Pieśń Pana

tłum. Gabriel Szymczak, 11 sierpnia 2020

W mojej pierwszej parafii, gdy jeszcze byłem anglikańskim duchownym, przystąpiłem do pierwszej pasterki z niecierpliwością. Byłem wyszkolony w „Wysokim Kościele” z bardzo tradycyjnym akcentem liturgicznym - ale służyłem w parafii „Niskiego Kościoła” (Wysoki i Niski Kościół – dwa z trzech głównych nurtówy anglikanizmu, w dużym uproszczeniu bardziej kierujące się w stronę konserwatyzmu [Wysoki] lub kalwinizmu [Niski], m.in. pod względem nauczania teologicznego i liturgiki – przyp. tłum.).
Byłem pierwszym księdzem w ich historii, który normalnie nosił szaty liturgiczne. Ale w odniesieniu do pasterki powszechne było (nawet w parafiach Niskiego Kościoła), że msza o północy była „Wysoka”. Tak więc współpracowałem z chórem i mieliśmy pierwszą mszę „śpiewaną” - taką, w której ksiądz śpiewa wiele jej części. Zostało to dobrze przyjęte, bez żadnych kontrowersji. Ale komentarz pewnej nastolatki był pouczający i wiele mówiący.
„To było straszne!”, powiedziała. Szybko przekonałem się, że chodziło o „przerażające”, a nie o jakieś nowe znaczenie tego słowa w mowie młodzieżowej. Byłem zdziwiony - po dłuższej rozmowie zdałem sobie sprawę, że to śpiewanie kojarzyło się jej z magią, czarownicami i zaklęciami. Nie była to odpowiedź kierowana jakąś ideologią czy doktryną - to był prawdziwy kulturowy artefakt. W jaki sposób śpiew zyskał taki odbiór we współczesnym świecie?

W pewnym momencie, w cywilizacji zachodniej słowa zatriumfowały nad wszystkimi innymi formami kulturowej i intelektualnej ekspresji. Po części jest to naturalne miejsce słów. Zachodnia tradycja katolicka dość wcześnie rozwinęła obrzędy „niskiej mszy” - Boską Liturgię, która była raczej mówiona niż śpiewana, chociaż „wysoka msza” nadal była normą. Reformacja protestancka niewiele zmieniła w samej muzyce (zaprzestała po prostu jakiegokolwiek używania śpiewu), ale zrobiła wiele, aby wywyższyć słowo mówione nawet nad sakramenty i Krzyż. Praktyka śpiewania stale zanikała, ze względu na mroczne skojarzenia i śmieszność.

Muzyka tradycyjnie zajmowała nieco podejrzane miejsce w chrześcijaństwie (nawet na Wschodzie). Wielu ojców, zgodnie z tradycją pustyni, obawiało się potęgi muzyki i jej zdolności do wzbudzania namiętności w negatywny sposób. W żadnym wypadku nie wynosili słowa mówionego ponad śpiewaną modlitwę (to śpiewane modlitwy uważano za normę), ale martwili się o melodię i harmonię oraz użycie instrumentów muzycznych. Chrześcijaństwo było nieinstrumentalne przez wiele stuleci i nadal pozostaje nim w tradycji prawosławnej (z bardzo rzadkimi wyjątkami). Jednak pomimo pewnych zastrzeżeń, muzyka zyskała dogmatyczne i kanoniczne miejsce w prawosławiu. Prawosławie jest śpiewane.

Hymny były częścią wiary od samego początku. Znajdujemy je w samym Nowym Testamencie (do najsłynniejszych należy hymn z listu do Filipian 2, 5-11).
Św.Paweł pisze do Efezjan:
[przemawiajcie] do siebie w psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha, śpiewając i wysławiając Pana w waszych sercach. Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa! (Ef 5, 19-20)

Nasze współczesne podejście natychmiast przeskakuje do tekstu psalmów, hymnów i pieśni duchowych. Cenimy bowiem słowa, a nie muzykę. Nie potrafimy dostrzec wartości śpiewu.
Muzyka to więcej niż narzędzie przekazu słów. Są rzeczy, które można zrobić z muzyką, a których nie można zrobić za pomocą mowy. Kościół naucza, że celem naszego życia z Bogiem jest zjednoczenie. Nasze doświadczenie mowy jest zawsze izolujące - w danej chwili tylko jeden może mówić. Ale w muzyce pieśń często zawiera wiele głosów. I wiele głosów może stać się jednym głosem, nie przestając być jednocześnie wieloma. Opisując pieśń, moglibyśmy odnieść się do doświadczenia harmonii i jej związku z komunią.

Muzyka daje znacznie więcej możliwych sposobów rozważania natury bytu niż cokolwiek innego. Dusza jest pieśnią samej jaźni. Wszechświat, istniejący jako wibracja i energia w ruchu, najlepiej może zostać opisany przez pieśń. Jej muzyczny charakter nawet daleko bardziej wyjaśnia matematyczny charakter rzeczywistości (muzyka jest brzmieniem liczb).

Filozofia starożytnej Grecji poświęcała wiele uwagi muzyce. Pitagoras był znany jako matematyk, muzyk i mistyk, a wszystkie te dziedziny zostały połączone jako „filozofia”. Platon wyobraził sobie w swoim Państwie system edukacyjny, który wymagał przygotowania muzycznego „ze względu na duszę”. W takiej kulturze żyli i nauczali Ojcowie. Powinniśmy pamiętać o tym, ilekroć czytamy ich pisma.

Św. Augustyn napisał traktat o muzyce (De Musica) – było to we wczesnych latach po jego nawróceniu. Jest to tak samo klasyczne podejście do czystej teorii muzyki, jak każdy inny starożytny przykład. Wydawało mu się ono całkowicie naturalne w kontekście jego teologii. Muzyka była nieodzowną częścią wszelkich rozważań filozoficznych.

Jeśli „dusza jest pieśnią”, to bardzo ważny jest sposób, w jaki śpiewamy i to, co śpiewamy. Powściągliwość wczesnych ojców w stosunku do muzyki własnej kultury prawdopodobnie bardzo pasowałaby do naszych czasów. Muzyką można zadać gwałt (usiądź obok subwoofera, gdy samochód stoi na światłach…). Muzyka może budzić i budzi wszelkie pasje. Kultura konsumencka jest napędzana przez reklamę, która wykorzystuje swoją zdolność do manipulowania nami zgodnie z naszymi pasjami. Muzyka, czasami tak bezmyślna jak pojedynczy dźwięk obezwładniający umysł, jest znaczącą częścią tego procesu. Warto zauważyć, że heretyk Ariusz popularyzował swoją fałszywą doktrynę poprzez pisanie „chwytliwych”, krótkich piosenek. Duża część współczesnej muzyki chrześcijańskiej kieruje się tym samym pełnym pasji podejściem, które panuje w kulturze konsumpcyjnej. Uczucia stworzone przez muzykę mają zastąpić prawdziwy dźwięk duszy. Taka muzyka staje się wypaczeniem naszego człowieczeństwa.

Muzyka jest jednak także główną drogą do zjednoczenia z Bogiem. Życie duchowe można słusznie opisać jako poszukiwanie „pieśni Pana”, tej muzyki, która jest jedyną w swoim rodzaju pieśnią naszego życia, ofiarowaną w jedności z Bożą pieśnią stworzenia. Interesujące jest dla mnie to, że jedną z właściwości dźwięku jest, iż powoduje drgania obiektów zgodne z jego częstotliwością. Takie „wibracje współczulne” są metaforą tych aspektów życia duchowego, dla których nie ma żadnego innego, naturalnego przykładu.

Głębia przyzywa głębię”, mówi Psalmista (42, 7). Dźwięk Boga rozbrzmiewa w nas, ponieważ zostaliśmy stworzeni na Jego obraz. Częstotliwość głosu Boga wywołuje w nas współczulny dźwięk. Kościół naucza, że dzwony są „ikonami głosu Bożego”. W naszych modlitwach można zagubić się w słowach. Ważne jest, aby pamiętać o śpiewie – i śpiewać często.

o. Stephen Freeman

za: Glory to God for All Things

fotografia: Adrian Kazimiruk /orthphoto.net/