Odkryłem prawosławie - cz. 2

Gabriel Szymczak, 07 marca 2021

Cerkiew z jednej strony jest oczywiście Bogocentryczna, bo jest dziełem Boga i do Boga prowadzi. Jest jednak również bardzo człowiekocentryczna – zna i rozumie ludzką naturę, jej złożoność, dynamikę, obciążenie skłonnością do upadku. Ta wiedza i doświadczenie w pracy z ludźmi są często wykorzystywane nie tyle do moralizowania i pokazywania wzniosłych i niedosięgłych wzorców, co do realnego zaopiekowania się człowiekiem – w jego słabościach, trudnościach, problemach życiowych. Ekonomia cerkiewna, którą rozumiem (na pewno mocno upraszczając) jako poszukiwanie drogi łączącej człowieka z Bogiem, dawanie mu możliwości pozostawania w bliskiej z Nim relacji pomimo potencjalnych obiektywnych przeszkód, jest właśnie tego wyrazem – oczywiście najbardziej jaskrawy przejaw to kwestia zdjęcia błogosławieństwa z małżeństwa, które się rozpadło. Choć każda taka sytuacja jest dla Cerkwi trudna, to jednak w swej mądrości i rozumieniu człowieka nie pozbawia ona (po dokładnej analizie przypadku) ex-małżonków udziału w życiu sakramentalnym, każąc im w skrajnej sytuacji czekać na - brutalnie mówiąc - śmierć drugiej osoby.

Cerkiew zna też możliwości człowieka – w jej historii jest wielu świętych, wielu nawróconych z drogi zła, którzy ostatecznie całymi sobą, swoimi słowami i czynami świadczyli o mocy Boga i realności bycia świętym. Świętość kiedyś rozumiałem jako bycie bez grzechu – co jednak nie jest raczej możliwe… Wydaje się, że im bardziej człowiek angażuje się w relację z Bogiem, im bardziej nad sobą pracuje, tym więcej też własnych niedociągnięć i błędów widzi – i co ważne, Cerkiew też przed tym przestrzega, gdyż może to prowadzić do acedii, duchowego zagubienia, utraty wiary w miłosierdzie Stwórcy i beznadziei wynikającej z usiłowania zbawienia siebie wyłącznie własnymi siłami i nieustannych w tym porażek. Idealnie odzwierciedla to myśl św. Antoniego Wielkiego: „Są ludzie, którzy wycieńczyli swoje ciało poświęceniem, a jednak oddalili się od Boga, bowiem nie byli rozważni”.

Odpowiedź na pytanie o świętość znalazłem z kolei nieoczekiwanie w przedmowie do książki „Nieświęci święci” archimandryty Tichona – autorka polskiej przedmowy dr Magdalena Sławińska pisze: „Prawosławna tradycja mocno podkreśla, że świętość to nie kategoria moralna, lecz odniesienie do prawdziwej natury człowieka i odnowienie jego jedności z Bogiem. Świętość nie jest definiowana jako bezgrzeszność, gdyż tylko Bóg jest bezgrzeszny, ale jako zjednoczenie z Chrystusem za pośrednictwem Ducha Świętego”.
I to jest właśnie klucz do wszystkiego – podążanie ku Chrystusowi, za Chrystusem, przyjęcie Jego nauki i Bożych przykazań nie jako teorii, a praktycznego sposobu życia na co dzień. To trwanie w Bogu, czerpanie z Niego jako Źródła siły, radości, pokoju. Jak mówi św. Paweł w Liście do Filipian (4, 13) – Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.

Dla mnie osobiście niezmiernie ważne jest życie liturgiczne, co ważne – aktywny w nim udział, czyli bycie w cerkwi, przystępowanie do sakramentów spowiedzi i Eucharystii. Swego czasu – jak pewnie wielu z nas, ze względu na ograniczenia - przeszedłem na tryb online, jednak przyznaję, że to zdecydowanie nie jest to samo. Jeśli więc tylko jest taka możliwość – tryb osobisty jest nieodzowny. Pamiętam zresztą ciągle słowa kazania jednego z naszych duchownych w soborze, ojca Adama, który krótko i mocno stwierdził, że do swojej dyspozycji mamy 6 dni – ten jeden, niedziela, powinien być oddany Bogu, jeśli bez powodu tego nie czynię – jestem złodziejem, kradnę Bogu to, co Jego… A przecież jednocześnie nie ma większej radości, niż naładować duchowe akumulatory podczas Boskiej Liturgii, przystępując do Eucharystii i (choć często niestety tylko przy okazji dni świątecznych) widząc dużą liczbę wiernych czyniących dokładnie to samo. Wtedy naprawdę czuje się wspólnotę i życie Cerkwi!

Czy łatwo jest komuś ‘obcemu’ wejść do Cerkwi prawosławnej w Polsce? – i tak, i nie. Tak, bo jej drzwi stoją otworem przed każdym, kto naprawdę chce wejść i jest gotów do rozpoczęcia tej podróży przez życie. Nie, bo dla ludzi spoza społeczności prawosławnej, nie ukrywajmy – dla Polaków i osób o narodowości innej nie jakakolwiek „wschodnia”, trudna, a może i nie do przebicia może być kwestia języka liturgicznego, języka kazań, nomenklatury (tak bardzo bronionej przed słowami w jakikolwiek sposób mającymi związek lub kojarzonymi z Kościołem rzymskokatolickim). Sam pamiętam bolesne próby „odrdzewienia” języka rosyjskiego, aby jak najwięcej wyciągnąć z kazań, nie zawsze zakończone jakimkolwiek poziomem sukcesu, o pełnym nie mówiąc… I pamiętam radość, kiedy od czasu do czasu pojawiało się kazanie po polsku, zawsze poprzedzone wyciągnięciem przez władykę Jakuba (bo to on był jedynym używającym tego języka) małego Pisma Świętego, co oznaczało przytoczenie fragmentu listu lub Ewangelii po polsku i odniesienie się do niego w homilii. W końcu jednak nastąpił ten moment, kiedy „zwykły” duchowny wygłosił kazanie po polsku, potem w następną niedzielę kolejny…, i tak już zostało. A w międzyczasie do czytania Ewangelii w j. cerkiewnosłowiańskim dodano czytanie po polsku – na początku traktowane przez wiernych jako coś dziwnego, wszyscy czynili znak krzyża tylko po czytaniu w CS, jakby wszystko było już zakończone… Teraz ten znak poprzedza czytanie po polsku, co odbieram jako oznakę szacunku dla ‘polskich’ słów Ewangelii, i również kończy to czytanie – oba języki są więc u nas równoprawne.

To też mądrość Cerkwi, choć jej uznanie tym, którzy nastawieni są na ‘bezbolesne’ wejście może zająć trochę czasu. Łatwo jest szybkim działaniem coś zburzyć, trudniej szybko zbudować coś, co przetrwa. Tym bardziej, że nasza Cerkiew jest niejednorodna narodowościowo / językowo. Znam głosy mówiące o konieczności szybkiej polonizacji, o tym, że na co dzień wszyscy tym właśnie językiem się posługujemy, a nauka Chrystusa powinna być dla nas zrozumiała, i takie było też podejście świętych Cyryla i Metodego. Trudno się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony są emocje ludzi „z dziada pradziada” prawosławnych, wyrosłych i przyzwyczajonych do określonej kultury, zwyczajów. Może to utrudnia szeroką popularyzację prawosławia, czyni je „elitarnym” w nie do końca słuszny sposób, utrzymuje jako bastion lokalnej / mniejszościowej kultury. Myślę jednak, że ktoś, kto naprawdę chce poznać i przyjąć prawosławie, komu na tym zależy, będzie elastyczny i to zrozumie, i po prostu podejmie ze swej strony większy wysiłek. A zapewniam, że na przykład odkrywanie języka cerkiewnosłowiańskiego, nauczenie się czytania w nim, słuchanie go w cerkwi i choćby częściowe rozumienie niestałych fragmentów nabożeństw – daje niesamowita satysfakcję.

Brzmi to prosto i łatwo, ale jestem realistą - wiem, że może też frustrować, rodzić pytania o sens trwania Kościoła, który wydawać się może zamkniętym, choć Chrystus kazał głosić Swoją naukę wszystkim narodom i nic o „świętym języku” ani tradycji nie wspominał… Tu też cennym wzorem jest podejście Cerkwi do różnych zagadnień – z reguły ostrożne, analizujące, wiadomo – trwające…
Myślę, że każdy „nowy” powinien to wziąć pod uwagę. Nikt nas przecież nie zmusza do wejścia do Cerkwi; podejmując taką decyzję warto rozważyć wszystkie okoliczności, w końcu powinna to być decyzja świadoma. Nie wszystko musi być „pod nas” przygotowane. Czyż jednak podejmowany wysiłek nie procentuje lepszym zrozumieniem tego, co się przyjmuje i większym przekonaniem o słuszności wybranej (acz trudnej) drogi?

Chciałbym powiedzieć jeszcze jedno – Cerkiew to my, nieważne czy duchowni, czy świeccy. To my ją tworzymy, kształtujemy, my jesteśmy jej znakiem i obrazem dla innych. Mam to szczęście, że każdy dotychczasowy kontakt z Kościołem prawosławnym i parafią był niesamowicie pozytywny, pełen otwartości i pomocy. Ciągle jeszcze pamiętam własny strach przed niewłaściwym zachowaniem, popełnieniem jakiegoś błędu wynikającego z nieznajomości zasad i obrzędów. Cokolwiek takiego jednak było (i pewnie nadal czasem jest) – nigdy nie zostało mi w żaden sposób zasygnalizowane, wytknięte. Sam z dużą radością patrzę teraz na przychodzących do cerkwi „obcych” – rozpoznawanych po lekkim zagubieniu, stawaniu pod ścianą (czy wręcz wbijaniu się w nią dla bezpieczeństwa), żegnaniu się w „drugą stronę”. Miło, jeśli są w stanie wytrzymać całe nabożeństwo, nawet jeśli to 2 godziny – i miło widzieć, że wśród nas są ludzie, którzy z uśmiechem podpowiedzą, żeby odsunąć się od ściany bo diakon z kadzielnicą nadciąga… A to czasem wystarczy, żeby pozytywnie zaintrygować i zachęcić do powrotu, a kto wie - może i pozostania. Bo to nie dogmat tak naprawdę przyciąga lub zatrzymuje w Cerkwi – to my jako wspólnota, nasze wzajemne relacje, odnoszenie się do siebie, szacunek okazywany innym, nieważne – czy swoim, czy „obcym”, czy w „realu”, czy w Internecie, i nie tylko „z prazdnikom”, ale na co dzień.

Gabriel Szymczak

fotografia: Pawelwaniuk00 /orthphoto.net/