Metropolita Antoni (Bloom) o aborcji

tłum. o. Mariusz Synak, 12 maja 2021



Jakby mało było problemów związanych z pandemią, naszym krajem wstrząsnęło ostatnio kilka dużych sporów społecznych, wprowadzając nowe podziały – za i przeciw, doprowadzając do eskalacji napięcia i wielu, czasem słabo kontrolowanych, a czasem zbyt mocno tłumionych emocji. Mam na myśli propozycję zmiany prawa aborcyjnego. Dobrze, że spory przycichły, iście bitewny pył opadł, więc żywię spore nadzieje, że materiał, który na dziś przygotowałem, ma szansę zostać właściwie wysłuchany i odebrany. Niech to będzie głos w dyskusji, ale w odróżnieniu od wielu przytaczanych przez obie strony argumentów nasz tekst, a właściwie opinie jednego z hierarchów Kościoła prawosławnego, są po prostu rzeczowymi uwagami na nurtujące nasze społeczeństwo kwestie. Ich autor (choć wypowiada się ćwierć wieku wcześniej) nie staje po żadnej ze stron, dzięki ogromnej wiedzy i doświadczeniu udało mu się znaleźć zupełnie inny punkt widzenia, z którego wiele spraw wygląda nieco inaczej, niż się je powszechnie szufladkuje. Zapraszam gorąco do zapoznania się z fragmentem rozmowy dwóch przyjaciół - prowadzącego program religijny Woskriesienije, ojca Sergiusza Hakkela z osiemdziesięcioletnim wówczas tytularnym metropolitą Suroża, a praktycznie Londynu, Antonim (Bloomem), egzarchą Patriarchy Moskiewskiego w Europie Zachodniej. Pogadanka odbyła się w roku 1994, w radiowym studiu BBC. Władyka Antoni - syn rosyjskiego dyplomaty na emigracji, chirurg, uczestnik francuskiego ruchu oporu, hierarcha, niezwykle popularny i zarazem skromny wykładowca akademicki, autor wielu publikacji z dziedziny teologii, ascetyki i chrześcijańskiej antropologii, lubiany i ceniony kaznodzieja. Zmarł w roku 2003, w wieku prawie dziewięćdziesięciu lat.
o. Mariusz Synak

***

Ks. Sergiusz Hakkel: Ekscelencjo - pytanie trudne i dramatyczne: pytanie o aborcję. Oczywiście, stawiane jest po fakcie, retrospektywnie, gdy kobieta przychodzi do spowiedzi, aby kajać się za to, czego dokonała. Ale jak postąpić w przypadku, gdy kobieta zwraca się do ciebie po pomoc medyczną i prosi cię o radę, a być może i o błogosławieństwo [na aborcję]? Przecież Kościół zakazuje aborcji jako takiej...

Metropolita Antoni: Myślę, że pytanie to jest bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać ludziom, którzy tylko czytają treść cerkiewnych kanonów. W zaleceniach dla ojców duchowych przed spowiedzią jest jasno powiedziane, że aborcja jest zabójstwem i że wiąże się z nią odłączenie od Komunii świętej na lat minimum dwadzieścia. Tak więc z tego punktu widzenia sprawa jest jasna: Kościół traktował aborcję równie surowo, jak zabójstwo. W tej kwestii kiedyś poraziła mnie jedna fraza, którą usłyszałem od człowieka świeckiego, nawet nie od kapłana – w rozmowie z kobietą, która planowała aborcję. Zadał jej pytanie: „A jak Pani myśli - życie, które się w Pani zaczyna, kiedy staje się życiem człowieka? Czy może myśli Pani, że do pewnego momentu usunie Pani nie-człowieka? Ona odpowiedziała: „Sądzę, że po kilku tygodniach zarodek być może już przyjmuje kształt człowieka, ale nie wcześniej”. Rozmówca jej odpowiedział: „A jak Pani myśli, poczęcie Chrystusa dokonało się z chwilą Zwiastowania, czy 24 tygodnie później?”. I bardzo mną to wówczas wstrząsnęło, dlatego że rzeczywiście, Chrystus – Syn Boży przyjął ciało dokładnie w tamtej chwili, a nie jakiś czas później. Kościół (co prawda nie tłumacząc istoty rzeczy w takiej formie) rozpatruje ten problem w podobnych kategoriach, głosząc, że w chwili, gdy dwie komórki, żeńska i męska połączyły się, rozpoczynając rozwój nowej istoty, to istota ta już jest człowiekiem. Dlatego też mówienie o tym, że usunięcie zarodka do któregoś momentu jest dopuszczalne, potem zaś już nie, z punktu widzenia medycyny jest dopuszczalne, lecz z moralnego punktu widzenia w żaden sposób. Patrząc medycznie - sądzę, zdarzają się przypadki, gdy aborcja staje się dopuszczalna: gdy dziecko nie urodzi się żywe czy też matka może umrzeć przy porodzie. To pytanie nie należy do tych z gatunku debat publicznych, nie jest to pytanie o wiarę lub jej brak. Jest to pytanie czysto medyczne o to, czy poczęta istota będzie żyła czy też umrze przy narodzeniu; czy owa istota z przyczyn medycznych nie przyczyni się do śmierci matki i swojej.

Jest jeszcze jedno pytanie: dzieci, które rodzą się kalekie - bądź to zdeformowane fizycznie, bądź też niedorozwinięte psychicznie… To pytanie jest bardzo złożone. Niektóre kobiety tak bardzo pragną mieć dziecko, że gotowe są urodzić takie, o którym już wcześniej wiadomo, że całe swoje życie będzie cierpiało fizycznie czy też psychicznie. Wspomniane matki decydują się na ten krok tylko dlatego, że „chcą mieć dziecko”. Wydaje mi się to podejściem czysto egoistycznym, takie matki nie myślą o dziecku, myślą o swoim macierzyństwie i o tym, w jaki sposób wyleją na to dziecko całą swą miłość i ciepło. Ale wiele z takich matek nie wie, czy będą zdolne do okazania miłości i czułości dziecku, które w nich samych będzie wywoływać fizyczny wstręt, przerażenie…

Tym niemniej zdeformowany płód również jest człowiekiem, a prawo mówi, że nie wolno człowieka zabijać. Jak więc rozumieć tę kwestię?

Powiem otwarcie – nie wiem, jak do tego podejść. Sądzę, że istnieją przypadki, kiedy lepiej, aby dziecko się nie urodziło, niż miałoby się urodzić strasznie zdeformowane psychicznie bądź fizycznie. Kiedy tak sobie myślisz: „o, urodziło się dzieciątko”… Póki jeszcze jest malutkie, deformacja jest bardzo słabo zauważalna, ale przecież ten człowiek wyrośnie, skończy lat i dwadzieścia, i trzydzieści, i jeszcze więcej, i w ciągu całego swego życia nie zazna niczego prócz cierpień fizycznych czy psychicznych. Czy mamy prawo skazywać człowieka na dziesięciolecia cierpienia psychicznego czy fizycznego tylko dlatego, że chcemy, by to dziecko się urodziło i by było moim synem, moją córką?

Nie wiem, jak to uzasadnić kanonicznie, ale z punktu widzenia medycyny sądzę, że jest to bardzo poważna kwestia, gdy decyzję może podejmować lekarz, nawet wierzący. Właśnie w taki sposób. Widziałem takie dzieci, które rodziły się i były okaleczone na całe życie, widziałem, co w rezultacie tych narodzin działo się z psychiką matki, ojca i ich wzajemnymi relacjami. Czasem też można zaobserwować podejście zupełnie amoralne. Na przykład niedawno czytałem o tym, że pewna para, w której matka przekazywała dzieciom hemofilię, naciskała na to, by rodziły się wciąż kolejne dzieci, choć oboje wiedzieli, że dzieci te będą umierać, ale „my chcemy mieć dzieci”. W tym przypadku, oczywiście, wyjścia trzeba by szukać nie w aborcji, lecz albo we wstrzemięźliwości seksualnej, albo z pomocą środków antykoncepcyjnych – dopuszczalnych i akceptowalnych.

Władyko, z jakiego punktu widzenia wypowiadasz takie opinie: czy to współczucie do człowieka, czy też można powiedzieć, że to podejście prawdziwie chrześcijańskie?

Stawiasz mi bardzo trudne pytanie. Chodzi o to, że nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem dojrzałym i doskonałym chrześcijaninem, który mógłby udzielić odpowiedzi jak gdyby w imieniu Chrystusa. Mogę tylko powiedzieć na podstawie doświadczenia dziś już bardzo długiego życia, że chodzi nie o to, by rewidować istniejące zbiory kanonów cerkiewnych, lecz aby zacząć myśleć, w jakich warunkach zostały one ogłoszone, co ludzie wiedzieli o życiu, o śmierci, o poczęciu w czasach, gdy te czy inne przepisy były przyjmowane. Według mnie nie ma wątpliwości, że niektóre kanony mogą być stosowane w zakresie, w jakim odzwierciedlały stan ówczesnej wiedzy. Ale kiedy pojawia się nowa wiedza, nowe rozumienie rzeczy, zmuszeni jesteśmy nie do zmiany kanonów, lecz do tego, by zamyślić się nad tym, w jakim stopniu i na ile możemy je stosować czy też może mamy prawo ich nie stosować? I czynimy to nieustannie. Kiedy człowiek przychodzi do spowiedzi, to my, dla przykładu, nigdy nie stosujemy istniejących zasad, mówiących o odłączeniu od Kościoła, o pozbawieniu Komunii na dziesiątki lat. I nie dlatego, że jest nam wszystko jedno, lecz dlatego, że celem każdego prawa i każdego zastosowania prawa jest zbawienie człowieka, okazanie mu pomocy. Nie mogę oddzielić w sobie człowieka od chrześcijanina, od biskupa, lekarza. Zdarzają się sytuacje, w których wziąłbym na siebie odpowiedzialność, by postąpić tak czy inaczej. Dlatego że w tym kalekim świecie, w którym żyjemy, stosowanie idealnych zasad to rzecz nierealna. Te kanony trzeba traktować właśnie jak idealną miarę, wzorzec, i stosować na tyle, na ile można zastosować w zakresie, w jakim odpowiadać to będzie wzrostowi, zbawieniu i życiu – w najgłębszym sensie tego słowa.

W jaki sposób człowiek wierzący, ale i nie tylko wierzący, ma odnosić się do kwestii sztucznego zapłodnienia kobiety?

Jeśli dana kobieta nie ma możliwości posiadania potomstwa w sposób naturalny, to można wziąć nasienie jej własnego męża i tym nasieniem ją zapłodnić. I wydaje mi się to w pełni uzasadnionym zabiegiem, dlatego że czasem może wystąpić taki stan zdrowia czy wada organizmu, gdy mężczyzna nie może zapłodnić swej żony. Ale jeśli mówimy o tym, by kobietę, która nie może otrzymać od swego męża nasienia, zapłodnić nasieniem pochodzącym od kogoś innego, wydaje mi się, że może wystąpić wysoce prawdopodobna możliwość pojawienia się (nawet głębiej niż na poziomie świadomości, gdzieś w podświadomości) uczucia obcości między jej mężem i dzieckiem. To nie jego dziecko, to syn lub córka jego żony, natomiast on sam nie jest w tym przypadku stroną. Taki stan jest sytuacją gorszą niż sytuacja mężczyzny, który żeni się z kobietą, posiadającą już dzieci z poprzedniego małżeństwa. W tym przypadku on dokładnie wie, na co się decyduje. Zna swą ukochaną, zna i jej dzieci, wie, z kim się rozstała i gotów jest wszystko to zaakceptować, natomiast we wspomnianym wcześniej przypadku będzie musiał stanąć twarzą w twarz z nieznaną sobie istotą.

To znaczy, że mówimy już o misterium małżeństwa, o podstawowym elemencie życia małżeńskiego…

Tak, ponieważ jeśli rozpatrujemy te kwestie z punktu widzenia ludzi wierzących, to oczywiście nie możemy pominąć takiego podejścia. Małżeństwo nie jest wyłącznie sposobem rozmnażania się. Małżeństwo w swojej osnowie jawi się szczytem wzajemnych relacji dwojga istot, które połączone są miłością. Jakże wspaniale jeden z ojców Cerkwi, którego imienia nie mogę teraz podać, nie pamiętam, mówił, że cielesne połączenie męża i żony można przyrównać tylko do połączenia człowieka wierzącego z Chrystusem podczas przyjmowania świętego Misterium… Proszę, oto jaki poziom relacji! I dlatego dla człowieka wierzącego pytanie to może brzmieć czasem ostrzej, bardziej surowo. Nie mówiąc już o tym, że jeśli mąż lub żona nie mogą mieć dziecka z powodu swej niezdolności fizjologicznej, to można to odebrać jako wolę Bożą. Zamiast starać się przezwyciężyć tę przeszkodę wszelkimi sposobami, warto głęboko się nad nią zastanowić. Być może Bóg chce zatrzymać ten ród, być może chce stworzyć między tymi małżonkami relacje, które nie powiedziałbym, że są szlachetniejsze, ale które są zupełnie inne niż te, które wystąpiłyby w przypadku, gdyby posiadali potomstwo.

A jak postąpić w sytuacji, gdy mąż lub żona przekazuje chorobę, z którą medycyna nie może sobie jeszcze poradzić, ale której nie powinno się przekazywać następnemu pokoleniu? Czy nie powinni zatem po prostu powstrzymywać się od stosunków płciowych?

Myślę, że w ideale – tak. Ale to w znacznej mierze jest nierealne. Potrzebna byłaby ogromna duchowa dojrzałość i siła, aby młoda żona i młody mąż mogli wyrzec się, odmówić sobie małżeńskich stosunków cielesnych. Ale wówczas może pojawić się inny czynnik – czynnik medyczny. Mogą powiedzieć: chcemy przestać, zaniechać przekazywania tej nieuleczalnej choroby naszym dzieciom, wnukom, potomkom… Można to zrobić chirurgicznie w stosunku do żony i w stosunku do męża. Można tego dokonać i w inny sposób. Uważam taki sposób za zupełnie uzasadniony i w pełni zgodny z prawem, dlatego że celem tych zabiegów nie jest umożliwienie mężowi i żonie cielesnych zbliżeń „bez ryzyka” poczęcia dzieci, lecz to, aby uniemożliwić pojawienie się potomstwa, które w przyszłości będzie ich przeklinać za to, że przekazali mu tę chorobę.

Tu istnieją dwie możliwości – jedna, nie do końca skuteczna – środki antykoncepcyjne i druga – sterylizacja. Jak je traktować?

Myślę, że zarówno na jedną, jak i na drugą metodę można patrzeć pozytywnie. Pytanie, oczywiście, brzmi znacznie ostrzej w przypadku sterylizacji, dlatego że jest to już ingerencja chirurgiczna, ale sądzę, że mimo wszystko jeśli zamiar jest właściwy, jeśli cel jest godny, sterylizacja okazuje się w pełni uzasadniona. Środki antykoncepcyjne nie zawsze są skuteczne, aborcję natomiast zupełnie wyklucza Kościół i, tak bym to określił - zdrowa ludzka wrażliwość. A sterylizacja z mojego punktu widzenia jest taką samą moralnie uzasadnioną metodą, jak środki antykoncepcyjne.

Pytanie podsumowujące – jakie jest oficjalne zdanie Kościoła w kwestii etyki medycznej?

Myślę, że Kościół prawosławny jako całość w ciągu ostatnich stuleci nie stawiał sobie tych pytań, nie rozpatrywał podobnych zagadnień i nie rozwiązywał tych kwestii. Ale - z jednej strony - nie było w historii Cerkwi czasów, kiedy (i nie z powodu swej słabości czy też uległości, lecz w swej głębokiej mądrości) nie czyniła różnicy między charakterem motywów. Jeśli podejmujesz wysiłki, by nie zostało poczęte dziecko, ponieważ sam znajdujesz się w takiej biedzie, że dziecko umrze z głodu - to jedno. Jeśli zaś nie chcesz posiadać dziecka dlatego, że wybierasz dla siebie życie beztroskie - to zdecydowanie grzeszna motywacja. Sądzę, że Kościół milczy po części również dlatego, że ci, którzy powinni wyrażać opinie kościelne, w ogromnej większości jako biskupi są mnichami, dlatego też nie muszą rozwiązywać podobnych dylematów w życiu swoim lub w życiu swych najbliższych. I po części również dlatego, że u nas, w Kościele prawosławnym, nie ma zwyczaju szczegółowego wnikania w konkretne problemy i proponowania konkretnych rozwiązań czy porad, odnoszących się wyłącznie do poszczególnych kwestii.

Nie sądzisz, że w tym celu trzeba by stworzyć solidną komisję na odpowiednim poziomie, w której uczestniczyliby nie tylko biskupi i teologowie, lecz i lekarze, i genetycy?

Ależ byłoby wspaniale! Tylko dla tego trzeba, po pierwsze, aby nasz Kościół dostrzegł istnienie problemów, po wtóre tych ludzi nie można wcześniej krępować spuścizną przeszłości, lecz tylko ewangeliczną prawdą i nauką świętych ojców. Przy czym – nie przemyśleniami ojców z punktu widzenia kultury czy nauki ich czasów. Mam na myśli to, że nie wolno np. opierać współczesnych poglądów na początki stworzenia na tekstach św. Bazylego Wielkiego, który nie miał pojęcia o bardzo wielu rzeczach, na które my dziś posiadamy niezbite dowody. Jego opinie moralne to jedno, natomiast jego przygotowanie naukowe – rzecz druga. Współczesna nauka i doświadczenie ludzkości otwierają nam Ewangelię w nieco inny sposób i Ewangelia otwiera nam problemy współczesności zupełnie w inny sposób niż w średniowieczu.

Jeśli tak, to ani dawne opinie świętych ojców, ani też ogólnokościelne milczenie nie powinno przeszkadzać naszym wysiłkom umysłowym i duchowym?

Myślę, że Kościół prawosławny będzie milczał zapewne jeszcze przez długi czas, ale ludzie, którzy tworzą Kościół, powinni myśleć i stawiać sobie pytania (na ile potrafią) osobiście, pojedynczo bądź grupami czy też w szerokich gremiach, jak gdyby wstępnie je rozwiązywać i jak gdyby składać na ręce Kościoła możliwe rozwiązanie tych bądź innych kwestii, na które do tej pory Kościół nie udzielał czy też nie udziela określonych odpowiedzi.

„Składać na ręce Kościoła” – bardzo ciekawe wyrażenie. Masz na myśli prezentowanie tych rozwiązań powszechnej świadomości Kościoła czy też Kościołowi, który zbiera się na soborze lokalnym czy też powszechnym?

Jedno i drugie. Z jednej strony pytania powinny być stawiane całej społeczności kościelnej. Z drugiej strony i problemy, i wstępne odpowiedzi czy też sposoby ich rozwiązania powinny zostać zaproponowane Kościołowi w węższym sensie słowa – biskupom, teologom i tym uczonym, którzy mogliby zostać zaproszeni do rozpatrywania tych kwestii. Jeśli czekać na to, aby wypowiedział się Kościół powszechny w tej lub innej sprawie, to - powiem otwarcie - można spać spokojnie, wiedząc, że kiedyś i owszem, kiedyś to się stanie, ale nie za mego życia. Chodzi raczej o to, by zobaczyć, jak postąpi Rosyjski bądź Grecki Kościół prawosławny, co na ten temat sądzi ten lub inny Kościół lokalny. Natomiast o nadciągającym soborze wszechprawosławnym mówi się już ponad trzydzieści lat, ale kiedy on się zbierze, ja z pewnością będę już w grobie.”

na podstawie: Antonij mitropolit Surozhskij, Trudy, Moskwa, Praktika 2002, ss 51-56

fotografia:  palavos /orthphoto.net/