Dlaczego grzechy tak nas przyciągają

tłum. Nika Pawluczuk, 19 listopada 2020

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Bóg niespodziewanie się nam ukazał i rzekł: „Chcę cię uwolnić od grzechu, który nie daje ci spokoju, zgadzasz się?” Co byśmy odpowiedzieli? „Tak, oczywiście! Ale… ten grzech sprawia mi przyjemność.” O tym, dlaczego grzechy tak nas przyciągają i jak można sobie z nimi poradzić, opowiada metropolita limassolski Atanazy.


Bóg pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy (1 Tm 2,4). Jednakże bardzo często nasze lenistwo i przywiązanie do namiętności nie pozwalają Mu zbliżyć się do nas – zamykamy oczy, zatykamy uszy, udając, że tego nie zauważamy. Człowiek zniewolony przez namiętności nie może prawdziwie pragnąć uwolnić się od grzechu.

Jeśli władza, jaką ma nad nami namiętność, w pewnym momencie nieoczekiwanie osłabnie i więzy grzechu się poluzują, możemy się nawet kajać i szczerze prosić o wybaczenie: „Przebacz Panie, więcej tak nie postąpię!” - ale tak naprawdę, w głębi swojego serca, wcale nie chcemy z tego grzechu rezygnować. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby Bóg niespodziewanie się nam ukazał i rzekł: „Chcę cię uwolnić od grzechu, który nie daje ci spokoju, zgadzasz się?” Co byśmy odpowiedzieli? „Tak, oczywiście! Ale… ten grzech sprawia mi przyjemność.”

Grzech jest atrakcyjny. Uwielbiamy przyjemności, lubimy grzeszyć i bardzo mocno przywiązujemy się do namiętności. Na tym właśnie polega choroba grzechu - przejmuje on władzę nad naszą duszą i dlatego niezwykle trudno jest się wyzwolić z jego panowania. Jednak jeśli człowiek prawdziwie znienawidzi grzech i całym sercem będzie pragnął się od niego uwolnić – Bóg niewątpliwie go oswobodzi. Tak więc, nie jesteśmy w stanie wyzbyć się dręczącej nas namiętności właśnie dlatego, że czerpiemy z niej przyjemność.

Namiętność nas satysfakcjonuje – i nie mówię tutaj tylko o namiętnościach cielesnych. Dowolna namiętność budzi w człowieku pożądliwość, w związku z czym tak trudno z niej zrezygnować. Kto z nas, na przykład, pragnąłby osiągnąć prawdziwą pokorę? Wszyscy twierdzimy, że tego chcemy, ale kiedy następuje „dogodny” moment i pojawia się wspaniała możliwość, aby całkowicie się uniżyć - okazuje się, że wcale nie jest to takie łatwe.

Przypomnijmy sobie spotkanie Chrystusa z Samarytanką. Pan przysiadł obok studni Jakuba, aby trochę odpocząć oraz aby zobaczyć się z Samarytanką, która miała tu przyjść po wodę. Niczym rybak czekał na „połów”, znając już wcześniej całe życie tej kobiety. Wiedział doskonale, że pięć razy była zamężna, a jej obecny mąż wcale nie był jej mężem. Jednak dlatego, że miała w sobie dobro, Chrystus postanowił się z nią spotkać, aby uwolnić ją z więzów grzechu. Dzięki temu Samarytanka stała się jedną z Jego uczennic, męczennicą i świętą. Właśnie tak ich spotkanie opisywane jest w Ewangelii: „Przychodzi kobieta z Samarii zaczerpnąć wody. Jezus jej mówi: - Daj mi pić. Uczniowie zaś Jego odeszli do miasta, aby kupić jedzenie. Kobieta więc, Samarytanka, mówi: - Jakże Ty, Żydem będąc, prosisz o picie mnie, kobietę, Samarytankę? Żydzi bowiem nie zadają się z Samarytanami.”(J 4,7-9)

W tamtych czasach Żydzi rzeczywiście unikali kontaktu z ludźmi innej nacji, sądząc, że nawet sama rozmowa z nimi bezcześci Żyda. Warto tutaj wspomnieć o pewnym micie, panującym w niektórych środowiskach - o tym, że skoro w Ewangelii nie ma informacji o życiu Chrystusa między dwunastym, a trzydziestym rokiem życia, można przypuszczać, że ten czas spędził poza Izraelem.

Jednak gdyby rzeczywiście tak było, to w żadnym wypadku Żydzi nie przyjęliby Chrystusa, a w najlepszym razie ciągle wypominaliby Mu to, że przybył z terenów pogańskich, z obcymi tradycjami, kulturą i religią. Tej reguły Żydzi przestrzegali na tyle gorliwie, że nawet przypadkiem znalazłszy się w pobliżu poganina, obowiązkowo musieli dokonać rytualnego obmycia. Nie wiem, czy Żydzi robią to teraz, ale wtedy rzeczywiście tak było. O żadnych stosunkach z przedstawicielami innego wyznania nie mogło być mowy, wszystko po to, aby chronić swoją wiarę.

Wróćmy jednak do ewangelicznej opowieści: „Odpowiedział Jezus i rzekł jej: - Gdybyś znała dar Boży i Tego, który mówi: Daj Mi pić, ty byś prosiła Go, a dałby ci wody żywej. Mówi Mu kobieta: - Panie, nawet czerpaka nie masz, a studnia jest głęboka. Skąd więc miałbyś wodę żywą? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię i sam z niej pił, i synowie jego, i stada jego? Odpowiedział Jezus i rzekł jej: - Każdy, kto pije tę wodę, znowu zapragnie; a kto by pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki. Albowiem, woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody tryskającej ku życiu wiecznemu.” (J 4,10-14)

Te słowa Chrystusa znajdą potwierdzenie w duszy każdego, komu dane było napić się tej wody. Zawsze byli i będą ludzie, którzy doświadczyli łaski Bożej, łaski Ducha Świętego. Odradzając się w Chrystusie, nie tylko odczuwają pełen sens istnienia, ale również obdarowują otrzymaną łaską tych, którzy są obok, dlatego że jest ona niczym żywa woda, która wylewając się z serca sprawiedliwego poi wszystkich.

Przypomnijmy sobie apostołów, którzy będąc niewykształconymi rybakami dzięki łasce zdobyli mądrość – nie ziemską, a Bożą - i przyprowadzili do Chrystusa mnóstwo ludzi. Także dzisiaj można spotkać takich, którzy według ziemskiej miary nie dysponują wybitną wiedzą i talentem, ale wskazują tysiącom ludzi drogę ku Bogu.

Starzec Porfiriusz, na przykład, nawet nie skończył szkoły, a jakim wielkim świętym stał się jeszcze za życia! Ileż łaski Bożej i cudów dzieje się dzisiaj się dzięki jego modlitwom, kiedy to przebywa on już w raju! Dzięki jego wstawiennictwu, słowom, które po sobie zostawił, ciągle otrzymujemy świadectwo o tym, że Chrystus jest Ten Sam teraz i zawsze.

A starzec Paisjusz? On także nie skończył szkoły, ale równocześnie wysoko cenił sobie wykształcenie, tak więc kiedy jakiś młody człowiek prosił u niego o błogosławieństwo na zrezygnowanie ze studiów, odpowiadał mu z uśmiechem:
- Dokończ naukę, synu!
- Ale mam już tak tego dosyć - nie mogę dłużej, chcę zrezygnować!
- Nie rób tego! To nierozsądne rzucać studia.
- Wszystko mi jedno, dam sobie z tym spokój!
- Nie rezygnuj. Gdybym w swoim czasie posłuchał mamy i nie rzucił szkoły, nie robiłbym teraz błędów pisząc listy!

Jednak ten człowiek bez wykształcenia pomógł wielu ludziom. Również teraz, dzięki jego modlitwom, miłości do Boga i trudowi za życia, Pan pozwala czynić cuda, doświadczając których tysiące ludzi zaznają pocieszenia i ulgi. Książki napisane na podstawie słów starców są tłumaczone na wiele języków i cieszą się popularnością w wielu krajach. Tak wiele może sprawić niewykształcony, z ziemskiego punktu widzenia, człowiek, bez matury, dyplomu i innych osiągnięć, który wszakże stał się światłem rozumu dla całego świata!

Przecież w gruncie rzeczy jedyne, czego brakuje nam w tym życiu, to Jezus Chrystus. Jeśli uważnie się sobie przyjrzymy, zrozumiemy, że tak właśnie jest. Jak zwykł mawiać starzec Paisjusz: „Jeśli masz jakieś zmartwienie to znaczy, że Chrystus ci nie wystarcza”. Ciężar, smutek, to nie tak, tamto nie tak, zniechęcenie, zmęczenie, chce się uciec, zamknąć się w pokoju i siedzieć w samotności – znajome uczucie? Cały czas czegoś brakuje. Namiętności nas uciskają, duszą, przeszkadzają normalnie żyć i cieszyć się, uniżają nas, hańbią, kompromitują.

Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że w naszym życiu jest mało miejsca dla Chrystusa, praktycznie nie odczuwamy Jego obecności. Gdyby żył w nas, gdybyśmy pili Jego życiodajną wodę, nigdy nie chciałoby nam się pić i nie tylko my ugasilibyśmy swoje pragnienie, ale i wszyscy wokół nas.

metropolita Atanazy
 
za: pravmir.ru/hochu-rasstatsya-so-strastyu-no-ona-mne-nravitsya-pochemu-grehi-tak-privlekatelny/

fotografia: alik /orthphoto.net/