Mnich i misja - część 2

tłum. Michał Demianiuk, 30 sierpnia 2020

Modlitwa jest jednym z tych sposobów, pierwszym, którymi mnich realizuje misję, czyli pomaga duszom zbawić się. Istnieją, bracia, jeszcze dwa sposoby.

Drugi sposób: gdzie kiedykolwiek istniał monaster, który nie byłby centrum przyciągania dla ludzi? Gdzie trudził się pustelnik, i tam, “w pieczary, góry i rozpadliny ziemi” (por. Hbr 11, 28), nie przychodziłyby krocie odwiedzających, szukających jego albo “słowa pocieszenia”, albo samej tylko kontemplacji jego twarzy, kontemplacji wiele uczącej i wiele budującej?

I to nie tylko w dawnych czasach, ale i w naszych dniach. Iluż “trudzących się i obciążonych” wędrowców życia przybiega do świętych klasztorów, żeby odnaleźć niewielką ciszę duszy! Iluż otrzymuje pożytek od zachwycającej atmosfery, królującej tam podczas nabożeństw! Iluż niewierzących albo indyferentnych, odwiedzając święte klasztory mnichów jako turyści, czuje w swoim sercu ukłucie przez to, co tam widzą! Bardzo często wystarczyła jedna taka wizyta, żeby poddać próbie ich niewiarę albo obojętność.

Więcej: czyż nieliczne są te przypadki, kiedy czuli, jak wstrząsa się ich wewnętrzny świat, kiedy opuszczali święte monastery, po kilku dniach albo godzinach spędzonych w nich, odrodzeni!

Każdy monaster jest prawdziwą oazą w bezwodnej pustyni prawdziwego życia, szczególnie współczesnego życia… Szczególnie dla najbliższych miast i wsi każdy monaster jest płucami, dostarczającymi tlen duchowy. A Święta Góra Atos - to “płuca” dla całej Grecji, mało tego - dla całego świata!

Niech mnisi nie wychodzą do świata. Świat idzie do nich. Niech mnisi chowają się w ogrodzonych miejscach. Ich światło jaśnieje i oświeca to, co jest dookoła; a czasami oświeca i to, co jest bardzo daleko. Niech mówią mało. Istnieje też “milczące krasomówstwo świętego życia”.

Bracia, niech istnieją monastery! Tylko módlmy się, żeby były godne swego przeznaczenia. I wtedy, według pewnej Bożej prawidłowości, mimowolnie staną się też swego rodzaju centrami misyjnymi, duchowymi latarniami morskimi, oazami dusz, Bożymi gościńcami dla wielu, którzy “wpadli w ręce zbójców” (por. Łk 10, 30). Świat może otrzymać niemały pożytek od monasterów.

Trzeci sposób: mnich, nawet jeśli milczy i ukrywa się, jest najgłośniej krzyczącym kazaniem. Kazaniem nie słowami, a uczynkiem. Kazaniem silnym i wstrząsającym.

Bracia, co głoszą misjonarze, czyli działacze naszej Cerkwi, w swoich kazaniach? O czym piszą w swoich księgach, jakie są ich tematy? Do czego nas pobudzają? Kochać Boga, modlić się, walczyć z wadami, jednoczyć się ze Świętymi Sakramentami, kajać się za grzechy, być pokornymi, nie lgnąć do dóbr materialnych, mieć mieszkanie na niebiosach itp., itd.

Ale czy nie głoszą tego samego i mnisi - nie słowami, ale uczynkiem i przykładem?

Jeśli postanawiam stać się mnichem, prawdziwym mnichem, to oznacza, że miłość do Boga - Boży eros - pochłania całe moje jestestwo. (Rozumie się, że taką miłość spotyka się w zasadzie i głównie umnichów, ale nie można powiedzieć, że tylko i wyłącznie mnich ma taką miłość i nikt inny. Takie przekonanie byłoby jednostronnością, nie do przyjęcia dla prawosławia. Powiedzieliśmy, że Duch Święty rozdziela dary tak, jak chce. Jan Kronsztadzki, na przykład, był kapłanem “w świecie”. Ale kto mógłby odrzucić płomienną Bożą miłość, płonącą w jego uświęconym sercu?) Modlitwa jest wodą i powietrzem mojej duszy. Cerkiewne sakramenty są moim codziennym pokarmem. Pokajanie jest dziełem całego mojego życia. Moje “ja” skazano na śmierć. Gardzę materialnymi dobrami. “Wszystko mam za nic, żeby osiągnąć Chrystusa” (Flp 3, 8). Bogactwo, pomyślność, status, cześć i chwała nie ruszają mnie. Przechodzę obok nich, mój wzrok jest przykuty do górnego Jeruzalem...

Tak więc kiedy usłyszysz, że twój przyjaciel, sąsiad, krewny, znajomy porzucił świat i odszedł do monasteru, czy to nie to samo, jakby usłyszeć najgłośniejsze i ogłuszające kazanie o wszystkim, co najwyższe, szczególnie jeśli porzucający miał wybitne cechy i i mógłby osiągnąć wielki “sukces” w obecnym życiu?

Twój przyjaciel odszedł milcząc. On nie widział się z tobą przed swoim odejściem, nie pożegnał się z tobą. Ale jego uczynek, uczynek bohaterski, uczynek największej ofiary dla miłości Bożej, mówi sam za siebie. Dźwięk jego oddalających się kroków brzmi wyraźnie i nigdy nie ucichnie. Będziesz słyszeć go przez całe swoje życie.

Możesz nie ujrzeć więcej swego przyjaciela. Albo dowiesz się, że zmarł. Wspomnienie o nim nie da ci spokoju. Będzie nieść tobie zbawczy niepokój i świętą niepewność. Będzie stale krytykować cię. Będziesz myśleć:

“Ja nie mogę pościć w środy i piątki, a on… Ja w tym roku nie przyjąłem Komunii nawet na Paschę, a on… Ja ledwo-ledwo z wysiłkiem odmawiam dwa słowa modlitwy, a on… Ja gromadzę dużo pieniędzy, zbieram wielki majątek - i boję się dać trochę biednym, a on… Ja kłamię i oszukuję, żeby wznieść się w społeczeństwie, a on… Ja gonię za zaszczytami i popularnością, a on… Ja przylgnąłem do ziemi, a on…”

Ale nawet jeśli jesteś niewierzącym lub indyferentnym, postępek twego przyjaciela albo znajomego, pomimo tego zdziwienia, które u ciebie powoduje, będzie nieustannie rozmywać podstawy twojej niewiary i obojętności. Będziesz myśleć o tym czynie w momentach duchowego otrzeźwienia, a być może i w momentach rozgoryczenia i rozczarowania w “radościach świata”, i usłyszysz wewnętrzny głos, pytający ciebie:

“Wiara, która inspiruje do takich ofiar - być może nie jest po prostu owocem fantazji? Wiara, która czyni ciebie szczęśliwym, kiedy odrzucasz wszystko, co inni uznają za ważne, czyli uciechy, pieniądze, wygody, sukces, chwałę itd. - być może, w niej jest prawda? Być może, jest życie po śmierci? Być może to, co uczynił twój przyjaciel, w innych okolicznościach taki rozumny i utalentowany, jawi się nie heroicznym “szaleństwem”, ale bardzo “dochodowym przedsięwzięciem”? Być może on naprawdę znalazł “drogocenną perłę” (Mt 13, 46), o której mówi pewna księga, nazywana Ewangelią?...”

To i inne, podobne, będzie obwieszczać wielkiemu gronu ludzi przykład mnicha. Kto będzie przekonywać, że to milczące, a zarazem grzmiące “kazanie” nie “łamie kości”, według znanego powiedzenia?

To kazanie nie teoretyczne, a praktyczne. Ono trwa nie kilka minut, a poraża słuch twój stale i nieustannie. Ono dosłownie prześladuje ciebie! Mnich, biorąc Krzyż i naśladując Chrystusa, UCZY DZIEŁEM - i uczy donośnie - “gardzić ciałem, bo jest przemijające, troszczyć się zaś o duszę, która jest nieśmiertelna”.

Tak więc, jawi się czy nie jawi mnich samym swoim przykładem heroldem wieczności?

Jawi się czy nie jawi drogowskazem ku Niebu?

Jawi się czy nie jawi kaznodzieją i misjonarzem?

***

Archimandryta Epifaniusz (Theodoropoulos)

Przetłumaczył z greckiego na rosyjski Michaił Wiszniak

za: pravoslavie.ru

fotografia: AM /orthphoto.net/