Współczesne cuda świętego mnicha Sergiusza z Radoneża

tłum. Michał Diemianiuk, 18 lipca 2021

na zdjęciu: molebien przy relikwiach świętego Sergiusza

Niebiańska prosfora schiarchimandryty Jozjasza (Jewsienoka)


Po rewolucji i dojściu do władzy komunistów Ławra Troicko-Siergijewska została zamknięta. Dopiero w 1946 r. zaczęło się odrodzenie wspólnoty. Do tego czasu ocalało zaledwie kilku mnichów, żyjących w ławrze przed jej zamknięciem. Jednym z nich był […] schiarchimandryta Jozjasz (Jewsienok), przed wielką schimą archimandryta Józef.

Ojciec Józef niósł posługę ojca duchowego i władał wieloma darami łaski. Jego duchowe życie, szacunek mnóstwa ludzi wobec niego, wywoływały niezadowolenie władz i w czasach Chruszczowa o. Józefa zesłano do dalekiego północnego łagru. W czasie mroźnej zimy zachorował on na zapalenie płuc, kilka dni spędził w lazarecie z temperaturą powyżej 40 stopni. Lekarze - przekonani, że chory stoi już na progu śmierci - postanowili nie tracić na niego czasu i lekarstw. Przenieśli go do nieogrzewanego pomieszczenia myśląc, że już mu wszystko jedno, gdyż do rana nie dożyje.

Była noc, panował mrok i chłód; nagle ojciec Józef zobaczył, jak podchodzi do niego święty Sergiusz i mówi: „O tych spośród was, którzy są na wygnaniu, poza monasterem, ja troszczę się jeszcze bardziej” – i podaje mu prosforkę. Z wyglądu to była prosfora z ławry; o. Józef poczuł w zamarzającej dłoni jej ciepło, jakby dopiero została upieczona. Zjadł tę prosforę. Rankiem, kiedy lekarze przyszli, aby upewnić się, że zmarł, a z nimi dwóch noszowych, żeby odnieść trupa na miejsce pochówków, ojciec był nie tylko żywy, ale i absolutnie zdrowy. W ten sposób św. Sergiusz uratował o. Józefowi życie, by mógł on powrócić do ławry i opowiedzieć o trosce świętego. Później, kiedy o. Józefa oswobodzono i znalazł się w macierzystym monasterze, martwił się tylko o jedno: „Dlaczego wtedy zjadłem całą prosforę? Przecież to była niebiańska prosfora, można było chociaż troszkę zostawić”.

Widzenie przyszłego dzwonnika Ławry, ihumena Micheasza (Timofiejewa)

Jednym z uczniów św. Sergiusza, był znany dzwonnik ławry, ihumen Micheasz (Timofiejew). W monasterze pojawił się on w 1951 r. i tym samym tworzył pierwsze pokolenie mnichów ławry po ponownym otwarciu monasteru.

Ihumen Micheasz (świeckie imię Iwan) pochodził z prostej wiejskiej rodziny (wieś Czerniawka w rejonie biełgorodskim). Jego ojciec, Michał, był prawdziwym bohaterem – nie było we wsi równego z nim siłą i w związku z tym dano mu przezwisko - co prawda nieco zuchwałe – Miszka-bóg. Takim powinien był stać się i urodzony w 1932 r. syn Iwan. Od samych narodzin udziałem małego Wani były ciężkie troski: urodził się inwalidą, z poważną chorobą móżdżku. W każdej chwili mógł nastąpić kryzys i chłopiec szybko by zmarł. Na początku II wojny światowej wykryto u niego dodatkowo guza mózgu, a potem pojawiła się także cukrzyca. Już od dzieciństwa Iwan przygotowywał się do życia monastycznego, a Pan odsunął kryzys jego choroby do dojrzałego wieku. W wieku 8 lat Iwan przestał rosnąć i dopiero, kiedy zamieszkał w ławrze, w wieku 20 lat w cudowny sposób osiągnął średni wzrost dorosłego człowieka.

W klasztorze Iwan Timofiejew doznał zaszczytu zostania pomocnikiem słynnego starca, archimandryty Tichona (Agrikowa), z którym zamieszkał w jednej celi. Pewnego razu Iwan zamyślił się nad swoją dalszą drogą i możliwością zostania mnichem w ławrze. Skłoniwszy przy tym głowę, wpadł w duchowy półsen. Zobaczył we śnie, jak idzie do soboru św. Trójcy, chce wejść do cerkwi, do relikwii św. Sergiusza, ale całą przestrzeń przed cerkwią zajmuje mnóstwo ciemnych sylwetek, przez które prawie nie można się przecisnąć. Z niewiarygodnym wysiłkiem Iwanowi udało się przejść do cerkwi, tam już znajdowali się bracia monasteru. Zobaczył, że relikwiarz z relikwiami św. Sergiusza z jakiegoś powodu znajduje się nie na zwykłym miejscu, a na środku cerkwi przed amboną. Dookoła relikwiarza zebrani byli bracia monasteru, trzymający w rękach czerpaki, a w samym relikwiarzu znajdowała się jaśniejąca, nadzwyczajnie wonna mirra, którą czerpali mnisi. Wśród obecnych Iwan zobaczył protodiakona Teodora, wyróżniającego się zadziwiającym głosem. Oto o. Teodor zaczerpnął, a po jego naczynku ściekała maleńka kropla mirry. Iwan pomyślał: „Niech i ja skorzystam, chociażby z tej kropelki” – wyciągnął ręce, przyjął kropelkę i spojrzał na nią: kropelka powiększyła się i zaczęła pięknie pachnieć. Jakaż duchowa radość oświeciła całą jego duszę! Trzymając w rękach wonną mirrę, skierował się do wyjścia, i wszystkie ciemne sylwetki na zewnątrz od razu się rozstąpiły.

Obudziwszy się, Iwan opowiedział sen o. Tichonowi, a on od razu powiedział: „Uważaj, Wania, nikomu nie opowiadaj o tym śnie” – i objaśnił, że mnisi czerpiący mirrę przyjmowali od św. Sergiusza odpowiednie dla każdego dary. „I tobie – objaśnił ojciec Tichon – Pan da jakiś dar, którym ty przysłużysz się św. Sergiuszowi”.

Iwan przyjął postrzyżyny z imieniem Micheasz i został wyjątkowym dzwonnikiem. Była to zadziwiająca rzecz, bo choroba o. Micheasza spowodowała naruszenie koordynacji ruchów, niezwykle ważnej przy dzwonieniu. Niemniej jednak, od 1962 r. o. Micheasz samodzielnie dzwonił w dzwony i został odrodzicielem tradycji monasterskiego dzwonienia. Przejął tę tradycję od dzwonników pamiętających przedrewolucyjne dzwonienie. W przeciągu wielu lat był on głównym dzwonnikiem ławry. Jak mówią specjaliści, ojciec Micheasz miał unikalny słuch muzyczny i niezaprzeczalne poczucie rytmu. Stworzył własną melodię dzwonienia, obecnie znaną jako dzwonienie Ławry Troicko-Siergijewskiej.

Przez wiele lat ojciec Micheasz był także hodowcą kwiatów, urządzał klomby w ławrze, zawsze go widziano ze skrzynkami rozsady, ze zwojem węża ogrodowego na ramieniu. To było jego zwyczajne zajęcie co rano – rozkładał węże do podlewania. Pielgrzymi i parafianie dziwili się obfitości pięknych kwiatów: monasterskie georginie dorastały do dwóch metrów, tak że za nimi nie było widać wejścia na terytorium braci.

Pewnego razu o. Micheasz bardzo się zranił: podlewając kwiaty w patriarszych pokojach, poślizgnął się i spadł ze stołu. Oprócz silnego urazu głowy złamał kości biodra, po czym resztę życia chodził opierając się na jednej, a potem na dwóch laskach. Swoje choroby o. Micheasz niósł jako Boży krzyż, będąc gotowym umrzeć i stanąć przed Tronem Pańskim w każdej chwili. W wieku 50 lat przeszedł trepanację czaszki, podczas której lekarze ze zdumieniem odkryli u niego zamiast móżdżku wyschniętą wapienną strukturę i nie rozumieli, jak to możliwe, że o. Micheasz w ogóle żyje.

Swoją wizję ihumen Micheasz opowiedział niedługo przed śmiercią hieromnichowi Antoniemu i mnichowi Parfeniuszowi, który już po śmierci ojca Micheasza przekazał tę historię niegodnemu autorowi tych zdań [czyli diakonowi Waleriju Duchaninowi – przyp. tłum].

Ihumen Micheasz odszedł do Pana 22 marca 2009 r. i został pochowany na cmentarzu deulińskim, na którym spoczywają wszyscy bracia monasteru. Jego imię odlano w brązie na nowym Car-Kołokole [największy dzwon w Troicko-Siergijewskiej Ławrze – przyp. tłum.] – jako znak jego najwyższego wkładu w odrodzenie cerkiewnego dzwonienia w Rosji.

Chce się jeszcze dodać, że mama o. Micheasza była głęboko wierzącą kobietą i przyjechała za swoim synem do Siergijew Posadu. O. Tichon (Agrikow) udzielił jej postrzyżyn mniszych z imieniem Paraskiewa. Taka jest cecha życia uczniów św. Sergiusza. Jak sam św. Sergiusz był głęboko posłuszny rodzicom i zatroszczył się o nich, tak i wielu mnichów ławry osiedlało obok świętego monasteru swoich rodziców, troszcząc się o nich duchowo.

Jak święty Sergiusz zatrzymał w monasterze schiihumena Selafiela (Migaczewa)

Wśród starców z ławry czasu powojennego był schiihumen Selafiel (1898-1992). Opowiadał on bliskim ludziom o sobie i o zwrotnym momencie w jego życiu, związanym ze św. Sergiuszem. Ojciec Selafiel pochodził z pobożnej rodziny i przez całe życie sam przejawiał szczerą pobożność. Jego świeckie imię to Daniel Nikitycz Migaczew. Urodził się w chłopskiej rodzinie w rejonie smoleńskim. W wieku 17 lat po raz pierwszy zobaczył swoją przyszłą małżonkę Teodorę i od razu dogadali się o małżeństwie. Jako rodzina nie zaznali smutku, prowadzili pracowite życie, mieli dziesięcioro dzieci.

Za wyznawanie wiary Daniel trafił do łagrów, by tam dzielić się swoją porcją chleba z głodnymi. Wielu w łagrach na Północy ginęło, ale jego życie zachował Pan. Daniel doczekał wielkiej wojny ojczyźnianej [rosyjskie określenie wojny niemiecko-radzieckiej w ramach II WŚ – przyp. tłum.], Niemcy nacierali przez ich teren. Zdarzył się taki przypadek: pewien Niemiec przystawił do niego pistolet maszynowy, chciał go zastrzelić, ale on zaczął modlić się do Boga, Niemiec się zdziwił; myślał, że ma do czynienia z komunistą, a okazało się, że on wierzy w Boga i modli się, i nie zabił go.

Po wojnie Teodora zmarła, a Daniel przyszedł do ławry. Sam jednocześnie powtarzał, że tak mocno kochał swoją żonę, że jeśliby ona nie zmarła, to by nie poszedł do monasteru. Niezbadane są ścieżki Pańskie. Zresztą Teodorze było objawione przez ikonę Matki Bożej, że jej choroba (zapalenie kości i szpiku) została jej dana jako wezwanie do innego świata. I żona sama przykazała mężowi, aby poszedł do monasteru.

Daniel Migaczew przyszedł do klasztoru św. Sergiusza w latach 60. XX w. i przyjął postrzyżyny z imieniem Zosima. W ławrze w tym czasie był pewien człowiek, któremu władza sowiecka pozwalała być mnichem. On niejednokrotnie pobił takich starców jak archimandrytę Tichona (Agrikowa), archimandrytę Nauma i schiihumena Selafiela. Ojciec Selafiel opowiadał: „Zaprowadził mnie do piwnicy, a waży 145 kg. Ja miałem 95, ale władałem taką siłą, że mógłbym go zabić jednym uderzeniem, ale przecież nie można, Ewangelia zabrania. I oto on kolejny raz mnie pobił, zebrałem się, aby odejść z monasteru na parafię, mimo wszystko parafianie mnie szanowali. Już wziąłem stanowczo za klamkę u drzwi, i nagle z góry na moją rękę spadła inna ręka i rozległ się głos: „Nie odchodź, pocierp jeszcze trochę. Jeśli przecierpisz do końca, to zostaniesz prawdziwym mnichem”. Ojciec Selafiel w duszy poczuł, że to święty Sergiusz zakazał mu odchodzić ze swojego świętego monasteru. Po tym zdarzeniu odczuł w duszy pocieszenie i pozostał, a człowieka bijącego mnichów później przeniesiono w inne miejsce.

W 1984 roku ojciec Zosima ciężko zachorował i przyjął wielką schimę ku czci archanioła Selafiela.
Schiihumen Selafiel przeżył 96 lat i został pochowany w Deulino.

Pouczenie o brackim molebniu dla archimandryty Witalisa

Najważniejsza część życia mnichów w ławrze to bracki molebien do św. Sergiusza, sprawowany wczesnym rankiem przed wszystkimi innymi nabożeństwami. Przez długi czas nikt nie wymagał obowiązkowej obecności na molebniu, a tylko na nabożeństwach. Ale bracia mimo wszystko regularnie przychodzili, gdyż obecność na brackim molebniu – to przejaw miłości brata do monasteru św. Sergiusza i do samego świętego Sergiusza.

Archimandryta Witalis (zmarł w 2014 r.) był przez 16 lat ekonomem. Z powodu licznych obowiązków zaczął on opuszczać brackie molebnie. Ale pewnego pięknego ranka przed brackim molebniem, we śnie ukazał się mu św. Sergiusz, uderzył ojca Witalisa laską i skarcił go za niedbałość tak, że ojciec Witalis aż podskoczył i od razu pośpieszył do soboru św. Trójcy. Od tej pory ani razu w przeciągu dziesięcioleci nie opuścił ani jednego brackiego molebnia. Nawet kiedy zdarzył się mu wylew, ojciec Witalis z jedną sparaliżowaną częścią ciała mimo wszystko kuśtykał rano o piątej z minutami do soboru św. Trójcy.

Jeszcze wiadomo o ojcu Witalisie, że w przeciągu wielu lat codziennie wygłaszał kazanie. Oprócz tego, z powodu swojej szczerej miłości do braci, z własnej inicjatywy stale jeździł po wodę święconą do Malinnik, przywoził ją w dużych ilościach i ta woda cały czas znajdowała się w brackim budynku, dla każdego chętnego. Dzieło ojca Witalisa kontynuowali młodsi bracia.

Źródło w Malinnikach, znane też jako wodospad „Gremiaczyj”, wybija bezpośrednio z góry. To jest to samo cudowne źródło, które wybiło z góry na pocieszenie św. Sergiusza, kiedy on porzucił swoją wspólnotę z powodu pretensji starszego brata Stefana w sprawie ihumeństwa w monasterze św. Trójcy i zatrzymał się na odpoczynek na drodze do miasta Kirżacz.

Bracki molebien w życiu archimandryty Nauma

Archimandryta Naum w przeciągu całego życia mniszego ani razu nie opuścił brackiego molebnia. Pewnego razu miał prawie 40 stopni gorączki. Najwyraźniej rozwijało się zapalenie płuc, lekarze kazali mu nie chodzić na molebien. On opowiadał, że w nocy bardzo mocno bolało serce, ale wczesnym rankiem na przekór żądaniom lekarzy ojciec Naum mimo wszystko poszedł na bracki molebien do świętego Sergiusza, pomodlił się i serce od razu przestało boleć. Choroby jakby nie było.

Sól dla świętego Sergiusza

Ojciec German, który dokonywał obrzędu egzorcyzmów, opowiadał o swoich rozterkach z czasu, gdy kończył Moskiewską Akademię Duchowną. Biskup, który skierował go na studia, powiedział: „Przyjeżdżaj do mnie, ja ciebie wysłałem”, a starcy mówili: „Pozostań tutaj, otrzymasz łaskę”. Był on już bowiem nowicjuszem w ławrze, jednak długo nie mógł zdecydować, co ma robić. W końcu namiestnik, ojciec Hieronim, postawił warunek: „Zdecyduj się w końcu, po obiedzie dasz odpowiedź”.

Siedzi Aleksander (świeckie imię o. Germana) w celi, cały roztrzęsiony, nie wie, co ma zrobić, do obiadu zostało tylko pięć minut. I nagle przyszła mu do głowy taka myśl: jeśli mam tu zostać, niech mnie ktoś o cokolwiek poprosi. I od razu słychać na korytarzu kroki, potem pukanie do drzwi celi: „Przez modlitwy świętych ojców naszych…” Otwiera drzwi, a tam hieromnich mówi mu: „Sasza, nie masz może trochę soli?” On go objął z radością i dał, o co prosił: „Oto twoja sól”. Szybko się ubrał, pobiegł na obiad i potem powiedział namiestnikowi, że pozostaje. Namiestnik od razu wydał zarządzenie: „Będziemy mieli postrzyżyny Aleksandra Czesnokowa”.

To było w czasie postu przed świętem Zaśnięcia Matki Bożej. Trzy noce nowo postrzyżony mnich German spędził na modlitwie, potem wyszedł – słońce świeciło i nagle zobaczył, że idzie ten sam hieromnich. Podszedł do niego i powiedział: „Ojcze, błogosławcie! Wiecie, jaką wielką rolę odegraliście w moim życiu, kiedy poprosiliście mnie o sól?” A on odpowiedział mu ze zdumieniem: „Jaką sól? Mam swoją, o nic ciebie nie prosiłem”. Starcy ławry wyjaśnili ojcu Germanowi, że to sam święty Sergiusz, przyjąwszy postać hieromnicha, objawił się mu, żeby zatrzymać go w swoim klasztorze.

Historie zebrał diakon Walerij Duchanin

za: pravoslavie.ru