Recepta na duchowy sukces - cz. 1

tłum. Gabriel Szymczak, 15 października 2020

Zakończyliśmy niedawno okres Święta Podwyższenia Krzyża, tego chwalebnego wydarzenia odnalezienia krzyża przez św. Konstantyna na początku czwartego wieku - po raz pierwszy w historii przez nową wspólnotę chrześcijańską, uwolnioną od prześladowań.

O tej porze roku skupiamy się na rzeczywistości, którą dał nam Chrystus - jeśli mamy iść za Nim, jeśli chcemy być jednym z Jego naśladowców, jeśli chcemy nazywać się chrześcijanami, jeśli chcemy Go ‘ścigać’, w pewnym sensie wziąć Go do niewoli, dogonić Go i uczynić swoim ‘własnym’, musimy zaprzeć się siebie. Nie naszego prawdziwego ja - chrześcijańskiego ja, którym się stajemy, autentycznej jaźni, która jest stworzona na obraz Trójcy Świętej, ale tej fałszywej jaźni, którą wszyscy posiadamy – złamanej, stworzonej z błędnych wyobrażeń o nas samych, naszym bliźnim i Bogu, błędnych wyobrażeń o tym, kim jesteśmy.

Kłamstwem (które słyszeliśmy od innych ludzi, a może także od demonów) jest, że to moje złamane ‘ja’ myśli, że będzie szczęśliwe, jeśli postawi na swoim, jeśli będzie postępować zgodnie z własną wolą, podążać za tym, czego chce, że jest pewne, iż ma plan, który mnie uszczęśliwi. Ostatecznie jedyną rzeczą, jakiej doświadczamy, jest to, że jesteśmy zdolni – a nawet bardzo zdolni - do rozczarowania samych siebie, nieprawdaż?

Święty Teofan kieruje do ludzi to wspaniałe wezwanie, które po prostu mówi: „Jeśli chcecie zobaczyć, jak słabi jesteśmy jako chrześcijanie, jak bardzo musimy mieć w sobie Chrystusa, jak bardzo musimy zostać wzmocnieni przez Ducha Świętego, abyśmy mogli cokolwiek osiągnąć, po prostu spróbujcie ułożyć plan życia doskonałego”.

Wszyscy możemy to zrobić. To naprawdę proste. Wielu z nas już to robiło, prawda? Wstawaj codziennie o konkretnej porze, energicznie ćwicz, dobrze się odżywiaj, bądź miły dla wszystkich, bądź wdzięczny za swoją pracę każdego dnia, nigdy nie poddawaj się złemu nastrojowi ani złej myśli. Nawet robimy naklejki na zderzaki, które mówią nam, jak żyć dobrze. To nie jest zbyt skomplikowane.

Nawet świat wie, jak dobrze żyć. Świat wie, że gdyby wszyscy przestali walczyć, mielibyśmy powszechny pokój. To jest rzeczywistość, prawda? To nie jest złudzenie. To faktycznie, technicznie prawda. Gdyby nikt nie poddał się złości, gdyby nikt nie podniósł broni przeciwko swojemu bliźniemu, nie byłoby żadnej wojny, nie byłoby żadnych walk, nie byłoby żadnych morderstw ani przestępstw. Świat natychmiast zaznałby pokoju. Dlaczego na świecie nie możemy po prostu zaakceptować tej rzeczywistości i ją realizować? Nie przez jeden dzień, nie tydzień czy miesiąc, ale przez resztę naszego życia?

Sam święty Teofan, ten wielki nauczyciel, wielki asceta, mówi: „Po prostu spróbuj. Zrób plan na swoje życie. Zrób doskonały plan”. W księgarniach mamy cudowną książeczkę zatytułowaną „Jak przeżyć święte życie”; wielu z was ją już pewnie ma. Święty powiedział: „Po prostu spróbuj to zrobić. Nie przez godzinę, nie dzień, nie tydzień, nie miesiąc, ale przez resztę życia. To niemożliwe”.

„To niemożliwe”. Nie możemy tego zrobić z własnej woli, nie możemy, jesteśmy zbyt podatni na namiętności.

Jedną z rzeczy, które naprawdę musimy sobie uświadomić, nie tylko wiedzieć to w naszych głowach, ale sprowadzić do sposobu, w jaki żyjemy na co dzień, podejmujemy decyzje i zobowiązania, wypełniamy je i idziemy naprzód z naszym planem, naszymi duchowymi celami, naszą misją i wizją jako Kościoła, jest głęboka akceptacja faktu, że nie odniesiemy sukcesu bez Chrystusa w naszym życiu i bez Ducha Świętego, który daje nam moc. Nie damy rady. Jako ludzie udowadnialiśmy to już wielokrotnie.

Patrząc na całą historię Starego Testamentu widzimy, że sam Bóg daje ludziom zestaw reguł, które - jeśli byłyby przestrzegane – pozwolą odwrócić skutki upadku i powszechnie odzyskać prawość. Robią to dwie osoby: Jan Chrzciciel i Matka Boża. Nikt inny, ani wielcy prorocy, ani wielcy sprawiedliwi, ani wielcy królowie czy przywódcy Izraela, ani sam Mojżesz. Ci wielcy święci, których nawet przedstawiamy na ikonach w naszych cerkwiach, żaden z nich tego nie zrobił; nie potrafili przeczytać zasad i doskonale ich przestrzegać. Nie byli w stanie.

Musimy zaakceptować to, że jeśli mamy wzrastać duchowo, musimy podążać za Chrystusem, a On mówi nam wyraźnie kilka rzeczy. Mówi nam: „Jeśli mnie kochasz, przestrzegaj moich przykazań”. Cały czas staramy się to robić. Miłość jest dość dynamiczna, jako istoty ludzkie wiemy nawet, że bywa bardzo dynamiczna. Czasami czuję naprawdę intensywną miłość, czasami ona zanika, czasem jest trochę egocentryczna, kiedy indziej jest bezwarunkowa. W pewnym sensie uważam, że jest to właściwe. Kiedy patrzymy na dążenie do przestrzegania przykazań widzimy, że jest to dynamiczna relacja.

Są poranki, kiedy wstajemy i jesteśmy całkowicie oddani, po prostu wręcz palimy się do przestrzegania Bożych przykazań i doznajemy niesamowitych duchowych doświadczeń. Dwa dni później jednak budzimy stwierdzając: „Kończę z tym. Tęsknię za moimi dawnymi grzechami”. Ojciec Alexey Young nazwałby to „przywiązaniem do grzechu”. Kiedy wystarczająco długo nie grzeszymy, czujemy się samotni, prawda? Kiedyś był to towarzysz, który był z nami przez cały czas i tęsknimy za nim, mimo że wiemy, że to źle.

Przestrzeganie przykazań jest bardzo dynamiczną relacją. Nigdy tego nie osiągniemy, po prostu zaciskając zęby i robiąc to, co właściwe. To nie zadziała. Nie możemy tego robić wystarczająco długo. Nie możemy wytrwać w tego rodzaju doskonałości.

Chrystus mówiąc: „jeśli chcesz iść za Mną”, daje nam przepis na duchowy sukces. Pierwsza rzecz, którą musimy zrobić, to zacząć zaprzeczać tej części siebie, tej złamanej, upadłej części, która myśli, że jeśli to my będziemy rządzić, wszystko będzie dobrze. To jest ego. Wszyscy wiemy, jak to jest. Po prostu: „Cholera. Gdyby wszyscy zrobili to, co im kazałem, wszystko byłoby świetnie”, prawda? Czy nie myślimy czasem w ten sposób o naszym małżonku? Naszych dzieciach? Szefie? „Gdyby cały świat działał tak, jak ja, wszystko byłoby wspaniale”. To jest tworzenie rzeczywistości na własny obraz, tworzenie Boga na swój obraz, wyobrażanie Go sobie na własny obraz, zamiast ujrzenia siebie na Jego obraz.

Niesamowitą tajemnicą jest, że kiedy z własnej woli zaczynamy odpuszczać, to stajemy się spokojni, zaczynamy akceptować to, co się pojawia, zaczynamy zdawać sobie sprawę, że istnieje ta niesamowita moc, którą możemy mieć, poddając się okolicznościom wokół nas w spokoju, szukając woli Bożej. To uspokojenie ego, jaźni, bardziej niż cokolwiek innego stwarza nam możliwość usłyszenia Boga i umożliwienia Mu działania w naszym życiu. Jeśli nie zaczniemy robić przerwy w spełnianiu naszej woli, nie będzie możliwości usłyszenia lub zobaczenia woli Bożej zamiast własnej. Po prostu jej nie będzie.

Jeden z krzyży, które musimy nieść, to zaprzeczanie sobie. Musimy zaprzeć się samych siebie, wziąć swój krzyż i iść za Chrystusem. W życiu będzie dużo krzyży. Będziemy mieć jeden bardzo szczególny dla naszego ja - to, że musimy się siebie zaprzeć. To jest bolesne. Nie chcemy odpuścić naszej własnej drogi, naszego własnego ego.

Jednak kiedy spojrzymy na Boże wezwanie, to jeśli nie zaprzemy się siebie i nie weźmiemy swego krzyża, nie pójdziemy za Nim. Nie będziemy w stanie iść za Nim. Zaprzeczanie własnej woli jest tym, co otwiera drzwi do wykonywania Jego woli. Nie możemy jednocześnie wykonywać woli Bożej i własnej - to po prostu nie działa.

Na początku krzyż może wydawać się przerażający, ciężki, krwawy i pełen ofiary. W końcu zdamy sobie sprawę, że to klucz do królestwa. Nie możemy się bez tego obejść. To właśnie identyfikuje nas jako chrześcijan. To właśnie pozwala nam, jak mówi św. Paweł, „zostać ukrzyżowanym z Chrystusem, abyśmy z Nim również powstali, abyśmy mogli umrzeć dla siebie”. Ale po co? Po to, żebyśmy przez cały czas byli samotni i podobni do robaków? Nie – po to, aby żył w nas Chrystus.

Choć wydaje się to przerażające, nie ma nic lepszego niż obecność Chrystusa w nas. Nie ma większej radości. Nie ma większej satysfakcji. Nie ma większej odwagi, zaangażowania i pewności w życiu, niż bycie w jedności z Bogiem i spełnianie Jego woli. Jest władcą wszechświata. To jest naprawdę niesamowite.

Wszyscy święci mogli w każdej chwili zaprzeć się Boga. Mieli wolną wolę, by Go odrzucić czy popełnić grzech. Jedną z rzeczy, o których zapominamy w przypadku życia świętych, jest to, że bycie w jedności z Bogiem jest tak niewiarygodnie cudowne, że doświadczywszy go, nikt nie chce już tego stracić.

Mówię młodym ludziom, że naprawdę mają wybór. Święci mogli znowu zacząć grzeszyć i odrzucić Boga, ale to tak, jakby ktoś ofiarował ci garść błota i garść złota. Masz wybór. Możesz wybrać błoto, jeśli chcesz, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek naprawdę to zrobił.

o. Thaddaeus Hardenbrook

za: Saint Lawrence Orthodox Christian Church

fotografia: alik /orthphoto.net/