Modlitwa i życie (część 6)

tłum. Joachim Jelisiejew, 17 sierpnia 2020

Kontynuujemy rozważania o modlitwie Pańskiej.

Błogosławieni miłosierni... Drogi przez pustynię czy życie nie przebywa się samotnie. W opowieści o Wyjściu naród wybrany razem, jako całość, wyruszył w drogę. W Modlitwie Pańskiej i naszym powołaniu ta całość to Cerkiew, ludzkość i każdy, kto uczestniczy w drodze. Jest nieskończenie ważne nauczyć się jednego, a mianowicie miłosierdzia względem braci, podróżujących razem z nami. Jeśli nie jesteśmy gotowi nosić wzajemnie swoich ciężarów, wszystkich ciężarów, przyjmować się wzajemnie tak, jak Chrystus przyjmuje nas, z miłosierdziem, to nie ma dla nas drogi przez pustynię. Ta podróż przez palący skwar, w pragnieniu i głodzie, w wytężonym wysiłku stania się nowym człowiekiem, jest czasem miłosierdzia, wzajemnej miłości; bez nich nikt nie przybędzie na miejsce, gdzie przepowiada się prawo Boże, gdzie darowane są tablice przykazań.

Głodu sprawiedliwości i doskonałości nie można oddzielić od miłosierdzia względem towarzyszy podróży, którzy wędrują obok nas spragnieni i cierpiący. Dzięki nim pragnienie i głód odnajdują głębszy sens niż niedostatek jedzenia. Gdy Izraelici przychodzą do podnóża Synaju, już w pewnym stopniu posiadają umiejętność rozumienia i bycia samymi sobą; są już „oswojeni” i stali się jednym narodem ze wspólną świadomością, dążeniem i zamiarem: są narodem Bożym, kierującym się do Ziemi Obiecanej. Ich serca, niegdyś ociemniałe, stały się bardziej przejrzyste i czyste. U podnóża góry będzie im dane, każdemu wedle sił i zdolności, jakoś zobaczyć Boga (albowiem Błogosławieni czyści sercem, gdyż oni zobaczą Boga), każdy we własny sposób, tak samo jak uczniowie zobaczyli przeobrażonego Chrystusa na górze Tabor odpowiednio do tego, co mogli przyjąć.

Tutaj zachodzi nowa tragedia: Mojżesz stwierdza, że Izraelici zdradzili swoje powołanie i rozbija Tablice Przykazań. Te, które otrzymał następnie, są takie same, ale nie te same; różnica może leży w tym, że gdy Mojżesz przyniósł Tablice powtórnie, jego twarz świeciła tak, że nikt nie mógł nań patrzeć; ludzie nie mogli znieść również Pana objawiającego się w Swej chwale i blasku. Otrzymali oni to, co mogli znieść; prawo zapisane przez Mojżesza, a nie Boże objawienie miłości, napisane palcem Bożym. Prawo stoi w połowie drogi pomiędzy bezprawiem a łaską; można tutaj ściśle ukazać trzy wstępujące stopnie. W Księdze Rodzaju widzimy wściekłego Lamecha, który mówi, że jeżeli będzie znieważony, to pomści siebie siedemdziesięciokrotnie; gdy przychodzimy pod Synaj, mówi się nam oko za oko, ząb za ząb; a Chrystus mówi: siedemdziesiąt siedem razy wybacz bratu swemu. To trzy stopnie ludzkiego wstępowania od prawa do łaski.

Dziewiętnastowieczny rosyjski teolog Aleksy Chomiakow mówi, że wola Boża jest zgubą dla demonów, prawem dla sług Bożych i wolnością dla synów Bożych. Widzimy, jak to jest prawdziwe, gdy rozważamy stopniowe przechodzenie Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Wyszli oni jako niewolnicy, dopiero co zrozumiawszy, że mogą być dziećmi Bożymi; musieli wyrosnąć ponad psychologię niewolników i uzyskać ducha oraz wzrost synów, co działo się stopniowo podczas długiego i skrajnie bolesnego procesu. Widzimy, jak powoli formowała się wspólnota sług Bożych: narodu, który wyznaje, że jego panem nie jest już faraon, a Pan duchów, że powinni okazywać Mu wierność i bezwzględne posłuszeństwo, że mogą przyjąć od Niego i kary, i nagrody wiedząc, że On prowadzi ich poza granice poznanego, do czegoś, co jest ich ostatecznym powołaniem.

W twórczości wczesnych chrześcijańskich ascetów często powtarza się myśl, że człowiek powinien przejść trzy stadia: sługi, najemnika i syna. Sługa to ten, który podporządkowuje się ze strachu, najemnik to ten, który okazuje posłuszeństwo w zamian za zapłatę, zaś syn to ten, kto działa z miłości. Widzimy w Wyjściu, jak stopniowo naród Boży staje się czymś więcej niż sługą czy najemnikiem i, geograficznie patrząc, Prawo stoi na progu Ziemi Obiecanej.

Tam ludzie odnajdują, każdy wedle swoich zdolności i głębiny ducha, Bożą wolę i Boży zamysł, gdyż Prawo można rozważać z różnych stron: jeżeli podejść do niego formalnie, słowo po słowie, to jest to szereg przykazań: „Postępuj tak, a nie rób tego”; to jest Prawo w interpretacji starotestamentowej. Z drugiej strony, jeżeli popatrzeć na nie oczami Nowego Testamentu, oczami naszego ludzkiego powołania, tak jak coraz więcej ludzi patrzyło na nie poprzez wieki następujące po Wyjściu, widzimy, że te różnorakie przykazania łączą się w dwa: miłości do Boga i miłości do człowieka. Pierwsze cztery z dziesięciu to miłość do Boga, wyrażona konkretnie; w sześciu pozostałych mamy miłość do człowieka, również skonkretyzowaną, namacalną i możliwą do wypełnienia. Prawo starotestamentowe to reżim dla tego, kto jeszcze się formuje, kto jeszcze przekształca się w syna, ale to już i prawo Nowego Testamentu. Problem stosunków między ludźmi i człowieka względem Boga to problem ustanowienia Bożego świata, świata w imię Boga, świata zbudowanego nie na wzajemnym przywiązaniu czy sympatii, a na istotniejszej podstawie: wspólnym Panu, solidarności ludzkiej i ściślejszej cerkiewnej solidarności. Miłość do Boga powinna przede wszystkim sprowadzać się do ustanowienia właściwych relacji: z Bogiem, z ludźmi, a także z samym sobą.

Widzieliśmy, że bezwzględnym warunkiem wstępnym dla przetrwania na pustyni jest wzajemne wybaczenie; potem należy uczynić kolejny krok i w Wyjściu widzimy niezmienne Prawo, wyrażające mądrość i wolę Bożę, a w Modlitwie Pańskiej słowa Bądź wola Twoja. Te słowa to nie pokorna gotowość do znoszenia woli Bożej, jak je często rozumiemy. To twórcze nastawienie tych, którzy przeszli przez pustynię, wstąpili do Ziemi Obiecanej i są gotowi pracować na to, by wola Boża była realną i występującą na ziemi, tak jak i na niebie. Apostoł Paweł mówi, że jesteśmy kolonią niebiańską. Ma on na myśli grupę ludzi, których ojczyzna jest w niebie i którzy znajdują się na ziemi po to, by podbić ją dla Boga i przynieść do Królestwa Bożego choć małą jej część. To szczególny podbój, zawierający się w tym, żeby skłonić ludzi do przyjęcia królestwa pokoju, stania się poddanymi władzy Pana i wejścia w harmonię, którą nazywamy Królestwem Bożym. To podbój, albowiem głoszenie pokoju czyni nas owcami wśród wilków, ziarnem, które rozrzuca siewca i które powinno umrzeć po to, by przynieść plon i nasycić innych.

Słowa Bądź wola Twoja, rozumiane w ten sposób, poprzez nasze synostwo, są czymś całkowicie odmiennym od takiego posłuszeństwa, pokornego bądź sprzeciwiającego się, które widzieliśmy na początku Wyjścia, gdy Mojżesz starał się pociągnąć swych współplemieńców na marsz ku wolności. Teraz u nich — u nas — jest mądrość Chrystusa, teraz znamy wolę Bożą, już nie jesteśmy sługami, a przyjaciółmi. Nie jesteśmy w relacji ogólnej życzliwości, a coś wyjątkowo głębokiego wiąże nas razem. To jest stan, w którym wstępujemy do Ziemi Obiecanej, gdy z nowym nastawieniem mówimy Bądź wola Twoja - nie jako obca wola, nie jako wola silna i mogąca nas złamać, a jako wola, z którą całkowicie się zgadzamy. Powinniśmy, wypowiadając te słowa, przyjąć wszystko, co jest związane ze stanem usynowienia przez Boga, z byciem członkami jednego ciała. Tak jak Syn Boży przyszedł na świat by umrzeć za jego zbawienie, tak i my jesteśmy wybrani do tego, i kosztem, być może, swojego życia powinniśmy przynosić pokój otoczeniu i krzewić Królestwo.

metropolita Antoni (Bloom)
 
na podstawie: mitras.ru
poprzednie części:
Część 5
Część 4
Część 3
Część 2
Część 1

fotografia: bogdan /orthphoto.net/