Recepta na duchowy sukces - cz. 2

tłum. Gabriel Szymczak, 16 października 2020

29 września obchodziliśmy wspomnienie wielkiej męczennika Eufemii, tej wielkiej świętej, jednej z tysięcy męczenników w pierwszych kilku wiekach Kościoła. W pewnym sensie była po prostu kolejną młodą kobietą, zabitą przez prześladowców chrześcijan. W pewnym sensie jej historia jest bardzo powszechna. W czasie prześladowań Kościoła, zanim święty Konstantyn wyzwolił Kościół, wszystkim chrześcijanom nakazano oddawać cześć pogańskim bogom. Wszystkim im wmawiano, że chrześcijaństwo było nielegalne: „Nie możecie się zbierać”. Bycie chrześcijaninem było nielegalne. Jeśli złapano cię na modlitwie, szedłeś do więzienia. Jeśli miałeś ikonę lub krzyż, szedłeś do więzienia.

Jeśli po prostu poszedłbyś do więzienia, a oni chcieliby wymusić na twojej rodzinie okup, to byłaby to łatwa droga. Jeśli zabrali cię do więzienia i naprawdę chcieli, żebyś nawrócił się na kult pogańskich bogów, torturowali cię wszystkimi możliwymi sposobami, aby cię złamać. Nie chcieli cię zabić. Chcieli, żebyś się złamał i wyrzekł się wiary w Boga.

Święta Eufemia była tylko jednym z tysięcy męczenników we wczesnych stuleciach. Była młodą kobietą, prawdopodobnie nastolatką. Tam, gdzie mieszkała, pojawiło się nowe prawo, nakazujące czcić szczególnie boga Aresa, a ona odmówiła uczczenia go. Zasłynęła tym, że powiedziała: „Kiedy prawa rządu cywilnego wspierają cele i wizję, misję Kościoła, wtedy bądź im posłuszny. Ale kiedy zasady rządu cywilnego są sprzeczne z życiem chrześcijańskim, nie tylko stawiaj im opór, ale aktywnie je łam”. Powinniśmy o tym pomyśleć, gdy przyglądamy się prawom naszego własnego kraju. Chrześcijanie mają miejsce na sprzeciw cywilny.

Święta została aresztowana, była torturowana - i to jest bardzo cudowna historia. Umieszczono ją na kole z ostrymi nożami, została cudownie uzdrowiona; zabrano na arenę - zwierzęta jej nie zjadły. Wciąż próbowano ją torturować, żeby się złamała. Ona się nie złamała. W końcu oddała swoje życie w chwale i wierze, i jest czczona jako wielka męczennica w Kościele, obecnie należy jest do grona wielu męczenników tamtej epoki. Zbudowano dla niej wielką katedrę.

Zmarła pod koniec trzeciego wieku, około roku 300, a w 451 r. odbył się sobór w Chalcedonie. Przybyły nań setki biskupów, którzy mieli uporać się z herezją i zebrali się w cerkwi św. Eufemii, w której był relikwiarz z jej ciałem, podobnie jak ciała świętych Demetriosa i Sawy.

W pewnym momencie biskupi byli mocno podzieleni, jeśli chodzi o naukę prawosławną i naukę heretycką, która była bardzo silna i popularna. Wszyscy zgodzili się, aby przedłożyć swoje decyzje św. Eufemii. Ona jest świętą, a tutaj, w cerkwi, znajdują się jej relikwie.

Heretycy napisali w dokumencie zawierającym ich nauczaniu o Chrystusie, że nie był on ani całkowicie ludzki, ani całkowicie boski. Był zmieszany, miał tę dziwną, pomieszaną naturę pseudo-Boga / pseudo-człowieka. Nauka prawosławna głosiła oczywiście, że mistycznie, przez związek hipostatyczny, był jednocześnie w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem, i to również zostało spisane. Otworzono trumnę, relikwiarz św. Eufemii i położono oba dokumenty na jej piersi. Leżała tam ze skrzyżowanymi rękami. Zamknięto relikwiarz, a cesarz zapieczętował go swoją pieczęcią. W tamtych czasach jeśli ktoś zdjął pieczęć cesarza - umierał. Wokół relikwiarza postawiono strażników.

Wszyscy obecni tam biskupi, heretyccy i prawosławni, pościli i modlili się przez kilka dni, prosząc Boga o objawienie prawdy przez Jego świętą męczennicę, Eufemię, tę młodą kobietę, która zaparła się siebie i wzięła krzyż. To było wszystko, co zrobiła. Nie była wspaniałą nauczycielką, nie była wielkim teologiem, nie była wielkim cudotwórcą. Po prostu nie zrezygnowała z Chrystusa, kiedy jej to nakazano, to wszystko. Była albo bardzo uparta w swojej wierze, albo bardzo wierna.

Zebrani modlili się i pościli przez kilka dni, a potem przyszedł czas sprawdzenia pieczęci na relikwiarzu, złamania jej i otwarcia trumny. W ręku świętej była prawosławna nauka, heretycka zaś znajdowała się pod jej stopami. W niektórych relacjach jest napisane, że kiedy patriarcha podszedł do jej relikwii, ona wręczyła mu naukę prawosławną. Wielu heretyków od razu zmieniło zdanie.

Czcimy ją, tę prostą, młodą kobietę, która zrezygnowała ze wszystkiego, aby po prostu pójść za Chrystusem i nie pozwolić nikomu odebrać jej Chrystusa; czcimy tę, która już po swej śmierci stała się tym niesamowitym oświeceniem Kościoła i jego obrończynią.

W tej prostej historii musimy pomyśleć o tym, co Bóg robi z dobrymi rzeczami, które czynimy dzięki Jego łasce, o dobrych nasionach, które siejemy, o świadectwie, które składamy w imieniu Chrystusa wobec ludzi. Co On z tym zrobi? Nie dowiemy się, dopóki nie umrzemy i nie będziemy z Nim zjednoczeni, wtedy poznamy dobro, do którego nas użył.

Św. Eufemia ponownie uczyniła wielki cud w latach 80. XX wieku. Kościół grecki miał duże problemy jego biskupi udali się do starca Paisjusza ze Świętej Góry, aby zasięgnąć jego opinii. Były trzy konkretne problemy, o pomoc w których chcieli prosić. Starzec Paisjusz w swoich pismach mówi, że nie mógł sobie z tym poradzić. Modlił się, modlił i modlił, i wydawało się, że nie ma żadnego rozwiązania.
Wtedy postanowił modlić się do św. Eufemii. Kiedyś już pomogła Kościołowi dowiedzieć się, co było prawdą, może więc pomoże i jemu.

Regularnie modlił się do wielkiej męczennicy Eufemii. Starzec Paisjusz modlił się pewnej nocy do niej przez dłuższy czas, w którymś momencie usłyszał pukanie do drzwi. Podszedł do drzwi, choć nikt nie powinien przebywać w jego celi o tej porze nocy. Zapytał: „Kto tam?” Usłyszał: „Eufemia”. Zapytał: „Co, Eufemio?” Nie odpowiedziała. Wrócił więc do modlitwy. Przeżegnał się i poprosił Boga, aby chronił go przed demonicznymi złudzeniami. Znowu rozległo się pukanie do drzwi. Podszedł do drzwi, zapytał „Kto tam?”, a usłyszawszy „Eufemia” - otworzył drzwi. Ona tam stała.
Jest wspaniały obraz, ikona tego wydarzenia z jego życia. Weszła, usiadła i rozmawiała z nim o problemach biskupów Grecji. Dzięki jej radom doszedł do wielkiej pewności, co powiedzieć biskupom. Zrobił to i wszystko poszło dobrze. Ona wiedziała, o czym mówiła.

Zapomniałem o jednym - kiedy weszła do pokoju, powiedział do niej: „Musisz wyznać: „Czczę Ojca, Syna i Ducha Świętego”, znowu się obawiając, że to demoniczne złudzenie. Odpowiedziała: „Oczywiście, czczę Ojca, Syna i Ducha Świętego. Jestem z nimi w Niebie”.

Prowadzili długą rozmowę i na samym jej końcu starzec nie mógł powstrzymać swojej ciekawości - „Powiedz mi prawdę: czy warto było przechodzić przez te wszystkie tortury, aby dostać się do nieba?” Chciał wiedzieć. Myślę, że to bardzo ludzkie, prawda? Doznaje mistycznego przeżycia, ukazuje mu się święta, odpowiadająca na wszystkie pytania. On nadal jest ciekawy. Uwielbiam to. Był prawdziwym człowiekiem. "Czy było warto? Czy warto było przejść przez tortury?”

Święta mówi do niego: „Starcu Paisjuszu, niebo jest takie niesamowite. Nie ma końca torturom, które zniosłabym, aby być z Chrystusem. Gdyby trwało to tysiąc lat, byłabym szczęśliwa, że przeszłam przez to, aby doświadczyć tego, co to znaczy być w obecności Boga”.
Widzimy, że tylko dobro, wyłącznie dobro pochodzi z zaparcia się siebie, wzięcia krzyża i naśladowania Chrystusa.

Przerażające jest patrzeć na krzyż i myśleć, że jakoś na nim będziemy wisieć. To, czego nie znamy, to radość, satysfakcja, nagroda zjednoczenia z Bogiem i przebywania w Jego obecności, także już w tym życiu - dzięki zamieszkaniu w nas łaski Ducha Świętego. Kiedy jeszcze nie wiesz, jaka będzie nagroda, ofiara jest przytłaczająca, ale musimy patrzeć na Chrystusa, patrzeć na apostołów, patrzeć na świętych i pamiętać, że gdyby to nie było tego warte, nie zrobiliby tego. Nawet ktoś taki jak ojciec Paisjusz, starzec Paisjusz ze Świętej Góry, chciał wiedzieć, że warto, a odpowiedź brzmi: tak.

o. Thaddaeus Hardenbrook

za: Saint Lawrence Orthodox Church

fotografia: alik /orthphoto.net/