Więcej niż uczucie

tłum. Gabriel Szymczak, 15 maja 2021

Zeszłej nocy znowu krzyczałam do telewizora podczas dyskusji panelowej na temat „nauki i religii”. Obie strony uważały, że racjonalne procesy mogą doprowadzić nas tylko do pewnego miejsca na drodze do wiary (zgadzam się). Potem ludzie zwracają się do innych środków, aby połączyć się z Bogiem (jak na razie – wszystko dobrze). Zaczynają używać swoich emocji.

No i się zaczęło... Jedynie w sferze religii przyjmuje się, że każde doświadczenie jest doświadczeniem subiektywnym, co oznacza, że jest to projekcja emocjonalna – a to oznacza: Spójrz, kochanie, to wariat!

Ale w prawdziwym świecie doświadczenie jest po prostu - doświadczeniem. Kilka miesięcy temu spędziłam dwa tygodnie w Turcji. Doświadczyłam pobytu w Turcji. Kiedy mówię to ludziom, nikt uprzejmie nie kiwa głową i nie zakłada, że przeżyłam jakieś emocjonalne doświadczenie, które przypominało pobyt w Turcji. W prawdziwym świecie oczekuje się, że doświadczenie będzie odpowiadać rzeczywistości. Tylko wtedy, gdy tematem jest religia, ludzie zakładają, że mówisz o swoich uczuciach.

To małe słowo „uczucia” przyczynia się do naszego zakłopotania. Spodziewamy się, że rozciąga się ono nad dwiema rozbieżnymi koncepcjami i nie zauważamy, kiedy przechodzimy z jednego jego znaczenia do drugiego. Było to widoczne na przykład w serii „Gwiezdne wojny”. Ten, który wkrótce miał się stać złym człowiekiem, Anakin Skywalker, został ostrzeżony, aby nie rządziły nim jego „uczucia”, jego impulsy gniewu i zemsty. Ale dobry gość, Luke, był zachęcany do pokładania większego zaufania w swoich „uczuciach”; w tym przypadku oznaczało to jego poczucie połączenia z Mocą.

Pierwszy rodzaj „uczuć”, czyli reakcje emocjonalne, to coś, co możemy całkiem dobrze zrozumieć. Wiemy, jak to jest czuć się uniesionym lub wściekłym, hojnym lub złośliwym. Ten rodzaj „uczuć” pojawia się jako odpowiedź na coś, co postrzegamy.

Ale jest też proces percepcji i, myląco, również tutaj używamy słowa „uczucia”. Nadchodzi jesień, czujemy to poprzez jakąś kombinację naszych fizycznych zmysłów. Odczuwamy zmianę nastroju zgromadzenia w jeszcze bardziej subtelny sposób. Cały czas rejestrujemy „uczucia” poprzez umysł i ciało oraz jakąś sprawną kombinację, która wydaje się potrzebować własnej nazwy. Chociaż wiele percepcji, obserwacji, przepływa przez nas niezauważalnie, możemy nauczyć się przenieść je do świadomości dzięki pewnej dyscyplinie. Luke’owi polecono, aby poczuł obecność Mocy - zebrał rozproszone zmysły i skupił je na czymś znajdującym się tuż pod powierzchnią, czego wcześniej nie dostrzegał. Musiał nauczyć się rozpoznawać Moc poprzez skoncentrowaną uwagę. Musiał ufać swoim „uczuciom”.

To nie są „uczucia” w sensie emocjonalnym; te uczucia nie są reakcjami, ale spostrzeżeniami. (Luke mógł odczuwać emocje w stosunku do Mocy, ale stało się to już po tym, jak poczuł samą Moc). Ten drugi rodzaj „uczuć” nie jest dobrze zdefiniowany. Czy to intuicja? Czy to szósty zmysł?

Częścią naszego problemu jest to, że uważamy, że ludzie składają się wyłącznie z dwóch równych i jednocześnie przeciwnych sfer, rozumu i emocji. Uważa się, że rozum jest obiektywny, podczas gdy emocje są subiektywne. Więc jeśli Boga nie można udowodnić rozumem, wiara w Niego musi być czymś indywidualnym, subiektywnym. Musi to być impuls, który wypływa z emocji, potężny, ale niegodny zaufania i nie mający zastosowania do kogokolwiek innego. Dlatego ludzie religijni są regularnie upominani, że ich przekonania są „prawdziwe dla nich, ale nie dla każdego”.

Jeśli rozum i emocje są wszystkim, co mamy w środku, nie ma miejsca na tego rodzaju „uczucia”. Ale w duchowości chrześcijańskiej pierwszego tysiąclecia istnieje inna koncepcja - nous. To greckie słowo jest tłumaczone w naszych Bibliach jako „umysł”, ale tak naprawdę nie ma jego angielskiego odpowiednika. Nie chodzi tylko o racjonalny intelekt. Nous jest jak radio wewnątrz każdej osoby, które może odbierać wrażenia od Boga. Może odnieść dowolne wrażenie, z czegokolwiek; przez większość czasu nous błąka się po okolicy, szukając czegoś, co mogłoby stać się dla niego rozrywką lub podnietą. Jako minimum, nous zwykle otrzymuje od Boga wrażenia w postaci sumienia. (Wiesz, że to nie ty mówisz coś do siebie, ponieważ mówi ono o rzeczach, których ty wcale nie chcesz słyszeć). Gdy coś napotka, nous może zareagować myślą lub emocją, ale są to reakcje drugorzędne. Najpierw jest spotkanie.

Chrześcijanie pierwszego tysiąclecia rozumieli swoje zadanie jako poddanie całej osoby przemieniającej mocy Boga, poczynając od nous. Mówili o próbie „uchwycenia” umysłu (nous) i doprowadzenia go do obecności Boga, co rozumiano jako znalezienie się w środku klatki piersiowej, w „sercu”. („Przemieniajcie się przez odnawianie umysłu”, Rz 12, 2).

Takie rozumienie nous jako miejsca, w którym mamy pierwsze spotkanie z Bogiem, stanowi alternatywę dla wymuszonej i ograniczonej dychotomii rozumu i emocji. Z tego punktu widzenia, duchowe doświadczenie nie wypływa z naszych emocji. To prawdziwe połączenie z Bogiem. To jest tak realne, jak podróż do Turcji. Doświadczamy tego poprzez wewnętrzną sferę, wbudowaną w nas przez Boga dla wyraźnego celu komunii z Nim. W wyniku tej komunii możemy odczuwać emocje i możemy rozwinąć nowe myśli i spostrzeżenia, ale celem jest spotkanie.

Ciągłą dla mnie tajemnicą jest to, dlaczego nie wszyscy są w stanie odczuć to wewnętrzne połączenie z Bogiem. Dla mnie jest to tak oczywiste i jasne, jak światło dnia. Nie wymaga żadnego „aktu wiary”. Obecność Boga trwa nieprzerwanie, niezależnie od wszelkich emocji i myśli, które o tym mam. To nie jest jak akceptacja jakiejś koncepcji Boga, ale bardziej jak wkładanie palca do gniazdka elektrycznego. „Ja jestem życiem”, powiedział Jezus (J 11, 25) - i wszystko, i każdy człowiek jest przepełniony energią Boga - po prostu dlatego, że żyje. On jest światłem, a Jego obecność nas oświeca; On jest miłością, a my wciąż odkrywamy oznaki Jego troski o nas. Możemy dostroić się do tej obecności lub możemy ją zignorować czy też odrzucić, ale ona nigdy nie znika; zawsze trwa. To siła, która wypełnia i podtrzymuje wszechświat.

Dotyczy to mnie i ciebie też, nawet jeśli nie możesz tego odczuć. Często zastanawiałam się, dlaczego niektórzy ludzie nie są w stanie tego czuć. Mam nadzieję, że pewnego dnia tak się jednak stanie. Myślę, że wiem, jak to jest. Byłam krótkowzrocznym dzieckiem i regularnie znajdowałam się w sytuacjach, w których moi rodzice wskazywali z naciskiem na coś, co chcieli, żebym zobaczyła, a ja mrużyłam oczy i męczyłam się, ale nadal tego nie widziałam. Na przykład ptak na drzewie. Mogłam powiedzieć: „Nie, nadal go nie widzę” lub mogłam oszukać i powiedzieć „Och, teraz to widzę”, żeby już skończyli o tym mówić. Ale nigdy nie powiedziałam: „Nie ma żadnego ptaka”.

Ci, którzy nie mogą zobaczyć ptaka, mogą przynajmniej zobaczyć obserwatorów ptaków. Mogą dostrzec, że obserwatorzy ptaków są zjednoczeni w przekonaniu, że naprawdę widzą prawdziwego ptaka. Mogą nawet dostrzec, że wszyscy obserwatorzy, którzy nazywają siebie chrześcijanami, wydają się widzieć *tego samego* ptaka, bez względu na to, kiedy lub gdzie na świecie zagłębisz się w tę historię. Jeśli więc jeszcze nie widzisz ptaka, miej otwarty umysł. Pozwól, aby ci, którzy twierdzą, że mieli jakieś doświadczenie, mogli naprawdę je przeżyć, nawet jeśli nie możesz tego zrozumieć. I obserwuj obserwatorów ptaków.

[Kiedy wysyłałam ten esej do odbiorców z mojej listy mailingowej, dodałam następujące uwagi dotyczące dalszych przemyśleń, które pojawiły się w trakcie procesu redagowania:

Redaktor zapytał: A co z ludźmi, którzy szukają Boga przez całe życie, ale nigdy nie czują Jego obecności?
Powiedziałam, że myślę, że tęsknota jest znakiem, że On jest już dla nich obecny - w najsłabszy, początkowy sposób. Gdybyś Go w ogóle nie wyczuł, zlekceważyłbyś tę koncepcję i pomyślał, że wierzący są po prostu szaleni. Jeśli w ogóle Go nie wyczuwałeś, dlaczego miałbyś chodzić do kościoła? Na ciastko? Lepiej byłoby spać.

Jednaj ludzie wciąż wstają i idą, ponieważ coś w środku pcha ich naprzód, aby Go szukać. To tak, jakby chodzić po centrum handlowym i poczuć delikatny powiew cynamonu, i nagle dostać ochoty na bułkę cynamonową. Wcześniej nawet o niej nie myślałeś. Kilka cząsteczek, które wpadły do twoich nozdrzy, spowodowało, że wszystko skoncentrowało się tylko na jednym - „Chcę tego!”

Podobnie, jeśli tęsknisz za Bogiem, zaczynasz doświadczać Jego obecności, a kiedy obecność staje się silniejsza, wydaje ci się, że jest jej więcej. To zawsze powoduje tęsknotę. Wydaje się, że bułka cynamonowa jest tuż przed tobą, zbliża dię coraz bardziej, więc nie możesz już wytrzymać. Pomyśl o posągu Berniniego „Św. Teresa w ekstazie”.

To, czego nie chcesz, to *pusta* tęsknota, samotność, oderwanie. Czasami też tego doświadczasz. Budzisz się i odkrywasz, że Bóg zniknął, i to jest najsmutniejsze uczucie na świecie. Wszędzie Go szukasz. To tak, jakby kobieta z Pieśni nad Pieśniami chodziła nocą po mieście w poszukiwaniu ukochanego. Myślę, że w jakiś sposób to poczucie spustoszenia jest również intencją Boga. Wyostrza pragnienie, aby Go szukać. Czasami jest to spowodowane twoją własną winą, zrobieniem czegoś podłego lub samolubnego i oderwaniem się od komunii z Nim. Droga powrotna prowadzi zawsze przez pokorę. Ale czasami myślę, że On po prostu się wycofuje, abyśmy za Nim pobiegli. Kiedy Jego obecność jest blisko, niesie cię; kiedy się wycofuje, musisz nagiąć swoją własną wolę i uwagę, aby podążać za Nim, a to zmienia cię mocniej.

Ci, którzy chcą dostrzec w tych analogiach podobieństwo do romantycznej miłości, mają do tego prawo. Napisałam w jednej ze swoich książek, że religia nie dotyczy seksu, ale seks dotyczy religii. Oto ten fragment:

„Bóg wymyślił seks, aby nauczyć nas czegoś o wiecznej rzeczywistości. Jak możemy zrozumieć, jak to jest, gdy dwoje staje się jednym, połączeniem bez anihilacji? Bóg wymyślił ludzkie doświadczenie, które byłoby uniwersalne, powszechne i przyjemne, i powiedział: „Oto jak to jest. Oto do czego zmierzasz”. Podobnie jedzenie pokarmu pomaga nam zrozumieć zjednoczenie w Eucharystii, a rodzicielstwo uczy nas, czym jest miłość Ojca. Seks, jedzenie, rodzicielstwo są same w sobie dobrymi rzeczami, ale są także przydatnymi lekcjami poglądowymi, dostępnymi, aby dać nam gotowe, proste, intymne analogie do tego, jak będzie wyglądać niebiańska rzeczywistość. Biorąc to pod uwagę - myślę, że niebo nie będzie takie złe.
]

Frederika Mathewes-Green

za: frederica.com

fotografia: RafalLaszczuk /orthphoto.net/