Indywidualizm i złudzenie charyzmatyczne

tłum. Gabriel Szymczak, 05 czerwca 2021

W toczącej się nieustannie dyskusji z moim dociekliwym przyjacielem odpowiadam na dwa pytania. Po pierwsze, dlaczego tradycyjni chrześcijanie nazywają duchownych ojcami; a po drugie, dlaczego modlimy się do świętych (tj. dlaczego po prostu sami nie pójdziemy do Boga)? Mój przyjaciel jest zaznajomiony ze współczesnym, charyzmatycznym protestanckim chrześcijaństwem, więc odwołam się do tego poniżej.

Oba te pytania są ze sobą powiązane na wiele sposobów. Dziś jesteśmy takimi indywidualistami, że trudno nam nawet wyobrazić sobie, o czym mówi św. Paweł opisując Kościół jako jedno ciało, którego części są całkowicie od siebie zależne. Wszyscy wyobrażamy sobie, że każda (względnie zdrowa, normalna) osoba ma dostęp do tej samej wiedzy o Bogu i sprawach duchowych; że tak naprawdę nie musimy polegać na innych, aby dobrze poznać Boga. To jest sposób, w jaki nasza kultura nauczyła nas myśleć - filozoficzny rozwój tego sposobu myślenia można prześledzić wstecz do człowieka imieniem Immanuel Kant (zm. 1804), który argumentował, że jeśli coś jest prawdziwe / rozsądne / rzeczywiste, to musi być prawdziwe / rozsądne / rzeczywiste dla każdego. Ten sposób myślenia nazywany jest „nowoczesnym”, co oznacza, że wywodzi się od myślicieli czasu Oświecenia w Europie. Zaczęliśmy wkraczać w epokę „postmodernistyczną”, więc niektóre z tych założeń dotyczących wiedzy, zwłaszcza wiedzy duchowej, zaczynają być kwestionowane przez szersze społeczeństwo; ale wciąż ewangeliczne, protestanckie chrześcijaństwo, jakie znamy dzisiaj, jest trwale naznaczone przez Oświecenie. Tak wiele protestanckich rozumień dotyczących tego, jak ktoś odnosi się do Boga, jest skrajnie indywidualistycznych. A przednowoczesne chrześcijańskie podejście było znacznie bardziej wspólnotowe.

Weźmy na przykład św. Pawła. Jego relacje z duchowymi dziećmi są takie, jak ojca i dziecka. Nazywa św. Tymoteusza swoim synem (2 Tm 1, 2) i mówi Koryntianom, że ponieważ „zrodził” ich w wierze - jest ich „ojcem” i dlatego powinni go słuchać (1 Kor 4, 15). Ponadto św. Paweł nieustannie prosi o modlitwę tych, do których pisze i nieustannie zapewnia ich, że sam się za nich modli. W przednowoczesnym świecie chrześcijańskim miało to sens. Miało sens, że czyjś duchowy rodzic (w zależności od przypadku - ojciec lub matka) modlił się za ciebie, a bez tych modlitw nie byłbyś w stanie wzrastać ani być chronionym przed duchowymi wrogami.
Tak więc, przyjmując taki sposób myślenia, nazwać kogoś ojcem to powiedzieć, że w jakiś sposób ta osoba jest ikoną lub reprezentantem Ojca. Albo możemy powiedzieć, że ten, którego nazywamy ojcem, jest kimś, kto przyprowadza Ojca Niebieskiego do nas i / lub nas do Ojca Niebieskiego. Ta sama zasada odnosi się do „nauczyciela”, „mistrza” lub „lekarza - doktora” (co po łacinie oznacza ‘nauczyciela’). Jest tylko jeden Nauczyciel, Bóg (który jest także Jedynym Ojcem i jednym Mistrzem). Ale Bóg tak ustanowił swoje Ciało, Kościół, że naucza przez ludzkich nauczycieli. A zatem nazywanie człowieka nauczycielem oznacza stwierdzenie, że ten ludzki nauczyciel przynosi nam coś od niebiańskiego Nauczyciela lub do Niego w jakiś sposób prowadzi. Otóż, ponieważ dary i powołania Boże są trwałe (to znaczy nigdy nie odchodzą) i ponieważ nikt w Chrystusie - nawet jeśli umarł - nie jest martwy, gdyż wszyscy żyją w Chrystusie, jest to praktyką Kościoła od samego początku, aby duchowi synowie i córki nadal zwracali się do swoich ojców, matek i nauczycieli w Chrystusie o przewodnictwo, pomoc i modlitwę. Oczywiście wszyscy możemy iść do Boga i samodzielnie to robić, ale dlaczego nie mielibyśmy także skorzystać z modlitw świętych mężów i niewiast, którzy poprzez świętość swojego życia i wiele przejawów łaski wykazali, że są obdarowani i powołani przez Boga, by uczyć, leczyć, prowadzić i na różne sposoby pomagać tym, którzy są jeszcze początkującymi w życiu duchowym?

W rzeczywistości, kiedy myślimy, że sami idziemy do Chrystusa, możemy cierpieć z powodu pewnego rodzaju złudzenia i nie wiedzieć o tym - co właśnie sprawia, że jest to złudzenie. Polega ono na tym, że jestem w stanie rozpoznać, co Bóg mówi do mnie lub co Bóg robi wokół mnie. To złudzenie, ponieważ całkowicie ignorujemy fakt, że tyle razy się myliliśmy; jest to złudzenie, ponieważ nasze kryteria słuszności, wiedzy, że słyszymy Boga, opierają się wyłącznie na naszym subiektywnym doświadczeniu - nawet jeśli to subiektywne doświadczenie obejmuje również jakieś cudowne wydarzenia, manifestacje lub doświadczenia.
Jezus daje bardzo przerażające ostrzeżenie, kiedy mówi w Ewangelii (więcej niż raz), że na sądzie w Dniu Ostatecznym wielu będzie twierdziło, że Go znało na podstawie tego, że prorokowali lub dokonali „potężnych czynów” w Jego imieniu, ale On powie o nich, że nigdy ich nie znał. Ojcowie i Matki Kościoła nieustannie ostrzegają nas przed niebezpieczeństwami duchowości, która prowadzi się samodzielnie. Wiele razy powiedziano, że ten, kto jest swoim własnym duchowym przewodnikiem, ma głupca za duchowego przewodnika.

Jest w tym także inny aspekt: pokora. Trudno jest nawet zacząć ją nabywać, jeśli samemu podejmuje się wszystkie duchowe decyzje. Jasne, „Jestem prowadzony przez Ducha”- mówimy, ale to ja decyduję, co Duch mówi i jak to ma być interpretowane i stosowane: nadal ja rządzę. A kiedy, dzięki Bożej łaskawości, doświadczę jakiegoś cudownego przewodnictwa lub potężnej manifestacji, mogę powiedzieć, że to wszystko jest dziełem Boga, ale na pewnym poziomie w mojej głowie to, co jest „całym Bogiem”, zależy w dużej mierze ode mnie - co dostrzegam, co czuję, co widzę lub czuję. Dlatego wielu tradycyjnych chrześcijan nie czuje się dobrze ze sposobem, w jaki współcześni charyzmatycy mówią o darach duchowych i nauczają ich oraz jak sami ich doświadczają i z nimi funkcjonują.
Zdaję sobie sprawę, że wielu charyzmatyków to dobrzy ludzie, nawet święci, którzy robią wszystko, co w ich mocy, aby nauczać w oparciu o własne doświadczenie i zrozumienie Pisma Świętego. Ale z perspektywy przednowoczesnego chrześcijaństwa, wiele z tego wydaje się być receptą na manipulację i złudzenia prowadzące do duchowej dumy lub samowystarczalności, tak jakby myśl „ja i Duch Święty” była wystarczająca. A to jest dokładnie przeciwieństwem nauczania Nowego Testamentu i całego chrześcijaństwa, aż do stosunkowo niedawna (mówiąc historycznie). Potrzebujemy modlitw, przewodnictwa i nauczania całego ciała, a jeśli doświadczam osobistego sukcesu, przewodnictwa lub cudownej manifestacji - dzieje się tak z powodu modlitw mojego duchowego ojca, moich duchowych dzieci, mojego anioła stróża i / lub wszystkich świętych, którzy czuwają i modlą się za mnie. Kiedy zawodzę, chybiam celu lub myślę, że Bóg coś mówi, a oczywiste staje się, że wcale tak nie jest - dzieje się tak dlatego, że polegałem na swoim własnym rozeznaniu, mojej własnej zdolności słyszenia, poznania lub zrozumienia.

Współczesnym charyzmatykom bardzo trudno jest „pojąć” to podejście. Jednak ogólny trend kulturowy w myśleniu postmodernistycznym trochę pomaga. Mogłeś na przykład słyszeć o teorii, że kiedy motyl trzepocze skrzydłami w jednej części świata, powoduje to burzę w jego innej części (co znaczy, że świat jest połączony w całość, choć tego nie rozumiemy). Dowiadujemy się również, że wszystkie żywe istoty są połączone w sposób, którego nie da się wytłumaczyć zwykłą biologią, i że bardzo małe rzeczy (atomy) i bardzo duże rzeczy (galaktyki) funkcjonują zgodnie z regułami, które po prostu nie mają zastosowania do ich rzeczywistości fizycznej. Ten postmodernistyczny sposób myślenia doprowadził do ponownego rozważenia mądrości „starców” ze społeczeństw przednowoczesnych i do zrozumienia, że indywidualistyczny, naukowy, głównie racjonalny sposób patrzenia na rzeczywistość po prostu nie działa w wielu obszarach ludzkiego doświadczenia - zwłaszcza jeśli chodzi o relacje międzyludzkie i duchowość. Oczywiście wadą tego jest to, że „współczesne” chrześcijaństwo jest postrzegane głównie jako coś złego, ponieważ wiąże się ze wszystkimi okrucieństwami i głupotą europejskiej ekspansji i kolonializmu ostatnich 300 lub 400 lat. Ale prawosławie nie jest współczesnym chrześcijaństwem. Ono jest przednowoczesne. Zakłada, że potrzeba „wioski”, aby wychować chrześcijanina. I to nie tylko wioska ludzi, którzy żyją w tym samym czasie i miejscu, ale wioska, w której znajdują się wszyscy nasi święci Ojcowie i Matki, którzy byli przed nami.

Kiedy przychodzimy do Boga, przychodzimy ze wszystkimi innymi, nigdy sami. Pouczające jest przyjrzenie się przedstawieniom nieba w Księdze Objawienia. Niebo to bardzo zatłoczone miejsce. W niebie nie ma „tylko Jezusa i mnie”. Istnieją szeregi aniołów, męczenników i starców oraz „morze” każdego plemienia i języka.

Uważam, że jako produkt nowoczesności nasza koncepcja Boga jest o wiele za mała. Nie możemy wyobrażać sobie Boga, będącego z nami w zażyłości, jako części ‘nas’. Boimy się, że jakoś się zgubimy, jeśli zostaniemy włączeni w ‘nas’, jeśli będziemy częścią ‘nas’, jeśli będziemy ‘nas’ potrzebować. Myślę, że boimy się czegoś w rodzaju wizerunku Borga ze Star Trek, że stracimy swoją osobowość, jeśli będziemy częścią całości. Ale tak nie jest. Tak jak jedyny Bóg istnieje w trzech Osobach, tak też istoty ludzkie zostały stworzone, aby być całkowicie naszymi osobowymi jaźniami tylko wtedy, gdy jesteśmy jednością ze wszystkimi innymi, którzy są w Chrystusie. Bóg jest naszym Ojcem, a my jesteśmy Jego dziećmi. Bóg jest naszym mężem, a my jesteśmy Jego żoną. Bóg jest naszą głową, a my jesteśmy Jego ciałem. Relacja Boga z każdym z nas jest intymna i osobista, ale jest taka, ponieważ ja jestem całkowicie zależny i organicznie połączony z innymi. Jesteśmy połączeni - połączeni z Bogiem i ze sobą nawzajem. Relacja z Bogiem pojawia się, ponieważ jestem częścią nas - nie częścią autonomiczną (jak rygiel w maszynie), ale częścią organiczną (jak nerka w moim ciele), w której życie jednej części przepływa przez każdą inna część.

A zatem nazywanie kogoś ojcem lub nauczycielem oznacza tylko uznanie, że nasz jedyny Ojciec i Nauczyciel przychodzi do nas w i przez mężczyzn i kobiety, którzy są dla nas ojcami / matkami i nauczycielami, prowadząc nas do jednego Ojca i Nauczyciela. Podobnie modlitwa do świętych i razem ze świętymi oznacza uznanie, że nie jestem sam, że nie mogę być sam i jednocześnie być w Bogu. Matki, ojcowie i nauczyciele, którzy w tym obecnym życiu, modlą się za mnie, pomagają mi i prowadzą do Chrystusa; i ci, którzy już opuścili ten upadły świat, nadal modlą się za mnie, pomagają mi i prowadzą do Chrystusa. Jedyna różnica polega na tym, że teraz w niebie nie są już zmęczeni ciałem, nie rozpraszają ich namiętności ani nie ograniczają ich własne niedociągnięcia. Są teraz w pełni w Chrystusie, więc gdziekolwiek jest Chrystus, oni też tam są; cokolwiek Chrystus czyni, oni czynią to w Nim.

o. Michael Gillis

za: Praying in the Rain

fotografia: ursiy /orthphoto.net/