Doskonaląc nasze życie - cz. 2

tłum. Gabriel Szymczak, 30 września 2020

Z teologii Kościoła i życia świętych opowiadających o Maryi wiemy jasno, że jej rodzice odegrali w jej życiu niesamowitą rolę, podobnie jak wszyscy nasi rodzice. To była dobra kobieta, z dobrych ludzi. Ludzi, którzy pomimo wszystkich przeciwności wciąż zadawali sobie pytanie: „Co Bóg chce, abyśmy dzisiaj zrobili?” Wytrwali, choć bardzo chcieli mieć dzieci, a nie mogli ich mieć.

Tradycja Kościoła mówi, że byli małżeństwem przez 50 lat przed narodzinami Bogurodzicy. W tamtych czasach można było wziąć ślub w bardzo młodym wieku. Być może byli małżeństwem, zanim mieli 14 czy 15 lat, więc prawdopodobnie mieli ponad 60 lat, kiedy urodziła się Maryja. Przez około 50 lat małżeństwa byli pod presją, aby mieć dzieci, czego my już nawet nie rozumiemy. Żyli w kulturze, w której brak możliwości posiadania dzieci był dla człowieka jawnym znakiem, że brak mu Bożej łaski – my już oczywiście nawet w to nie wierzymy.

Ale to była ich wiara w tamtym czasie. Nieśmiertelność człowieka nie znajdowała się w niebie u Boga. Znajdowała się w ziarnie, które wydał. Żył w swoich dzieciach i ich dzieciach oraz w pokoleniach, które przyszły po nich. Jeśli kończyła się jego linia, kończyła się też jego nieśmiertelność. Niesamowite ciśnienie. Przez 50 lat małżeństwa wstawali każdego ranka; zaakceptowali to, że Bóg nie daje im dzieci. Zadawali sobie pytanie: „Co Bóg chce, żebyśmy zrobili dzisiaj?” Odpowiedź brzmiała: „Nawet jeśli pragniecie dzieci, a ich nie macie, i tak będziecie postępować w swoim życiu na sposób Boski. Nie będziecie zgorzkniali. Nie będziecie się zastanawiać, co robi Bóg. Może popełnił w waszym przypadku błąd”. Wierzyli, że czeka ich coś większego. Nie wiedzieli, co to jest, ale czekało ich coś większego. Zostali powołani do czegoś innego niż wszyscy, mimo że w kulturze, w której żyli, doznawali upokorzenia, ponieważ nie mieli dzieci.

Analogia, która istnieje dla nas, zwłaszcza teraz na początku roku liturgicznego, polega na tym, że musimy przyjąć, iż tylko dzięki niesamowitej wytrwałości osiągniemy sukces. Musimy być dużo, dużo, dużo bardziej twardzi, niż świat sugeruje, że powinniśmy być. Musimy być twardzi. Musimy spojrzeć na nasze życie i uświadomić sobie, że kontekst naszego własnego życia i Bożej opatrzności, samo życie, w którym obecnie się znajdujemy, problemy z pracą, problemy zdrowotne, problemy z rodziną, bezrobocie, nadmiar pracy, wyzwanie, które dopada nas właśnie w tej chwili - jest opatrznościowe, jest tym, co Bóg nam daje. A jeśli przyjmujemy to i będziemy nad tym pracować z chrześcijańską postawą wiary w Chrystusa, stanie się to narzędziem naszego osobistego przemienienia.

Jeśli spróbuję uciec od walki, w której jestem, uciekam od ćwiczenia, które mnie ratuje. Często mówię, że musimy przestać pragnąć zmiany i zacząć pragnąć tego, co obecnie naprawdę dzieje się w naszym życiu. Czy pokłóciłeś się z dziećmi, współmałżonkiem lub współpracownikiem, szefem? Powrót i naprawienie tego po chrześcijańsku jest dokładnie tym ćwiczeniem, którego Bóg od ciebie teraz oczekuje.

Trudno ci było wstać rano w ostatnią niedzielę i przyjść do cerkwi? W porządku. Tak było. Ale jednak to zrobiłeś to. To było wyzwanie, któremu stawiłeś czoła tego ranka - z wiary, z posłuszeństwa, może z rutyny, a może nawet z niewielkiej presji społecznej. „Nie chcę nie być w cerkwi. Ktoś to zauważy”. To nie jest powód, dla którego chcemy tam być. Czasami to jednak pomaga. Dodatnia presja otoczenia. „Czym chcę dzisiaj nakarmić moje dzieci na obiad? Co mam zrobić z resztą wolnego dnia? Czy Liturgia skończy się wystarczająco szybko, abym nie zdążył wpaść w zrzędliwość?”.

Doświadczenie danej chwili jest doświadczeniem, które Bóg daje ci opatrznościowo, abyś stał się osobą, jaką On chce, żebyś był. A gdy w końcu to zaakceptujemy, zamiast próbować się temu opierać, doznamy wielkiej ulgi, wspaniałego relaksu. Opór jest wyczerpujący. Sprzeciwianie się woli Bożej jest daremne. To niesamowita praca, którą podejmujemy, która nas wyczerpuje, a i tak nie możemy wygrać. Do tego Bóg ma poczucie humoru - kiedy widzi, jak opieramy się Jego woli, przeciwstawiamy się Jego woli, chichocze i po prostu podkręca śrubę trochę bardziej, nieprawdaż?

Mieliśmy więc mieć lekcję z przebicia opony, za to teraz będziemy musieli się czegoś nauczyć z wypadku samochodowego. I to nie On jest dla nas niemiły. Jesteśmy rozpieszczonymi małymi dziećmi, które potrzebują dyscypliny. Uczymy się dobrowolnie w wierze, w posłuszeństwie. Lubię mówić ludziom: „Ucz się na błędach. Ucz się na małych rzeczach, ale się ucz.” Nie ma znaczenia, jak się uczysz – po prostu się ucz. Dokonaj zmiany w swoim życiu. Opatrzność Boża pojawia się w naszym życiu, jeśli jesteśmy dobrowolnie posłuszni, szukamy woli Boga i Jego opatrzności - lub uczymy się poprzez cierpienie, które nasze własne wybory wnoszą do naszego życia. On na to pozwala.

Opatrznościowe ćwiczenie cierpliwości, prawowierności i dobrego rodzicielstwa. To nie jest zła wiadomość, choć może tak brzmieć. Czasami mówię twardo, ale nie mam zamiaru nikogo zniechęcać. Twoje zbawienie jest radością i jest tuż przed tobą. Nie musisz nawet go szukać. Joachim i Anna nie musieli szukać tego, co zrobić, aby stali się świętymi w oczach Boga. Po prostu robili to, na co Bóg pozwolił w ich życiu. Maryja, zanim została Bogurodzicą, nie musiała szukać swojej drogi do Boga. Została jej ona dana. Jej rodzice umieścili ją w świątyni, kiedy miała 3 lata, a ona się temu poddała.

I tak na początku tego roku, kiedy jesteśmy gotowi do zaangażowania, mieliśmy ten wspaniały przykład narodzin Bogurodzicy oraz przykład jej rodziców, Joachima i Anny. Potem w niedzielę obchodziliśmy święto Podwyższenie Krzyża, święto Heleny odnajdującej rzeczywisty krzyż, na którym został ukrzyżowany Chrystus, dzięki czemu mamy teraz błogosławieństwo posiadania relikwii pośród nas. Kościół mądrze ułożył obchodzenie tych świąt – choć rzeczywiście Podwyższenie Krzyża jest wydarzeniem historycznym, które miało miejsce we wrześniu. Dzięki Bożej opatrzności najpierw kontemplowaliśmy Maryję i jej rodziców oddających swoje życie Bogu i natychmiast po tym mieliśmy sposobność przypomnieć sobie, że powinniśmy wziąć nasz krzyż, zaprzeć się samych siebie i podążać za Chrystusem.

Jeśli nie lubimy tego krzyża, waży on tysiące ton. Jeśli go kochamy, wspaniale jest mieć go na ramionach. I tak teraz idziemy. Mamy możliwość zaczęcia wszystkiego od początku. Spójrz więc na siebie w tej chwili w Bożej opatrzności. Zaakceptuj zmagania, które są teraz na twoich barkach. Jeśli są to zmagania, do której sam doprowadziłeś – zakończ je. Jeśli jesteś zbyt zajęty, zrezygnuj z czegoś. Jeśli masz niedobrą pracę, zmień ją. Jeśli masz współmałżonka i niewłaściwe relacje, popraw je. Nie zmieniaj jednak małżonka - jest już za późno. Jeśli jesteś żonaty, jest już za późno, aby zostać mnichem.

Przyjmuj te zmagania z radością. Podejmuj je. Kiedy przestajemy im się opierać i zaczynamy nad nimi pracować, staje się to cudownym hobby, wspaniałym projektem, wspaniałą pracą, która przybliża nas do Boga i ludzi, którzy są wokół nas.
Spójrzmy na gry – mają swoje fazy, swoje etapy. Życie powinniśmy traktować poważnie, ale ono też ma swoje fazy. Pytam: „W jakiej fazie życia – w przypadku wieku, naszej relacji z Bogiem i Kościołem – jesteśmy? W początkowej, środkowej czy końcowej?” Jako prawosławni chrześcijanie w roku liturgicznym znowu jesteśmy w grze początkowej. Teraz jest łatwy czas. Teraz jest czas, kiedy to głównie drobne ruchy będą stanowić podstawę doświadczenia pozostałej części roku.

Ciesz się więc, że gra zaczyna się od nowa, bo w życiu prawie nic nie zaczyna się od nowa! Kiedy już jesteśmy w środkowej lub końcowej fazie gry, po prostu tam jesteśmy i czekamy na koniec. Ale w roku chrześcijańskim, w naszym oddaniu i dążeniu do Chrystusa, idąc za Nim chcemy być nowym stworzeniem, o którym mówił św. Paweł w swoim Liście, rozwijając ideę z Ewangelii, że Bóg nie posłał Swojego Syna na świat, aby go potępił, ale aby świat przez Niego został zbawiony. Ustaw więc swój rok tak, abyś - kiedy znów nadejdzie lato - spojrzał wstecz i zobaczył, że zebrałeś nowe zbiory, i miejmy nadzieję, że będą jeszcze większe i lepsze niż rok wcześniej.

o. Thaddeus Hardenbrook

za: St. Lawrence Orthodox Christian Church

fotografia: alik /orthphoto.net/