Znaleźć duchowego ojca

tłum. Gabriel Szymczak, 20 października 2020

Otrzymałem od kogoś e-mail z prośbą o radę, jak znaleźć duchowego ojca. Musiałem mu powiedzieć, że znalezienie duchowego ojca w pewnym sensie jest bardzo trudne i może zająć całe życie. W rzeczywistości, jeśli poprzez znalezienie duchowego ojca ma na myśli znalezienie związku z duchowym mentorem, podobnego do tego, o czym czyta się w Filokalii, u ojców pustyni czy w „Drabinie do raju”, to musiałbym powiedzieć, że znalezienie duchowego ojca jest prawie niemożliwe. Z drugiej strony, w innym sensie, bardzo łatwo jest znaleźć duchowego ojca lub matkę. Znalezienie duchowego mentora ma w tym przypadku głównie związek z pokorą i gotowością osoby poszukującej do nauki, a znacznie mniej z kwalifikacjami potencjalnego mentora.

Pozwólcie mi wyjaśnić.

W pismach Ojców Świętych, zwłaszcza Ojców starożytnych, jako przykłady do naśladowania otrzymujemy liczne historie o absolutnym i niekwestionowanym posłuszeństwie nowicjuszy wobec ich duchowych ojców. Opowiadane są historie o świętych mężach, którzy poddali się bez żadnych wątpliwości i z głęboką pokorą duchowym ojcom, i którzy sami zostali świętymi z powodu tego pokornego poddania się. Mówi się nam o jasnowidzących starcach, pełnych miłości do swoich duchowych dzieci, którzy nieomylnie prowadzili je ścieżką wiodącą ku przebóstwieniu, a także o duchowych dzieciach, które ponosiły ciężkie konsekwencje w wyniku nieposłuszeństwa wobec swoich duchowych mentorów. Ta tradycja bycia uczniem pod okiem mądrego i doświadczonego przewodnika duchowego (w zależności od przypadku - ojca lub matki) jest istotną częścią naszej prawosławnej tradycji chrześcijańskiej i niezbędnym elementem naszego wzrostu i transformacji w pobożności.

Jednak ten sposób duchowego ojcostwa jest obecnie bardzo źle rozumiany i w konsekwencji - nawet jeśli nieumyślnie - czasami prowadzi do niezdrowych związków, a nawet duchowych nadużyć. W takich przypadkach, zamiast pomagać człowiekowi wzrastać w Chrystusie, niewłaściwa lub niezrozumiana relacja z kimś, kogo uważasz za duchowego ojca lub matkę (lub z kimś, kto przedstawia się jako duchowy ojciec lub matka) może skutkować przedłużeniem duchowego niemowlęctwa, latami zamętu lub gniewu, a nawet całkowitym odwróceniem się od Chrystusa.

Owoc tej niezrozumianej lub błędnie stosowanej nauki o duchowym ojcostwie po raz pierwszy najwyraźniej można było dostrzec w XVIII i XIX-wiecznej Rosji. To w odpowiedzi na znęcanie się i cierpienie, które zobaczył i których doświadczył św. Ignacy Branczaninow, opublikował on w Petersburgu w 1867 r. pracę „W darze współczesnemu monastycyzmowi”.

Każdy, kto poważnie myśli o znalezieniu duchowego ojca lub matki, musi - i naprawdę mam na myśli 'musi' - przeczytać tę książkę. Miała ona duży wpływ na to, co mam zamiar powiedzieć o znalezieniu duchowego ojca lub matki, chociaż nie podążam za nią dokładnie. Na niektóre z uwag, które przedstawię, miały również wpływ moje własne doświadczenia i mądrość, którą tu i ówdzie zdobywałem od ludzi znacznie zdolniejszych ode mnie.

Po pierwsze, szukając duchowego ojca lub matki musimy zdawać sobie sprawę, że żyjemy w zupełnie innym świecie niż świat, który zrodził świętych Ojców i Matki, o których czytamy w starożytnych duchowych pismach naszego Kościoła. Św. Ignacy posuwa się nawet do stwierdzenia (parafrazuję tutaj), że nie ma już duchowych ojców - przynajmniej nie takich jak ci, o których czytamy, na przykład, w „Drabinie” lub w powiedzeniach ojców pustyni, lub w regule św. Benedykta. Nie wiem, czy w pełni zgadzam się tutaj ze św. Ignacym. Może jednak istnieją jeden, dwaj lub trzej święci mężowie czy kobiety, ukryci na całym świecie - mężczyźni i kobiety, którzy jaśnieją Energiami Boga, którzy modlą się nieustannie i są przepojeni miłością Boga. Nadal wierzę (lub przynajmniej mam nadzieję), że jest dziś na świecie kilku tak bardzo świętych ludzi. Jednak o to właśnie w tym chodzi: jeśli są jacyś święci mężowie lub kobiety, którzy zasługują na całkowite posłuszeństwo, jeśli są tacy w dzisiejszym świecie, to jest ich bardzo niewielu i są ukryci, poświęcając swoje życie modlitwie.

Takich świętych ludzi bardzo trudno znaleźć. Ukrywają się celowo. A co by było, gdybyśmy ty lub ja znaleźliśmy taką świętą osobę? Czy w ogóle byśmy ją zrozumieli? Czy ten święty w ogóle by nas zrozumiał? Naprawdę, wydaje mi się raczej głupotą - i być może tak samo będzie się wam wydawało, jeśli pomyślicie o tym przez chwilę - że mnie, jako osobie zajętej, żyjącej w świecie, rzeczywiście mógłby pomóc mężczyzna lub kobieta, którzy przez czterdzieści lat żyją w nieustannej modlitwie. A gdybyśmy spotkali taką osobę i wyznali jej swoją walkę, powiedzmy, z oglądaniem zbyt długo telewizji lub opuszczaniem porannych modlitw, plotkowaniem o współpracownikach, to czy oczekiwalibyśmy od tego świętego człowieka rady innej niż słowa Jezusa: „Cóż, jeśli chcesz być doskonały, sprzedaj wszystko, co masz, rozdaj pieniądze ubogim, przyjdź tutaj i zamieszkaj w jaskini tuż za rogiem, żyj tam do końca życia, a wyleczysz swój problem z plotkami”.

Być może to właśnie wyleczyłoby twój problem z plotkami, jednak jeśli sam nie jesteś powołany do życia pustelniczego, to jest to lekarstwo o wiele za mocne dla ciebie. A gdybyś próbował zastosować się do tej rady jako osoba bez powołania do życia pustelniczego, rzeczywiście doznałbyś wielu duchowych szkód. Jaką jednak inną radę mógłby ci dać ten święty pustelnik? To jest droga do zbawienia, którą on sam znalazł. To, co on lub ona zna, działa. I jest to doskonała rada dla kogoś powołanego do bycia pustelnikiem.

Często o tym zapominamy, czytając Filokalię lub inne święte pisma naszego Kościoła. Zostały one napisane głównie przez mnichów dla mnichów, a czasem nawet przez pustelników dla pustelników. Z pewnością wiele osób na świecie może się wiele nauczyć z tych pism, ale potrzebna jest wielka pokora i rozeznanie. Rady przeznaczone dla mnichów żyjących na przykład na pustyni Scetes w Egipcie w V wieku muszą zostać dostosowane i zmodyfikowane, aby w zdrowy sposób odnosić się do osób żyjących obecnie w świecie.

To jest jak lekarstwo. Ta sama dawka leku, która wyleczyłaby ważącego 100 kilogramów zdrowego dorosłego, może zabić niemowlę. Musimy być bardzo świadomi naszego niedojrzałego i osłabionego stanu duchowego oraz naszego powołania w świecie, kiedy staramy się stosować duchowe lekarstwa, przepisane dojrzałym duchowym mężczyznom i kobietom, powołanym do życia monastycznego.

I to jest drugi problem, z którym się spotykamy, szukając duchowego ojca lub matki: mamy tendencję do zbyt wysokiego mniemania o sobie i naszych potrzebach jako duchowych dzieci. Ta duma (lub w najlepszym przypadku po prostu zwykła ignorancja) prowadzi nas do wniosku, że do roli naszego duchowego ojca potrzebujemy kogoś takiego jak św. Serafin z Sarowa lub św. Herman z Alaski, lub (z wzniosłych wyżyn moich własnych niegdysiejszych wyobrażeń) św. Pachomiusz Wielki lub jego święty uczeń św. Teodor. Błędnie myślimy, że tylko taka święta osoba mogłaby kiedykolwiek poprowadzić nas drogą do podobieństwa do Chrystusa. Ale rzeczywistość jest taka, że jeśli nie możemy być prowadzeni przez ludzi, których Bóg już umieścił w naszym życiu, to oszukujemy się myśląc, że byłoby inaczej, gdybyśmy byli prowadzeni przez bardziej świętego duchowego ojca lub matkę.

Pamiętajcie, Jezus powiedział: „kto w drobnej rzeczy jest wierny i w wielkiej będzie wierny”. Jeśli nie możemy być wierni niewielkiemu duchowemu przewodnictwu, które Bóg już włożył w nasze życie, jak możemy oczekiwać, że nie zostaniemy spaleni przez rozpaloną do białości świętość prawdziwie świętego człowieka? Potrzeba pokory; pokory i rozeznania.

Myślę, że jest to trzecia kwestia, którą należy się zająć, szukając duchowego ojca lub matki: pokorne rozeznanie. Mój biskup kiedyś mądrze powiedział, że obowiązkiem każdego z nas jest uważne i pełne szacunku słuchanie tych, których Bóg umieścił w naszym życiu jako nauczycieli, duchownych, rodziców i mentorów. Jednak naszym obowiązkiem jest również oddzielenie lub rozeznanie, co jest dla nas pożyteczne w tym, co mówią i co czynią w swoim życiu, byśmy zachowywali i naśladowali to, co uważamy za pomocne i grzecznie ignorowali resztę.

Nasz – a przynajmniej mój - problem polega na tym, że myślę, że chcę mieć związek z duchowym ojcem lub matką w pełni niezawodnymi, nieomylnymi, związek, który nie wymaga żadnego zaangażowania z mojej strony poza zwykłym mechanicznym posłuszeństwem. Ale taka relacja nie istnieje - przynajmniej nie jako życiodajna relacja między duchowym ojcem a synem. Taki mechaniczny związek może prowadzić tylko do śmierci. Nie jesteśmy maszynami.

Elementem, którego brakuje w naszym błędnie pojmowanym zrozumieniu upragnionego związku z bardzo świętym duchowym ojcem lub matką, jest miłość. Powodem, dla którego absolutne posłuszeństwo było możliwe i zdrowe wśród świętych Ojców, o których czytamy, jest to, że kochali oni absolutnie. Oprócz świętości i pokory miłość przeniknęła każdy aspekt relacji ojca duchowego z synem. A w rzadkich przypadkach, kiedy duchowy ojciec był obłąkany, to świętość, pokora i miłość duchowego syna przyciągały Łaskę Bożą do tej relacji. Świętość, pokora i miłość - to właśnie stanowi różnicę.

Problem w tym, że nie jestem zbyt święty, pokorny ani kochający; i to jest powód, dla którego muszę zacząć od czegoś małego. Wszyscy musimy zacząć tam, gdzie jesteśmy i od tych, których Bóg już włożył w nasze życie. Jeśli zdołamy ukorzyć się i posłuchać tego, co życiodajne i pomocne w radach udzielanych nam przez osoby już obecne w naszym życiu, możemy stać się gotowymi do przyjęcia tego, co życiodajne, od ludzi, których Bóg może wnieść do naszego życia w przyszłości.

Jestem wielkim zwolennikiem pielgrzymek i wizyt w monasterach. Myślę, że każdy powinien mieć monaster, który uważa za swój, miejsce, które często odwiedza, wspiera finansowo i codziennie się o nie modli. A kto wie, może w takim monasterze mógłby nawet znaleźć duchowego ojca lub matkę - ludzi, którzy skutecznie poprowadziliby go w życiu duchowym. Jedno jest jednak pewne: jeśli nie potrafisz poddać się i uzyskać dobrej rady i pomocy od ludzi już postawionych przez Boga na twej drodze - ustalając, co jest dla ciebie życiodajne i grzecznie ignorując to, co nie jest - to na pewno nie znajdziesz dobrego przewodnictwa duchowego w monasterze lub nawet na Świętej Górze, ani nawet od prawdziwego starca (gdybyś takiego znalazł). Nie znajdziesz dobrej rady duchowej nie dlatego, że jej tam nie ma, ale dlatego, że nie nauczyłeś się jej słuchać. Nie zacząłeś od wysłuchania małej mądrości, którą Bóg dał tym, którzy już są w twoim życiu, abyś mógł powoli wzrastać i słuchać mądrości od tych, którzy są bardziej zaawansowani duchowo.

Osobiście poznałem kilka osób, które poszły do spowiedzi i rady duchowej do ludzi mających opinię duchowych starców. Niektórzy wrócili od nich doświadczywszy pomocy, otuchy i wzmocnienia. Inni, udając się do tych samych duchowych ojców, doznali życiowego rozdarcia i spędzili lata w zamęcie i frustracji. Sprawa duchowego ojcostwa to bardzo niebezpieczna sprawa.

Wszyscy szukamy skrótu, bezpiecznej drogi do nieba. I myślę, że wielu z nas wyobrażało sobie, że znalezienie prawdziwie świętego duchowego ojca lub matki zapewni taką drogę. Ale w życiu duchowym nie ma dróg na skróty. Wszyscy, każdy z nas, musimy ukorzyć się, podporządkować się innym i wziąć odpowiedzialność za własne życie. Jest to napięcie, a raczej oddech naszego życia duchowego: wdech - wydech; wdech - wydech; wdech (pokornie poddawać się) - wydech (pokornie rozeznawać); wdech (pokornie poddawaj się) - wydech (rozróżniaj pokornie).
To jest życie duchowe. Tylko wdech lub tylko wydech - to śmierć. A aby wzrastać w Chrystusie, musimy oddychać.

o. Michael Gillis

za: Praying in the rain

fotografia: bogdan /orthphoto.net/