Modlitwa w ciszy II

tłum. Joachim Jelisiejew, 09 listopada 2020

Kilku pisarzy duchowych mówi, że musimy spróbować odkryć Chrystusa w nas. Chrystus jest doskonałym, absolutnie prawdziwym człowiekiem i możemy rozpocząć odkrywanie, co jest w nas prawdziwe, przez odkrywanie, co jest podobne do Niego.

Są wersety w Ewangeliach, przeciwko którym buntujemy się i inne wersety, które sprawiają, że serce w nas płonie. Jeżeli wyróżnimy te wersety, które wprawiają nas w zmieszanie oraz te, których prawdziwość potwierdzamy całym sercem, odkrywamy dwie skrajności w nas; w skrócie antychrysta i Chrystusa w nas. Musimy być świadomi obu rodzajów wersetów i skoncentrować się na tych, które są najbliższe naszemu sercu, gdyż możemy bezpiecznie przyjąć, że oznaczają one punkt, w którym Chrystus i my jesteśmy podobni; punkt, w którym człowiek jest — niewątpliwie nie całkowicie, lecz choć w jakimś stopniu — prawdziwym człowiekiem, obrazem Chrystusa. Lecz nie wystarczy wzruszyć się emocjonalnie lub całkowicie się zgodzić intelektualnie z danym wersetem; musimy wcielić słowa Chrystusa w życie. Możemy być poruszeni, a jednak przy pierwszej okazji do praktycznego zastosowania naszego odkrycia odrzucić wszystko, co pomyśleliśmy i poczuliśmy.

Są chwile, gdy jesteśmy w nastroju do przebaczenia naszym wrogom, ale jeżeli oni opierają się temu, nasze pokojowe nastawienie szybko zmienia się w wojownicze. To zdarzyło się Miusowowi z „Braci Karamazow” Fiodora Dostojewskiego. Dopiero co był on niegrzeczny i nietolerancyjny względem innych, potem ponownie odzyskał szacunek we własnych oczach przez uczynienie nowego początku, ale bezczelność Karamazowa natychmiast zmieniła jego uczucia raz jeszcze i „Miusow przeszedł momentalnie od najbardziej dobroczynnego nastawienia umysłu do najbardziej dzikiego. Wszystkie uczucia, które przycichły i przeminęły w jego sercu powróciły niezwłocznie”.

Nie wystarczy zachwycić się wersetem, który wydaje nam się tak prawdziwy. Następnym krokiem musi być walka o to, aby w każdej chwili naszego życia być tym, kim jesteśmy w tych najlepszych chwilach. Wtedy stopniowo odrzucimy wszystko, co jest powierzchowne i staniemy się bardziej rzeczywiści i prawdziwi. Jako że Chrystus jest prawdą i rzeczywistością, i my staniemy się bardziej podobni do Chrystusa. Nie chodzi tu o zewnętrznie imitowanie Chrystusa, lecz o wewnętrzne bycie tym, czym jest On. Naśladowanie Chrystusa nie polega na zewnętrznym kopiowaniu Jego życia, to raczej ciężka i złożona walka.

Tu widać różnicę pomiędzy Starym a Nowym Testamentem: przykazania Starego Testamentu były regułami życia, a ci, którzy wiernie się ich trzymali, stawali się usprawiedliwionymi, ale jednak nie mogli otrzymać wiecznego życia. Przykazania Nowego Testamentu, przeciwnie, nigdy nie czynią człowieka usprawiedliwionym. Chrystus powiedział kiedyś swoim uczniom: Kiedy uczynicie wszystko, co wam nakazano, mówcie: »Słudzy jesteśmy nieużyteczni, uczyniliśmy, co powinniśmy uczynić«. Jeśli wypełniamy polecenia Chrystusa nie jako reguły, lecz dlatego, że nasze serce zostało napełnione wolą Bożą lub nawet gdy przymuszamy naszą złą wolę do wypełnienia poleceń Chrystusa i stajemy w pokucie wiedząc, że nie dokonaliśmy niczego prócz przymuszenia się, stopniowo wzrastamy ku poznaniu Boga: wewnętrznemu, a nie zewnętrznemu, intelektualnemu, zdroworozsądkowemu czy akademickiemu.

Człowiek, który stał się rzeczywisty i prawdziwy, może stanąć przed Bogiem i ofiarować modlitwę w absolutnym skupieniu, w jedności umysłu, serca i woli, w ciele, które jest w zgodności z poruszeniami duszy. Lecz dopóki nie osiągnęliśmy takiej doskonałości, możemy mimo wszystko stać w obecności Boga, wiedząc, że jesteśmy częściowo rzeczywiści, częściowo nie, i przynosząc Mu wszystko, co możemy, lecz w pokucie, wyznając, że jesteśmy wciąż nieprawdziwi i niezdolni do jedności. W żadnym momencie naszego życia, czy gdy jeszcze jesteśmy wewnętrznie skłóceni, czy już w trakcie jednoczenia, nie jesteśmy pozbawieni możliwości stanięcia przed Bogiem. Lecz zamiast stania w jedności, która daje impuls i siłę naszej modlitwie, możemy stać w słabości, doświadczając jej i będąc gotowym ponieść jej konsekwencje.

Św. Ambroży z Optiny, jeden z ostatnich rosyjskich starców, powiedział kiedyś, że dwa rodzaje ludzi dostąpią zbawienia: ci, którzy grzeszą i są dość silni, by odpokutować oraz ci, którzy są zbyt słabi, by nawet odpokutować w pełni, lecz są gotowi cierpliwie, pokornie i z dziękczynieniem ponieść ciężar konsekwencji swoich grzechów; w swojej pokorze są przyjęci przez Boga.

Bóg jest zawsze rzeczywisty, zawsze jest sobą i jeżeli moglibyśmy stanąć z Nim twarzą w twarz i doznać Jego obiektywnej rzeczywistości, wszystko stałoby się prostsze, ale nam udaje się w subiektywny sposób rozmyć prawdę i rzeczywistość, przed którą stoimy i zastąpić rzeczywistego Boga Jego bladym obrazem lub, co gorsza, Bogiem, który jest nierzeczywisty z powodu naszego jednostronnego i słabego zrozumienia Go.

Gdy kogoś spotykamy, rzeczywistość spotkania nie zależy tylko od tego, kim my jesteśmy i kim jest druga osoba, ale w dużym stopniu od powziętego wcześniej wyobrażenia na temat drugiej osoby. Nie mówimy do rzeczywistej osoby, ale do obrazu, który sformowaliśmy i zwykle wymaga bardzo wiele wysiłku od ofiary tego uprzedzenia przebicie się i nawiązanie realnego kontaktu.

Wszyscy uformowaliśmy idee dotyczące Boga. Jakkolwiek górnolotna, piękna, nawet częściowo prawdziwa byłaby ta idea, może ona, jeżeli nie będziemy uważni, stanąć pomiędzy nami a prawdziwym Bogiem i może stać się idolem, przed którym będziemy się modlić, podczas gdy Bóg będzie ukryty za nim. Dzieje się tak zwłaszcza, gdy zwracamy się do Boga z prośbą lub wstawiennictwem; nie przychodzimy wtedy do Boga jako do osoby, z którą chcemy się podzielić trudnością, w której miłość wierzymy i od której oczekujemy decyzji, ale próbujemy rozważać Boga pod pewnym kątem i kierujemy modlitwy nie do Boga, a do pewnej koncepcji Boga, która jest nam użyteczna w danej chwili.
 
Poprzednia część rozważań ukazała się tutaj.

metropolita Antoni (Bloom)

na podstawie: mitras.ru

fotografia: marian_do /orthphoto.net/