Twarzą w twarz - bez wstydu i lęku

tłum. Gabriel Szymczak, 24 sierpnia 2021

Zdecydowanie żyjemy w wieku twarzy i wcale nie sądzę, że jest to złe. Znam wszystkie narzekania na naszą kulturę „selfie” i z pewnością jest wiele rzeczy, które nas zastanawiają, ale fascynacja naszymi twarzami na długo wyprzedza technologię telefonów. W pierwotnym Kościele słowo oznaczające twarz (prosopon) było również słowem oznaczającym osobę. To twarz najbardziej prawdziwie ujawnia naszą tożsamość, emocje, zainteresowania i wiele innych rzeczy. Czasami nasza umiejętność czytania z twarzy innych jest bardzo rozwinięta. W Piśmie Świętym najściślejsza możliwa jedność człowieka i Boga zawarta jest w wyrażeniu „twarzą w twarz”. Św. Paweł utożsamia oglądanie Chrystusa twarzą w twarz z samym wypełnieniem zbawienia.

Uważam, że obecna fascynacja twarzą (selfie) jest symptomem naszego poszukiwania sensu, miejsca i tożsamości. To poszukiwanie może być oczywiście zdrowe i zbawcze, tak samo jak chorobliwe i samolubne. W masowej kulturze konsumpcji te rzeczy, które najbardziej odnoszą się do prawdziwego ja, są stale ujednolicane i mieszane w morzu wspólności.

To bardzo dziwna rzecz, dziejąca się w cywilizacji, która celebruje, a nawet wychwala indywidualność. Kultowi jednostki zaprzecza kultura konsumpcji. Przedmioty, które kupujemy, aby pokazać naszą wyjątkowość, często schodzą z regału podobnych im przedmiotów. Zamieniliśmy indywidualność na grupowość (plemienność).

Indywidualność jest niezwykle krucha. Ponieważ jest wyjątkowa i niepowtarzalna, wszystko wokół niej ma tendencję do tego, by ją wchłonąć. Ta absorpcja to jej zniszczenie i zniknięcie. W plemieniu twarze stają się wymienne i tracą swoje znaczenie. Między plemieniem i tłumem jest bardzo mały dystans.

Częścią pustki mediów społecznościowych jest ciągła utrata jednostki. Twarze są zastępowane imionami (lub po prostu „polubieniami”). To, kim jesteśmy, jest szybko wchłaniane przez opinie, które posiadamy, które zajmują miejsce w morzu innych opinii. Jest to formuła, która naciska na skrajność, bo tylko skrajność można usłyszeć lub zobaczyć.

Zastanawiam się, czy we współczesnej amerykańskiej tragedii masowych strzelanin nie ma przewrotnego dążenia do indywidualności. Ofiary są często właśnie tym – ofiarami – a nie jednostkami, osobami, wyjątkowymi i niepowtarzalnymi. Stają się jedną z pięciu, dwunastu lub ośmiu-sześciu. Strzelec może sobie wyobrazić, że jego imię zostanie zapamiętane, a jego twarz nigdy nie zostanie zapomniana. „Lepiej rządzić w piekle, niż służyć w niebie”. Oczywiście ta perwersyjna tragedia jest porażką. W ciągu kilku tygodni imię strzelca zostaje zapomniane, podobnie jak jego twarz. Po prostu dołącza do nowego plemienia: „strzelców”.

Nasza twarz, nasza wyjątkowa i prawdziwa tożsamość, nigdy nie może istnieć w izolacji: ktoś musi ją zobaczyć. Jak na ironię, w naszym ciągłym zamieszczaniu własnego wizerunku, nasza twarz staje się czymś, co sami najczęściej widzimy. Jest to solipsystyczna, samolubna reprezentacja siebie, prawdziwie ironiczna, ponieważ obraz przedstawiony przez kamerę, jak ten w lustrze, jest w rzeczywistości odwrócony w porównaniu z tym, co widzą inni.

Właśnie w tej potrzebie, by być właściwie postrzeganym, staje się jasna natura naszej relacji z Bogiem. W przeciwieństwie do wielu otaczających nas rzeczy i ludzi, Bóg nie ma interesu w tym, by nas pochłaniać. W rzeczywistości Jego związek z nami jest całkowicie przeciwny wchłonięciu. On zamierza ustanowić nas równymi Sobie (tak, wiem, że to brzmi szokująco).

„Twarzą w twarz” to niemożliwe spotkanie dwóch nierównych. To, że jedno jest większe od drugiego, uniemożliwia słabszemu właściwe ich zobaczenie. Kierunek Wcielenia jest ruchem samego Boga, umożliwiającym nasze spotkanie z Nim twarzą w twarz. Widać to w tym niezwykłym wersecie:
Tak bowiem Ten, który uświęca, jak ci, którzy mają być uświęceni, z jednego /są/ wszyscy. Z tej to przyczyny nie wstydzi się nazywać ich braćmi swymi. (Hbr 2, 11)

Chrystus wynosi uczniów do tej pozycji, kiedy mówi:
Nie nazywam was już sługami, sługa bowiem nie wie, co pan jego czyni. Was zaś nazwałem przyjaciółmi, bo dałem wam poznać wszystko, co usłyszałem od Ojca Mego. (J 15, 15)

Słyszymy również, jak mówi się eschatologicznie w skrajnym powiedzeniu z Objawienia:
Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie. (Obj 3, 21)

To jest łaskawość Boga w Jego miłości do człowieka!
To spotkanie na równi oznacza także respektowanie granic: jest komunia, ale nie ma wchłonięcia. Podstawowym aspektem naszej osobistej granicy jest wolność. W komunii osób nie może być przymusu, tylko miłość. To, co jest nam dane w widzeniu oblicza Boga, jest wyłącznie Bożym darem. To, co Jemu dajemy od siebie, może być tylko takie samo. Dar może pochodzić tylko z wolności.

Niestety, nasza fascynacja własną twarzą nie jest prawdziwym aktem miłości. Właściwie nie lubimy naszej twarzy. Nasze liczne selfie reprezentują tak wiele prób „pozowania”. Podobnie jak na dźwięk własnego głosu, często krzywimy się na pierwszy rzut oka na siebie. Nigdy nie wyglądamy tak, jak sobie wyobrażamy. Makijaż i światło pomagają, ale reprezentują nasze ciągłe dążenie do zmiany tego, jak wyglądamy. Rzeczywiście, dyskomfort, jaki odczuwamy wobec szczegółów własnej twarzy, jest objawem wstydu. Pierwotne, fizyczne elementy wstydu są doświadczane na twarzy. Krew napływa do twarzy, nasze oczy spoglądają w dół i najczęściej odwracamy twarze. Wstyd się kryje.

Spojrzenie na Boga twarzą w twarz z konieczności oznacza, że patrzymy na Niego bez wstydu. Tak więc doświadczenie to zawiera w sobie obietnicę całkowitego przebaczenia i uzdrowienia ze szkód grzechu. Ikony świętych są według kanonu malowane z całą twarzą (z wyjątkiem zwrócenia się postaci modlącego się lekko w kierunku Chrystusa). Ich twarze, podobnie jak twarz Chrystusa, świadczą o ich uwielbieniu. Patrzą na nas w darze czystej wolności z przyjaźnią i miłością. Jest to zaproszenie do zjednoczenia się z nimi w ich spotkaniu twarzą w twarz z Chrystusem. To ustanawia i uzupełnia ich jako osoby. Z tego samego powodu nie tylko przedstawia się ich twarze w całości, ale zawsze identyfikuje się ich imionami wypisanymi na ikonie. Świadczy to o tym, że w pełni stali się tym, do czego zostali stworzeni.

o. Stephen Freeman

za: Glory to God for All Things

fotografia: Alicja Ignaciuk /orthphoto.net/