Czy można żyć w świętości w tym świecie?

tłum. Gabriel Szymczak, 12 czerwca 2021

W jednym z moich tekstów mówiłem o dwóch opcjach chrześcijańskiego życia. Te opcje, małżeństwo lub monastycyzm, były dominujące przez większość historii chrześcijaństwa – ale nie są jedynymi. W ciągu ostatnich dwudziestu lat w Ameryce Północnej (i w nieco dłuższym okresie w Europie Zachodniej) nastąpił dramatyczny wzrost średniego wieku zawierania pierwszego małżeństwa, wskaźnik rozwodów oscylował wokół 50%, a - poza światem prawosławnym - zauważalnie wzrosła liczba zamykanych klasztorów. Chociaż prawosławny monastycyzm doświadczył pewnego odrodzenia w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, to wciąż liczba prawosławnych monasterów (poza tradycyjnie prawosławnymi krajami) jest bardzo mała w porównaniu z rosnącą liczbą prawosławnych chrześcijan.

Ta zbieżność trendów doprowadziła do powstania dużej liczby samotnych chrześcijan, którzy ani nie żyją w związkach małżeńskich, ani w klasztorach. Myślę, że moglibyśmy pogrupować tych samotnych chrześcijan w następujący sposób:
- ci, którzy prowadzą rozpustny styl życia,
- ci, którzy starają się prowadzić święte życie.

Wiem, że to ostra kategoryzacja, ale wybieram ją, ponieważ patrzenie w ten sposób pomoże mi powiedzieć to, co chcę powiedzieć.

Po pierwsze, jest wielu chrześcijan, którzy prowadzą rozpustny styl życia. Religijna wrażliwość naszej współczesnej kultury północnoamerykańskiej uczy nas, że religia jest jedynie kwestią uczucia, „serca” lub „wiary”. W szczególności postrzega ona praktyki seksualne jako nieistotne dla życia duchowego lub religijnego. Jeśli ktoś jest dobrym człowiekiem (według standardów kultury) i szczerze wierzy, i praktykuje jakąś religię lub duchowość, to jest to wystarczające. Pod wieloma względami dzisiejsza kultura przypomina pogański świat, w który po raz pierwszy wkroczyło chrześcijaństwo. W tamtych czasach, podobnie jak dzisiaj, seksualność była w dużej mierze nieistotna dla duchowości, a w niektórych przypadkach wręcz zachęcano do seksu pozamałżeńskiego jako wyrazu religijnej pobożności.

Jednak co najmniej w jeden znaczący sposób dzisiejszy klimat religijny znacznie różni się od klimatu religijnego świata śródziemnomorskiego sprzed 2000 lat. Nasz świat jest światem „post-chrześcijańskim”. Mówiąc kulturowo, Chrystus i Jego przesłanie są dobrze znane, ale ukryte pod warstwami źle zapamiętanej i wybiórczo opowiedzianej historii Zachodu. Wszyscy znają imię „Chrystus”, ale bardzo niewielu kojarzy je z czymś, co daje życie. Nawet ci, którzy wierzą w Chrystusa, którzy oczekują od Niego zbawienia, są ochrzczeni i w pewien sposób są oddani Kościołowi, nawet ci nie traktują już poważnie hierarchii Kościoła i w dużej mierze zaakceptowali kulturowo przeobrażoną wersję Chrystusa: to miłe bóstwo, zainteresowane głównie tym, jak ja - jako jednostka – się czuję.

To oczywiście jest dalekie od Chrystusa, Boga, który stał się człowiekiem, aby przemienić ludzką naturę w Boski obraz, który utraciła dawno temu w raju. Jednak dzisiaj bardzo wielu chrześcijan, wielu prawosławnych, nie zna tego Chrystusa. Znają tylko kulturowo akceptowanego Chrystusa swojej wyobraźni. I gubią się we własnym zamieszaniu i namiętnościach, myśląc, że podążają za Chrystusem. I za nich musimy się modlić. Fałszywy Chrystus, którego poznali, zaślepia ich oczy i zatyka ich uszy na rzeczywistość.

A jednak jest dla nich nadzieja. Tak jak Bóg przywrócił rozsądek synowi marnotrawnemu i jak Jezus przyciągnął uwagę Samarytanki przy studni, tak nie jest za późno dla tych rozpustnych chrześcijan na pokutę. Jednak więcej słów nie jest tym, czego potrzebują. Muszą być dotknięci przez Boga w sposób, o którym Bóg wie, że przyciągnie ich uwagę. O to się modlimy. I za to kochamy i cierpimy. Korneliusz, setnik spod krzyża, opamiętał się, patrząc na śmierć Chrystusa. Ilu może opamiętać się, obserwując ciebie i mnie, jak umieramy codziennie, kochając, tak jak Chrystus - aż do końca? Niech Bóg nam pomoże.

A to, co ma miejsce w przypadku samotnych chrześcijan, prowadzących rozpustne życie w świecie, dotyczy także małżeństw i mnichów. (To może wydawać się dziwne dla tych, którzy nie znają wielu lub żadnych mnichów i jedynie o nich czytali. Wiem jednak z doświadczenia z pierwszej i drugiej ręki, że są tacy mnisi. I dlaczego miałoby nas to dziwić? Podczas postrzyżyn nie dzieje się żadna magia. W monasterze należy przeciwstawiać się ciału i diabłu, tak jak i w świecie. Nawet starzec Porfiriusz, wychowany od dzieciństwa na Świętej Górze Athos, mówi w swojej biografii, że jego starzec ostrzegał, aby nie rozmawiał z mnichami, których spotka gdzieś w drodze, bo nawet na Świętej Górze jest wielu złych ludzi.)

OK, przyjrzyjmy się teraz innej kategorii: tym samotnym ludziom, którzy dążą do świętego życia w świecie. W przypadku tych, którzy starają się żyć świętym życiem, ale nie są w monasterze lub w małżeństwie, istnieje również wiele precedensów. Pomyśl, że zanim pojawił się jakikolwiek monastycyzm, istnieli święci mężczyźni i kobiety, którzy nie byli małżeństwem, ale starali się prowadzić święte życie. W rzeczywistości był to początek monastycyzmu. Ci samotni chrześcijanie, dążący do bycia świętymi, często gromadzilisię razem w domach, aby się nawzajem zachęcać i wzmacniać (i prawdopodobnie także łączyć wydatki). Czasami szczególnie święty i utalentowany staruszek lub staruszka gromadzili wokół siebie młodych ludzi. I czasami - przychodzi mi na myśl św. Pachomiusz jako przykład - anioł lub zmarły święty polecał im zbudować większe miejsce, aby pomieścić tych, którzy szukali zbawienia w samotnym życiu (tak nawiasem mówiąc, to właśnie oznacza „mono” w słowie monastycyzm - pojedynczość).

Kiedyś myślałem, że Ameryka Północna od razu potrzebuje więcej monasterów. Teraz tak nie sądzę. Myślę, że Ameryka Północna potrzebuje więcej świętych mężczyzn i kobiet. Klasztory to instytucje. Posiadanie większej liczby instytucji nie jest odpowiedzią. Jednakże, gdy samotni mężczyźni i kobiety starają się upodobnić do Chrystusa, wtedy powstaną domy i być może instytucje, które będą zachęcać do tego świętego dążenia.

Nie jestem przeciwny osadzaniu monasterów greckich, rosyjskich, serbskich czy arabskich w Ameryce Północnej. Być może za kilka pokoleń rzeczywiście staną się one rdzennymi ośrodkami świętego życia. Sprzeciwiam się jednak założeniu, które spotykam u tak wielu ludzi, że aby pojedyncza osoba mogła dążyć do świętości, musi być postrzyżonym mnichem. Z tego, co widziałem w klasztorach w Ameryce Północnej i w samotnym życiu na świecie, jeśli ktoś chce, może prowadzić bardzo surowe życie modlitewne i ascetyczne w świecie – i takie życie może być  bardziej modlitewne i ascetyczne niż w wielu klasztorach. To naprawdę jest kwestia tego, czego się chce.

Chcę pospiesznie dodać, że nie wszyscy jesteśmy wezwani, by być jak św. Pachomiusz czy św. Antoni, czy jakakolwiek inna święta osoba w tym względzie. Każdy z nas jest powołany - z naszymi własnymi mocnymi i słabymi stronami, talentami i słabościami - aby stać się tak świętym, jak to tylko możliwe, tu, gdzie jesteśmy teraz.
Są, jak mówi Pismo, chrześcijanie z pięcioma talentami, dwoma talentami i jednym talentem. Nie wszyscy mamy tę samą miarę Łaski, to samo powołanie, te same dary. Jednak to, co wszyscy możemy zrobić, to wziąć tę niewielką miarę Łaski, którą mamy i użyć jej tam, gdzie jesteśmy teraz. Każda osoba samotna, jeśli kładzie się spać o rozsądnej godzinie, może wstać wcześnie i odmówić modlitwę. Może uczynić uczęszczanie na nabożeństwa swoim priorytetem, wyrzucić telewizor i wyłączyć internet, może czytać książki o życiu duchowym i szukać rady u ludzi, którzy wydają się mieć Łaskę, by pomóc. Ponownie - to naprawdę jest kwestia tego, czego się chce. Zaczynając tam, gdzie jesteśmy, bierzemy nasz jeden talent Łaski - naszą małą ofiarę, naszą małą wiarę - i używamy go. A kiedy będziemy z niego korzystać, pokornie i bez względu na przewodnictwo, jakie mogą zapewnić nasze duchowe matki i ojcowie, Bóg dopilnuje, by rósł.

Niezależnie od tego, czy ty, czy jakakolwiek inna osoba zostanie kiedykolwiek mnichem, czy dom lub instytucja mężczyzn lub kobiet kiedykolwiek powstanie z naszych dążeń – to jest kwestia Bożego powołania i Łaski. To kwestia wielu rzeczy, nad którymi nie mamy kontroli. Jednak to, nad czym mamy pewną kontrolę, to to, czy będę się dzisiaj modlić, czy pójdę spać na czas, czy nie, i czy świętość jest priorytetem, do którego dążę.

o. Michael Gillis

za: Holy Nativity Orthodox Church

fotografia: dbasalov /orthphoto.net/