Modlitwa w ciszy III

tłum. Joachim Jelisiejew, 16 listopada 2020

Kontynuujemy rozważania o modlitwie w ciszy, poprzednia część jest dostępna tutaj.

Nie wolno nam przychodzić do Boga, by przejść przez szereg emocji czy doznać mistycznego doświadczenia. Musimy przychodzić do Boga, by być z Nim, i jeżeli zechce On uczynić Swoją obecność odczuwalną dla nas, niech będzie błogosławiony Bóg, ale jeżeli zechce On, byśmy odczuli Jego nieobecność, niech i wtedy będzie błogosławiony Bóg, bowiem jak widzieliśmy, On ma wybór: podejść lub nie. Jest On tak samo wolny, jak i my. My nie przychodzimy do Niego dlatego, że jesteśmy zajęci czymś innym, czymś, co pochłania nas bardziej niż On. On natomiast, jeżeli nie ujawnia Swojej obecności, to dlatego, byśmy my nauczyli się czegoś o Nim i o sobie. Nieobecność Boga, którą możemy odczuwać w naszej modlitwie, jest również częścią związku i jest bardzo cenna.

Nasze odczucie nieobecności Boga może być wynikiem Jego woli, może On chcieć, byśmy tęsknili za Nim i nauczyli się, jak cenna jest Jego obecność, poprzez doświadczenie zupełnej samotności. Często jednak nasze doświadczenie nieobecności Boga jest wynikiem tego, że nie dajemy sobie szansy na uświadomienie sobie Jego obecności. Kobieta, która używała modlitwy Jezusowej przez czternaście lat, skarżyła się, że nigdy nie miała wrażenia, że Bóg jest z nią. Gdy wskazano jej, że to ona mówiła przez cały czas, zgodziła się spróbować w ciszy przez kilka dni. Gdy to czyniła, zorientowała się, że Bóg był z nią, że cisza otaczająca ją nie była tylko pustką, brakiem dźwięku i ruchu, ale że ta cisza była nasycona czymś nie negatywnym, ale pozytywnym, obecnością Boga, Który dał się jej poznać wprowadzając taką samą ciszę w niej. I potem odkryła, że modlitwa naturalnie powróciła do niej, ale nie był to już dźwięk, który zapobiegał ujawnieniu się Boga.

Gdybyśmy byli pokorni czy choć rozsądni, nie powinniśmy oczekiwać, że tylko dlatego, że zdecydowaliśmy się pomodlić, powinniśmy mieć natychmiast doświadczenia św. Jana od Krzyża, św. Teresy czy św. Serafina z Sarowa. Jednak nie zawsze tęsknimy za doświadczeniami świętych, czasem po prostu chcemy powtórzyć nasze własne doświadczenie. Skupienie się na poprzednim doświadczeniu może zasłonić nam nowe, które przychodzi po poprzednim naturalną koleją rzeczy. Cokolwiek czuliśmy, jest to już przeszłe i związane z tym, kim byliśmy wczoraj, a nie kim jesteśmy dzisiaj. Nie modlimy się, by wywołać jakieś konkretne doświadczenie, którym się rozkoszujemy, ale by spotkać Boga i wszelkie możliwe konsekwencje tego spotkania, lub przynieść Mu to, co mamy do przyniesienia i pozostawić Mu użycie tego w sposób, który On wybierze.

Musimy pamiętać, że powinniśmy zawsze zbliżać się do Boga wiedząc, że Go nie znamy. Musimy zbliżać się do niezbadanego, tajemniczego Boga, który ujawnia się tak, jak chce; ilekroć przychodzimy do Niego, stajemy przed Bogiem, którego jeszcze nie znamy. Musimy być otwarci na każdą manifestację Jego osoby i Jego obecności. Mogliśmy wiele zrozumieć o Bogu z naszego własnego doświadczenia, z doświadczeń innych, z pism świętych ludzi, z nauki Cerkwi, ze świadectwa Pisma, możemy wiedzieć, że jest On dobry, pokorny, że jest On płonącym ogniem, że jest naszym Sędzią, że jest naszym Zbawicielem i o wielu innych rzeczach, ale musimy pamiętać, że może On w każdej chwili ujawnić się w sposób, w który nigdy nie postrzegaliśmy Go, nawet w tych ogólnych kategoriach. Musimy stanąć przed Nim z szacunkiem i być przygotowani na spotkanie kogokolwiek, kogo spotkamy: albo Boga, którego już znamy, albo Boga, którego nie możemy rozpoznać. Może On nam dać poczucie tego, Kim jest i ono może być dość dalekie od tego, czego oczekujemy. Mamy nadzieję spotkać Jezusa łagodnego, współczującego i kochającego, a spotykamy Boga, który sądzi i potępia, i nie pozwoli nam podejść bliżej w obecnym stanie. Albo przychodzimy z pokutą, oczekując, że będziemy odrzuceni, a spotykamy współczucie. Bóg, na każdym etapie jest nam częściowo znany, a częściowo nieznany. Odkrywa Siebie i stąd Go znamy, ale nigdy nie będziemy znali Go kompletnie, zawsze pozostanie boska tajemnica, której nie będziemy w stanie przeniknąć.

Poznanie Boga może być otrzymane i dane we wspólnocie z Bogiem, tylko przez wspołdzielenie z Bogiem tego, czym On jest, do momentu, w którym jest to możliwe. Buddyjska myśl ilustruje to historią o lalce z soli. Lalka z soli, po długiej pielgrzymce po suchym lądzie, przyszła nad morze i odkryła coś, czego nigdy nie widziała i nie mogła zrozumieć. Stała na twardym podłożu, mała lalka z soli i widziała, że obok jest inny grunt; zmienny, niepewny, hałaśliwy, dziwny i nieznany. Zapytała morze „Ale czym jesteś?” i ono odpowiedziało „Jestem morze”. Lalka spytała „Czym jest morze?”, na co odpowiedzią było „To ja”. Lalka powiedziała „Nie mogę zrozumieć, ale chcę, jak mogę zrozumieć?”. Morze odpowiedziało „Dotknij mnie”. Lalka trwożnie dotknęła nogą wody i miała dziwne wrażenie, że coś zaczęło być pojmowalne. Cofnęła nogę, zobaczyła, że jej palce zniknęły, przestraszyła się i spytała "O, ale gdzie jest mój palec, co mi zrobiłeś?". Morze powiedziało „Oddałaś coś, by zrozumieć”. Stopniowo woda zabierała małe kawałki soli z lalki i lalka wchodziła głębiej i głębiej w morze i przez cały czas miała wrażenie pojmowania coraz więcej i więcej, ale jednak nie mogła powiedzieć, czym jest morze. Gdy zanurzała się coraz głębiej, topniała coraz bardziej i bardziej, powtarzając „Ale czym jest morze?”. Wreszcie fala rozmyła jej resztki i lalka powiedziała „To ja jestem morzem!”. Odkryła, czym jest morze, ale nie czym jest woda.

Nie robię tutaj porównania pomiędzy historią buddyjskiej lalki i chrześcijańską wiedzą o Bogu, a mimo to w tej historii jest wiele prawdy. Św. Maksym użył przykładu miecza, który staje się rozżarzony do czerwoności: miecz nie wie, gdzie kończy się ogień i ogień nie wie, gdzie zaczyna się miecz; można ciąć ogniem i palić żelazem. Lalka dowiedziała się, czym jest morze, gdy stała się - taka drobinka - ogromem morza. Również gdy wchodzimy w rozumienie Boga, nie zawieramy w sobie Boga, ale jesteśmy zawarci w Nim i stajemy się sobą w spotkaniu z Bogiem, bezpieczni w Jego ogromie.

Święty Atanazy Wielki mówi, że ludzka wspinaczka do przebóstwienia zaczyna się w momencie stworzenia. Od początku Bóg daje nam niestworzoną chwałę osiągnięcia jedności z Nim. Z prawosławnego punktu widzenia nie ma „naturalnego człowieka”, do którego dodana jest łaska. Pierwsze słowo Boga wydobywające nas z nicości było pierwszym krokiem do wypełnienia naszego powołania, by Bóg był wszystkim we wszystkim i że my powinniśmy być w Nim, a On w nas.

Musimy być przygotowani na odkrycie, że ostatnim krokiem w związku z Bogiem jest akt czystej adoracji, twarzą w twarz z tajemnicą, w którą nie możemy wejść. Rośniemy w poznaniu Boga stopniowo, rok po roku, aż do końca naszego życia i będziemy to robić przez całą wieczność, bez dojścia do punktu, gdy powiemy, że wiemy wszystko, co tylko można wiedzieć o Bogu. Proces stopniowego poznania Boga prowadzi nas do pozostawiania przeszłych doświadczeń poza nami i tajemnicy Boga niepoznanego, a możliwego do poznania, przed nami. To małe, co wiemy o Bogu, sprawia, że trudno nam nauczyć się czegoś więcej, gdyż to większe nie może być dodane do tego małego, gdyż każde spotkanie daje nam taką zmianę perspektywy, że to, co było znane, staje się niemal nieprawdziwe w świetle tego, co zostało poznane później. To odnosi się do każdej wiedzy, którą przyjmujemy; każdy dzień uczy nas czegoś w naukach ścisłych czy humanistycznych, ale nauka ma sens tylko dlatego, że doprowadza nas do granicy, poza którą jest wciąż coś do odkrycia. Jeżeli zatrzymamy się, by powtórzyć to, co już umiemy, stracimy czas. Pierwszą rzeczą, jeżeli chcemy spotkać prawdziwego Boga w modlitwie, jest uświadomienie sobie, że cała wiedza uprzednio zdobyta popchnęła nas do stanięcia przed Nim. To wszystko jest ważne i znaczące, ale jeżeli nie pójdziemy dalej, stanie się widmowe i przestanie być żywym życiem, będzie wspomnieniem, a niemożliwym jest żyć wspomnieniami.
 
metropolita Antoni (Bloom)
 
Na podstawie: mitras.ru

fotografia: vlasler /orthphoto.net/