Bądź moją tarczą

tłum. Gabriel Szymczak, 17 czerwca 2021

Jednym z moich ulubionych hymnów z czasów anglikańskich jest Be Thou My Vision (Bądź moim wzrokiem). Oparty na irlandzkim wierszu z VI wieku, przypisywanym św. Dallanowi Forgaillowi, został przetłumaczony przez Mary Byrne w 1905 roku i zweryfikowany przez Eleanor Hull w 1912 roku. Próbowałem znaleźć wersję do pobrania, ale miałem problem ze znalezieniem całości pieśni, którą kiedyś śpiewałem. Było kilka wersji, ale wszystkie wydawały się niekompletne, a brakujący fragment był zawsze ten sam. Tak jakby wszyscy kochali tę pieśń, ale myśleli, że te konkretne linie lepiej pominąć. Pozornie obraźliwy tekst brzmi: „Bądź moją tarczą, mym mieczem na czas walki. Tyś moją godnością, Tyś mą rozkoszą. Tyś jest schronieniem dla mojej duszy, Tyś moją wysoką wieżą. Wznoś mnie ku niebu, Mocy mojej mocy”.

Można sobie wyobrazić, że tekst został pominięty, ponieważ wydawał się zbyt wojowniczy, ze wszystkimi tymi słowami o mieczach i tarczach, walce i wysokich wieżach. A nazywanie Boga „Mocą mojej mocy” wydawało się zbyt zadziorne, by mogło być prawdziwie nabożne. „Moc mojej mocy”? Kto tak mówi, z wyjątkiem kogoś, kto najwyraźniej rwie się do walki? Znacznie lepiej to ominąć.

Można to zrozumieć, zwłaszcza w naszych czasach, kiedy okropności wojny mamy już dosyć. Rzeczywistość współczesnej wojny z całą jej brutalnością zdecydowanie przyćmiła wszelkie rozmowy o chwale wojny, które mogły inspirować naszych przodków. A chrześcijanie, choć nie są oddani ścisłemu pacyfizmowi, są przynajmniej oddani życiu w pokoju i przebaczeniu. Św. Paweł mówi, że słudzy Pana nie mogą być kłótliwi (2 Tm 2,24), a św. Jakub mówi nam, że mądrość, która jest z góry i która ma nas natchnąć, jest czysta i skłonna do zgody, łagodna i pełna miłosierdzia. W pokoju sieją ci, którzy zaprowadzają pokój (Jk 3, 17-18). Wojowniczy chrześcijanin to praktycznie sprzeczność.

Zgadzam się z tym – jednak możemy zapytać, co z wszystkimi wojennymi obrazami u samego św. Pawła? Mówi on o naszej walce, prowadzonej za pomocą duchowej broni, w której niszczymy twierdze i bierzemy jeńców (2 Kor 10, 3-5), a także wielokrotnie wspomina o zbroi i broni, które musimy wziąć do walki (Ef 6, 11 i dalej; 1 Tes 5, 8). Mówi także o naszej tarczy bojowej i naszym mieczu. Co to wszystko znaczy?

Wojna i walka, o których mówi św. Paweł, to walka duchowa, a naszymi wrogami nie są ludzie z krwi i kości, ale duchowe armie ciemności, które pobudzają bunt przeciwko Bogu i które starają się działać również w naszych własnych sercach. Tarcza na naszym ramieniu nie jest wykonana z drewna i metalu, ale jest tarczą wiary; miecz w naszej dłoni nie jest ostrzem przygotowanym do przelania krwi, ale mieczem Ducha, którym jest głoszenie Ewangelii.

Jest czas, by użyć tej broni, by mówić prawdę. Nie oznacza to, dodajmy pospiesznie, że przy każdej możliwej okazji musimy zrywać się, aby potwierdzić nasze poglądy. Jak przypomina nam Pismo, jest czas milczenia i czas mówienia (Koh 3, 7), a czasami wymowna cisza może przemówić głośniej niż wiele słów. Jeśli mamy reputację irytujących ludzi, stale spierających się o wiarę chrześcijańską, być może raczej powinniśmy powrócić do tej biblijnej rady i częściej rozważać zachowanie milczenia. Bez względu na to, kiedy i jak często mówimy, musimy pamiętać o radzie Apostoła: „Sługa Pański nie może być kłótliwy”.

Czasem jednak nie chodzi o kłótnię, ale o obronę prawdy, gdy prawda jest kwestionowana lub atakowana. Przypominają się słowa współczesnego teologa Douga Bennetta, który śpiewał: „Mówię, kiedy czuję, że to słuszne; Podskakuję, gdy wiem, że muszę walczyć. Do tego czasu żyję z dnia na dzień”.

Jest to kwestia rozeznania chwili: czy teraz jest czas, aby zabrać głos? Czy moje milczenie w tej chwili byłoby milczeniem pełnym winy, zrodzonym z egoistycznej troski o moją popularność?
A jeśli ktoś zdecyduje, że nadszedł czas, aby zerwać się i walczyć, dzierżąc miecz Ducha, nadal trzeba uważać, aby się nie kłócić; trzeba pamiętać, że celem jest pokonanie przeciwnika, a nie wygranie sporu. W rzeczywistości lepiej przegrać spór, jeśli w ten sposób można zdobyć serce człowieka. Św. Piotr daje nam konkretne wskazówki, jak mówić w takim czasie: kiedy bronimy się i rozliczamy z nadziei, która w nas jest, musimy to czynić z łagodnością i szacunkiem, zachowując czyste sumienie (1 P 3, 15-16). Jeśli czujemy, że stajemy się zdenerwowani lub źli, jeśli ciągle przeszkadzamy naszemu przeciwnikowi, jeśli tracimy wewnętrzny spokój, to wszystko robimy źle. Czasami musimy się odezwać, ale przez cały czas musimy być uprzejmi i spokojni. Oto przydatna zasada — jeśli czujemy, że tracimy wewnętrzny spokój lub wpadamy w złość, czas się zamknąć i milczeć.

Kościół potrzebuje tych, którzy będą bronić jego wiary, kiedy jest atakowany. Każdy może być czasami wezwany do wytłumaczenia nadziei, która w nim tkwi, ale nie każdy jest powołany do tej wyspecjalizowanej służby obrony. Ci, którzy zostali powołani do tej posługi w przeszłości, nazywani byli „apologetami” (od greckiego słowa apologia, czyli „obrona”). Osoby wykonujące takie zadanie narażają się na pewne niebezpieczeństwa. Mogą być przedmiotem wyzwisk, niezrozumienia lub w skrajnych przypadkach prześladowania – wystarczy spojrzeć na św. Justyna, jednego z pierwszych apologetów Kościoła (zwanego także „Justynem męczennikiem”). Jednak zadanie to musi zostać podjęte także dzisiaj, w dużej mierze przez duchowieństwo, częścią pracy którego jest obrona stada przed wilkami. Dlatego potrzebna jest tarcza bojowa i miecz, i dlatego szuka się schronienia dla duszy i wysokiej wieży. Siły, które mogłyby pociągnąć nas w dół, są liczne, okrutne i nieubłagane. Ewangeliczny apologeta prosi Boską Moc o siłę, które ma go wznieść ku niebu i obronić go. Kiedy prosimy Władcę wszystkich i Pana naszych serc, aby był naszym wzrokiem, potrzebujemy wszystkich dostępnych nam darów.

o. Lawrence Farley

za: No Other Foundation

fotografia: Evgeshka_46 /orthphoto.net/