Jeden z nas?

tłum. Justyna Pikutin, 30 kwietnia 2021

Gdy spoczywali przy stole i jedli, Jezus rzekł: - Amen, powiadam wam, że jeden z was, który je ze Mną, wyda Mnie. Zasmucili się bardzo i pytali Go jeden po drugim: - Czy to ja? Inny też [pytał]: Czy to ja?” (Mk 14, 18-19).

Ciekawe, co czuli apostołowie w tamtej chwili? Kiedy słyszymy ten ewangeliczny fragment, wiemy, co będzie dalej, wiemy i jesteśmy przerażeni. Prawdopodobnie nawet apostołowie coś przeczuwali, gdyż u każdego ewangelisty ten fragment jest przepełniony tragizmem.

Jednak co czuli apostołowie, kiedy pytali Zbawiciela: “Czy to ja cię wydam?” Powątpiewanie we własne siły, kruchość wiary, niewyjaśniony lęk? Piotr był pewny siebie, pewny, że nie zdradzi. Jakie uczucie towarzyszyło mu, gdy zadawał to pytanie? Czy zrobił to tylko po to, by się upewnić? Zadziwiające jest jednak to, że tak czy inaczej, tej nocy, prawie wszyscy Go wydali. I Chrystus, odpowiadając Judaszowi, w pewnym sensie odpowiedział wszystkim apostołom: “Ty rzekłeś”.

Piotr był pewny siebie - a mimo to trzykrotnie wyrzekł się Chrystusa. Znając jego gorliwość, można zastanowić się, czy gdyby się nie wyrzekł, nie zacząłby osądzać pozostałych uczniów, którzy rozbiegli się na różne strony? Być może właśnie dlatego Bóg i pozwolił na jego upadek, by jego wyznanie zostało zbudowane na prawdziwej pokorze i nadziei na Boże wybaczenie...

Tej nocy prawie wszyscy Go zostawili. Uczniowie, uleczeni, nakarmieni, oświeceni, oczyszczeni od złych mocy - wszyscy oni mogliby stworzyć całą armię i bez trudności wyrwać Go z rąk arcykapłanów w piątkowy poranek. Ale tak się nie stało. Radosny tłum wyznawców, zgromadzony w dzień Wjazdu Chrystusa do Jerozolimy, oniemiał i ogłuchł. Ten różnorodny tłum gromadzi się nawet dzisiaj w dniu Wjazdu Jezusa do Jerozolimy z gałązkami i kwiatami. A potem w tajemniczy sposób znika, tak jak 2000 lat temu, pozostawiając Chrystusa, by w samotności cierpiał na bezprawnym sądzie arcykapłanów w czwartek i umierał na krzyżu w piątek. I znów pojawia się dopiero w sobotę - by poświęcić święconkę na paschalny stół. I częściowo - by uczestniczyć w uroczystej procesji.

Wiedząc to wszystko, niezwykły i miłujący nas Bóg mówi Swą straszną frazę w taki wyrachowany sposób, by nie zabić nas wszystkich: “Jeden z was... wyda Mnie”. Czy aby na pewno tylko jeden, Boże? Ich były setki! A pozostały ich tysiące!

To rzeczywiście straszne zdanie. Straszne, ponieważ w odpowiedzi na nie nikt nie może bez wyrzutów sumienia naiwnie zapytać: “Czy to ja?” - i otrzymać zapewnienie o własnej niewinności.
Wszyscy co roku słyszymy te słowa - i ze wstydu patrzymy w podłogę.
I każdego roku nawet nie mam odwagi zapytać: “Czy to ja?”.

Jak to nie ja?
Czy to nie ja zdradzam Go bezustannie? Czy przypadkiem w moich grzechach nie ma obłudy szatana, hipokryzji Judasza, pewności siebie Piotra? Czy to nie ja składam mu pocałunek podczas Eucharystii, a potem wyrzekam się Go swoimi czynami? Czy to nie ja chcę jak najszybciej uciec od cierpienia w imię Chrystusa, gdy tylko zauważę niebezpieczeństwo ascezy i trudu? Czy to nie ja spożywam chleb życia, a potem, jak Jego uczniowie, szukam dla siebie chwały i upadam z powodu niedowiarstwa?

To wszystko ja. To ja wydaję Ciebie, Boże! Jeśli Judasz to uczynił jeden raz i przerażony tym, co uczynił, powiesił się, to ja czynię to bezustannie i już nawet nie odczuwam przerażenia. To ja jestem zdrajcą.

Cały Wielki Post dokładnie analizowaliśmy Stary Testament, wydawałoby się tylko po to, by przekonać się, że był on praobrazem Nowego Testamentu. Ale okazało się, że jest jeszcze jeden cel, być może nawet ważniejszy. Na koniec postu okazało się, że Stary Testament żyje. On żyje w każdym z nas. To nie są wydarzenia kiedyś tam, w odległej przeszłości, Adam skosztował zakazanego owocu i zgrzeszył nieposłuszeństwem - ja czynię to każdego dnia. To nie Dawid kiedyś tam, a ja teraz zostałem uwiedziony przez Batszebę i jestem gotów zabić każdego Uriasza, który przeszkodzi mi zaspokoić mą żądzę. To we mnie żyje nieokiełznany temperament Ezawa, zdeprawowany żonami Salomon, bałwochwalcze palenie Achaba. I na koniec postu całe to nikczemne nasienie zrodziło we mnie jedynego syna - Judasza Iskariotę.

Jestem zdrajcą. I zasługuję na to, by zostać ukaranym. Moje wieloletnie grzechy i namiętności opętały mnie i ciągną na rozstrzelanie. Zadziwiające jest to, że ja chętnie zabijam siebie sam. Jak palacz czy narkoman, sam daję w sobie swobodę złu, a potem dziwię się swoim pokusom i upadkom.
Demony, chichocząc, celują we mnie ze swej broni i gwiżdżą: “Śmierć zdrajcy!”
Czuję, jak uchodzi ze mnie życie. Całe nasze życie - to życie w Jezusie Chrystusie. A kiedy rozwijamy nasze żądze, uchodzi z nas nasze życie.

Adam gorzko płakał, gdy otrzeźwiał z grzesznego upojenia. Wyszedł z raju i zrozumiał, co stracił. Tak też gorzko płakał Piotr, kiedy wyszedł z raju wierności Chrystusowi i wyrzekł się Go. Ja również płaczę, jak mogę, ponieważ sam oddalam od siebie swoje życie.

Cały Wielki Post staraliśmy się dostrzec w sobie zalążki grzechu i kiedy w końcu je zobaczyliśmy, to nas zniszczyło. Nie można zobaczyć w sobie otchłani grzechu - i nie zadrżeć z rozpaczy. Dlatego też Bóg stopniowo uchyla nam zasłonę naszej kondycji. Jednak i to wprowadza w rozpacz.

Boże! Ty widzisz, że Cię kocham! Nawet jeśli jestem pokonany przez grzech, nawet jeśli ze swej głupoty i tchórzostwa wyrzekam się Ciebie - nie odrzucaj mnie. Wskrześ mnie, jak syna wdowy z Nain, jak córkę Jaira, jak Łazarza!

Wskrześ mnie, bym nie umarł w grzechu, lecz bym umarł dla grzechu! To nie ja powinienem umrzeć, a mój stary Judasz, on powinien być unicestwiony i starty z mego serca. Gdyż “Nasz stary człowiek został ukrzyżowany razem z nim, aby ciało grzechu zostało zniszczone, żebyśmy już więcej nie służyli grzechowi. Kto bowiem umarł, został uwolniony od grzechu. Jeśli więc umarliśmy z Chrystusem, wierzymy, że też z nim będziemy żyć.” (Rz 6, 6-8).

o. Sergiusz Biegijan

za: pravoslavie.ru

fotografia: Ursiy /orthphoto.net/