Dzieci na Liturgii - cz. 4

tłum. Justyna Pikutin, 19 grudnia 2020

Modne jest osądzanie “zwykłego przyzwyczajenia” w sferze duchowej. Jednak przyzwyczajenie jest niezwykle ważne. Szczególnie z pedagogicznego punktu widzenia. Przyzwyczajenie stanowi część “natury” człowieka i niezwykle trudno jest je przezwyciężyć. Moja babcia mówiła: “Jeśli zasiejesz przyzwyczajenie - zbierzesz charakter, jeśli zasiejesz charakter - zbierzesz przeznaczenie”. Nie tylko dorosły człowiek, ale także dziecko przy pomocy regularnych powtórzeń może przyzwyczaić się do stosowania wulgaryzmów, szturchania młodszej siostry, wyśmiewania lub poniżania ludzi, grania w gry komputerowe oraz ciągłego trzymania w ręku smartfona i sprawdzania, czy nie wskoczył jakiś “nowy like” albo “wiadomość”. Przyzwyczajenia niepostrzeżenie cementują nasze życie, a w przypadku dzieci dosłownie formują osobowość dorastającego człowieka.

Właśnie dlatego tak ważnym jest, by zaszczepiać w dzieciach i samych sobie dobre przyzwyczajenia. Jeśli to “tylko przyzwyczajenia”, to nie ma w tym nic złego. Przyzwyczajenie do mówienia “dobranoc” nie jest właściwie czymś szczególnie cnotliwym, nie wyjaśniamy tego dzieciom - po prostu sami w ten sposób się z nimi żegnamy, lub uczymy dzieci: powiedz tacie dobranoc. Automatycznie, naturalnie dziecko przyzwyczaja się życzyć spokojnej nocy rodzicom. Jest to już jednak - swoista kultura, codzienny stosunek do rodziców, a także dobre postępowanie w kierunku otaczających ludzi. Jest to już - formowanie charakteru.

Psycholog i neurolog Viktor Frankl napisał o przyzwyczajeniu takie ważne słowa:
Z ciągłego czynienia dobra, koniec końców wyrasta cnota... Jeśli chodzi o moralne działanie, to człowiek, który w ten sposób postępuje... i czyni to znów i znów, zmienia w ten sposób działanie w przyzwyczajenie. To co kiedyś stanowiło moralne postępowanie, z czasem staje się moralną postawą.” .
Niewątpliwie, zdrowym i właściwym jest, gdy życie religijne jest świadome, gdy wypływa ono jednocześnie z głowy i zwróconego ku Bogu serca, płonącego miłością Chrystusową. Jednak kiedy “po prostu z przyzwyczajenia” - to dobrze i pożytecznie, a nie “horror i profanacja”?

Przyzwyczajenie do obecności w świątyni pomaga dziecku nie bać się lśniących, brodatych duchownych, dziwnych dźwięków i zapachów. Praktyczne przyzwyczajenie pomoże również samym rodzicom znajdować się w cerkwi. Przyzwyczajenie, które pomoże przyprowadzić dziecko również do duchownego - to w pierwszej kolejności regularne przyprowadzanie dziecka do Eucharystii. Oczywiście, to nie znaczy, że dziecko, które przyzwyczaiło się do świątyni, nigdy nie przestraszy się czegoś, nigdy nie wpadnie w histerię w czasie nabożeństwa. Jednak mimo wszystko, jeśli dziecko od urodzenia jest w cerkwi, to “z mlekiem matki” przyjmuje to miejsce jako przestrzeń życiową.

Dla starszych dzieci przyzwyczajenie do chodzenia na nabożeństwa w każdą niedzielę - to już formowanie kultury. Określony paradygmat kulturalny, który właśnie w tym wieku - dla dzieci 5-10 lat, formuje to, co nazywane jest “ojczystą kulturą” człowieka. Tak, to nie jest “osobiste spotkanie z Bogiem”, to zupełnie nie duchowe życie małego człowieka. Ale kiedy dziecko rośnie w podobnym rytmie życia, to w ten sposób jest formowane na człowieka kultury prawosławnej. Bez względu na to, dokąd się uda w swoim dalszym życiu, to świątynia i nabożeństwo na zawsze pozostaną w jego świadomości oraz podświadomości jego rodzimym otoczeniem. A być może nawet Ojczyzną.

Niezupełnie identycznie, ale podobnie przyzwyczajenie wpływa na dorosłych członków rodziny. Jeśli brakuje przyzwyczajenia do regularnego przychodzenia do cerkwi całą rodziną, jeśli nie w każdą niedzielę przychodzimy na nabożeństwo, to uczestnictwo w nim staje się... szczególnym wydarzeniem w naszym życiu. I to, oczywiście, dobrze. Jednak w sytuacji prostych, nieszczególnie uduchowionych ludzi, takich jak ja, może mieć miejsce zupełnie inna historia. Idea brzmi: “chodzenie do świątyni i przystępowanie do Eucharystii jest niezbędne, ale niekoniecznie robić to trzeba według planu, w każdą niedzielę” - i kluczowe jest tu niekoniecznie.

Przy takim założeniu okazuje się: dziś się nie wyspałam, następnym razem dziecko rozrabia, potem jest zbyt zimno, a potem, oczywiście, gorąco... W ogóle: każdego dnia jesteśmy niewyspani – więc choć w niedzielę chciałoby się wyspać! Albo inaczej: cały tydzień jestem w pracy, tylko wracam do domu - trzeba kłaść się spać, to choć w niedziele mogę jakieś domowe rzeczy porobić: zmyć podłogę, zająć się ogrodem, zawieźć samochód do mechanika...

Wydaje się, że pomysł chodzenia do cerkwi zgodnie z planem jest zbyt przyziemny i zupełnie nie duchowy? Jednak to właśnie plan nadaje rytm. Właśnie plan pozwala regularnie, całą rodziną przychodzić na nabożeństwa. Inaczej zawsze znajdzie się powód - niewymyślony, ważny powód, by nie iść do cerkwi.

W żadnym wypadku nie próbuję powiedzieć, że nie ma ważnych powodów. Jak najbardziej są. Jednak wg różnych statystyk, spośród naszych współobywateli regularnie w świątyni bywa i uczestniczy w sakramentach od 3% do 5% społeczeństwa, przy czym za prawosławnych uważa się 10-ciokrotnie więcej (dane dotyczą Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej – przyp. tłum.). I wygląda na to, że najczęściej ludzie nie chodzą regularnie do cerkwi ponieważ nie uważają, że jest to ważne lub obowiązkowe.

Z nastolatkami jest oczywiście trudniej. O nich porozmawiamy oddzielnie. Jednak trzeba zaznaczyć: przyzwyczajenie do regularnego chodzenia do cerkwi może odegrać tu ogromną rolę. Jeśli w rodzinie jest komfort psychologiczny, spokój, jeśli relacje z rodzicami są chociaż “normalne”, nastolatki po prostu kontynuują podążanie razem z rodzicami, z młodszym i starszym rodzeństwem po... torach do których się przyzwyczaili. Jeśli w rodzinie przyjęło się, że każda niedziela, każde święto obchodzone jest w świątyni, to zazwyczaj rano po prostu wszyscy wstają, ubierają się, wsiadają do samochodu i jadą do cerkwi. Ustalają “co założyć”, “co wziąć ze sobą”, “gdzie pójść po cerkwi” - ale nie zastanawiają się “czy iść do cerkwi”. Nie mówię, że to recepta i to najbardziej uniwersalna - jednak może pomóc.

Anna Saprykina

za: pravoslavie.ru

fotografia: alik /orthphoto.net/