. Cyryl Aleksandryjski i kilku innych wczesnych komentatorów chrześcijańskich argumentuje, że to, do kogo tak naprawdę zwracamy się wypowiadając słowa „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”, w dużej mierze zależy od tego, z czego faktycznie składa się nasze życie. Możliwe, mówią ci starożytni ojcowie, że zamiast wzywać Boga, gdy wypowiada się słowa „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”, można faktycznie wzywać kogoś, coś innego. Pytanie brzmi, jakie są twoje intencje w prawdziwym życiu? Czy są mordercze? Czy są lubieżne? Czy są chciwe, samolubne, próżne czy wywyższające się? Jeśli to jest intencją czyjegoś serca, kiedy modli się słowami „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”, to ten, do kogo się zwraca, nie jest Bogiem, ponieważ Bóg nie jest Ojcem takich rzeczy. Raczej ten, do kogo taki człowiek się zwraca, jest diabłem, ojcem morderstwa, chciwości, próżności i wszystkich podobnych rzeczy.

Pozwólcie, że na chwilę zamknę klauzulę ratunkową, o której niektórzy z was mogą myśleć. Bo możesz pomyśleć: „No cóż, modlitwa mówi: ‚ Ojcze nasz, Któryś jest w niebie’. Z pewnością diabła nie ma w niebie”. Popularna teologia „podwórkowa” może uznać to za dobry punkt, ale tak naprawdę wszystko, co musisz zrobić, to przyjrzeć się, co naprawdę mówi Biblia i czego Kościół faktycznie naucza, aby zdać sobie sprawę, że słowo „niebo” nie jest schludną, wąsko pojmowaną kategorią, o której wielu z nas lubi myśleć. Nie jest to królestwo, w którym mieszka tylko Bóg, aniołowie i święci. Św. Paweł mówi nam raczej (na przykład w liście do Efezjan 6, 12), że królestwo niebieskie jest także miejscem duchowej walki, miejscem, w którym walczą siły demoniczne, by doprowadzić nas do zniszczenia. A w Starym Testamencie jest powiedziane w Księdze Hioba, że kiedy „synowie Boży” (zapewne odniesienie do aniołów) stają przed Bogiem, szatan jest wśród nich.

Kiedy mówimy „w niebie”, nie mówimy, że tylko Bóg może być naszym ojcem. Kiedy mówimy „Nasz Ojcze w Niebie”, mamy na myśli naszego duchowego ojca, a nie naszego biologicznego ojca. W rozmowie w 8. rozdziale Ewangelii Jana rozróżnienie jest wyjaśnione po grecku poprzez kontrast między byciem „potomkami” Abrahama (po grecku „nasienie”), biologicznym potomstwem, a byciem dziećmi Abrahama, a zatem słusznie nazywającymi Abrahama swoim ojcem. Podobnie, kiedy mówimy „Nasz Ojcze w niebie”, robimy rozróżnienie między naszymi biologicznymi rodzicami i naszym duchowym rodzicem, odróżniamy nasze biologiczne DNA od duchowego DNA. Ale to sprowadza nas z powrotem do tego bardzo bolesnego i przerażającego pytania: czyje duchowe DNA noszę?

Jest to w dużej mierze powód, dla którego modlitwa Pańska była modlitwą ukrytą we wczesnym Kościele, a katechumenów nauczano jej dopiero na kilka dni przed ich chrztem. Nie chciano, aby modlitwę, której Jezus nauczył uczniów, przyjmował ktoś, kto uczniem nie jest, kto nie jest naśladowcą Jezusa. Nie chciano, aby taka osoba przyjęła Modlitwę Pańską i (być może sądząc, że w słowach jest jakaś magia) odmawiała ją, aby uspokoić chrześcijańskiego Boga, a faktycznie zwracała się nie do Niego, lecz diabła i jego demonów. A ojcowie ostrzegają nas, że nie tylko nieochrzczeni muszą być ostrożni w tej sprawie. My, którzy zostaliśmy ochrzczeni, musimy zdać sobie sprawę, że nawet my, Boży lud przymierza, możemy odpaść, stać się tym, co Nowy Testament nazywa fałszywymi braćmi, bezwodnymi obłokami i skazami podczas (eucharystycznej) uczty miłości. My również musimy, zgodnie ze słowami św. Pawła z 1. listu do Koryntian 10, 12, „baczyć, by nie upaść”.

Nie próbuję tutaj wypowiadać się o „wiecznym bezpieczeństwie” ani sugerować, że można łatwo (lub nigdy) całkowicie utracić łaskę chrztu. Nie o to mi chodzi, ani też nie o to chodziło ojcom Kościoła, którzy ostrzegają nas, abyśmy byli ostrożni wypowiadając słowa „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”. Chodzi o to, że gdy w naszych sercach nosimy diabelskie intencje, bez względu na to, czy jesteśmy ochrzczeni, czy nie, kiedy my (jak przywódcy religijni z ósmego rozdziału Jana) mamy sprawiedliwy, religijny i szanowany wygląd, a jednocześnie odrzucamy prawdę i ukrywamy zło, wypowiadając słowa „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie” nie zwracamy się do Boga. Jest to raczej diabeł, ojciec kłamstwa i ojciec nienawiści, cudzołóstwa, chciwości, nadmiernego poczucia własnej wartości i wszelkiej niegodziwości.

Teraz, mam nadzieję, sprawiłem, że zastanawiasz się, czy powinieneś kiedykolwiek ponownie odmówić Modlitwę Pańską – a tej refleksji właśnie chcieli ojcowie Kościoła; chcieli, aby wypowiadający te słowa modlitwy, traktowali je bardzo, bardzo poważnie. Chcieli, żeby zbadali siebie, zbadali swoje życie, zanim odważą się wypowiedzieć te słowa. Więc teraz, kiedy badasz siebie, teraz, kiedy patrzysz na swoje życie i widzisz plamy, kawałki niegodziwości, o której wspomniałem, co robisz? Cóż, robisz to, czego uczy cię Kościół: pokutujesz. Przyznajesz się. Starasz się odwrócić od ciemności, którą widzisz w swoim sercu.

Nie chodzi tu o to, że mam w sercu doświadczenia nienawiści, pożądania czy egoizmu. Problem polega na tym, czy je przyjmę, czy odrzucę. Problemem jest intencja. Tak, mogę mieć cudzołożną lub morderczą myśl, ale czy wyznaję to jako grzech (przyznaję się do niego przed samym sobą, Bogiem i swoim spowiednikiem)? Czy odrzucam te grzeszne odruchy, które walczą w moim ciele (by znowu użyć słów św. Pawła), czy też je pielęgnuję; czy pozwalam sobie na utrzymanie w życiu małej, ciemnej szafy, w której mówię sobie, że to, o czym wiem, że jest grzeszne i niegodziwe, dla mnie jednak jest w porządku? Czy zamierzam nadal pielęgnować tę urazę, tę nienawiść, to niegodziwe pragnienie lub samolubne ambicje? Jeśli tak, to może byłoby lepiej, gdybym nie odmówił Modlitwy Pańskiej – przynajmniej do momentu, gdy będę mógł porozmawiać z kimś o tej ukrytej wewnętrznej rzeczywistości; z kimś, kto pomoże mi znaleźć drogę do pokuty.

Odmawianie modlitwy, której Jezus nauczył swoich uczniów, jest aktem odwagi. Mówimy coś o sobie, a przynajmniej o naszych intencjach, pragnieniu, o tym, co chcemy, aby było o nas prawdziwe. Syn marnotrawny opamiętał się, wstał i zaczął iść do domu swojego Ojca, nawet gdy był jeszcze w chlewie. Podobnie i my, będąc w tym strasznie zepsutym świecie, również odzyskujemy rozsądek i zwracamy się do Boga jako naszego Ojca Niebieskiego. Zwracamy się do Boga jako naszego niebiańskiego Ojca na długo przed tym, zanim zostaniemy oczyszczeni ze świńskiego błota. Naszą intencją jest udanie się do domu naszego Ojca, chociaż jesteśmy daleko, chociaż jesteśmy okryci grzesznym bałaganem świata. Mimo to wstajemy, odwracamy się i zaczynamy iść: taki jest nasz zamiar. A Bóg, nasz Ojciec w niebie, widzi i przyjmuje tę intencję. I tak, bez względu na to, jak bardzo ty lub ja możemy zmagać się z trwającymi całe życie słabościami i grzesznymi skłonnościami, które wydają się nigdy nie znikać, jeśli naszą intencją nie jest przyjęcie tych grzechów, jeśli nienawidzimy pokus, grzesznych impulsów, które wydają się nigdy nie znikać, jeśli naszą intencją jest powrót do domu naszego Ojca, to tak - powinniśmy odmawiać Modlitwę Pańską i odmawiać ją z czystym sumieniem. Wtedy, jak uczy nas Boska Liturgia, możemy nawet odważnie powiedzieć Bogu: „Ojcze nasz, Któryś jest w niebie”.

o. Michael Gillis

za: Praying in the Rain

fotografia: konkurspravoslav /orthphoto.net/