Modlitwa i życie (część 2)

tłum. Joachim Jelisiejew, 20 lipca 2020

Tylko z uczuciem strachu, szacunku dla Boga, głębokiej pobożności możemy przystępować do ryzyka działania modlitewnego. Powinniśmy dorosnąć do niego w swoim zewnętrznym życiu możliwie najpełniej i najdokładniej. Nie wystarczy, ułożywszy się wygodnie w fotelu, powiedzieć: „Teraz przystępuję do oddawania czci Bogu, przed obliczem Bożym”. Powinniśmy zrozumieć, że gdyby Chrystus stanął przed nami, zachowywalibyśmy się inaczej, i nauczyć się zachowywać w obecności niewidocznego Pana tak, jak zachowywalibyśmy się w obecności Pana, który stałby się dla nas widocznym.

Przede wszystkim zakłada to odpowiedni stan umysłu, który odzwierciedla się również w stanie ciała. Gdyby Chrystus był tutaj, przed nami, a my stalibyśmy - doskonale przejrzyści, umysł i ciało - dla Jego wzroku, to czulibyśmy pokorę, strach Boży, miłość, a być może nawet przerażenie, ale nie zachowywalibyśmy się tak swobodnie, jak czynimy to zwykle.

Współczesny świat w dużej części utracił modlitewnego ducha i dyscyplina ciała stała się w odbiorze ludzi czymś drugorzędnym, podczas gdy w rzeczywistości bynajmniej nie jest drugorzędna. Zapominamy, że my to nie dusza, mieszkająca w ciele, a człowiek złożony z ciała i duszy, i że, według apostoła Pawła, jesteśmy wezwani, by sławić Boga i w naszych ciałach, i duszach; ciała i dusze są wezwane do sławy Królestwa Bożego.

Zbyt często modlitwa nie ma dla nas w życiu takiego znaczenia, że wszystko inne odsuwa się na bok, ustępując jej miejsca. Modlitwa u nas to dodatek do wielu innych czynności; chcielibyśmy, by Bóg był tutaj nie dlatego, że bez Niego nie ma życia, nie dlatego, że On jest najwyższą wartością, a dlatego, że byłoby tak miło na dodatek do wszystkich wielkich dzieł Bożych mieć jeszcze Jego obecność. Staje się On dodatkiem do naszego komfortu. Gdy szukamy Go w takim nastroju, nie spotykamy Go.

Jednakże, pomimo wszystkiego powiedzianego powyżej, modlitwa, jakkolwiek niebezpieczna, jest najlepszą drogą do przodu, do wypełnienia naszego powołania i do stania się całkowicie ludzkimi, tzn. wejścia w pełne zjednoczenie z Bogiem i stania się wreszcie tym, kogo apostoł Piotr nazywa uczestnikami Bożej istoty.

Miłość i przyjaźń nie wzrastają, jeżeli nie jesteśmy gotowi poświęcić dla nich wiele, i tak samo powinniśmy być gotowi wyrzec się wielu rzeczy po to, by pierwsze miejsce zostawić Bogu. Pokochasz Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją siłą i całym swoim rozumem. To jakby bardzo proste przykazanie, a jednak w tych słowach zawiera się znacznie więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Wszyscy wiemy, co to znaczy kochać kogoś całym sercem. Wiemy, z jaką radością nie tylko spotykamy się z ukochaną osobą, ale jaką pociechę daje sama myśl o niej. Właśnie tak powinniśmy starać się kochać Boga, i za każdym razem, gdy wspominamy Jego imię, powinno ono napełniać nam serce i duszę nieskończonym ciepłem. Bóg zawsze powinien być w naszych myślach, gdy tymczasem myślimy o Nim tylko od czasu do czasu.

Co do tego, by kochać Boga całą naszą siłą, to jest to dla nas możliwe tylko jeżeli świadomym zamiarem odrzucamy od siebie wszystko, co nie jest w nas Bożego. Wysiłkiem woli powinniśmy nieustannie obracać się ku Bogu — i wtedy, gdy się modlimy (jest wtedy lżej, bo w modlitwie już jesteśmy skupieni na Bogu), i gdy coś robimy (to wymaga treningu, bowiem w tym przypadku jesteśmy skupieni na jakimś materialnym celu, który powinniśmy poświęcać Bogu szczególnym wysiłkiem).

Betlejemscy Mędrcy przeszli długą drogę i nikt nie wie, jakie trudności musieli pokonać. Każdy z nas podróżuje tak jak oni. Oni nieśli dary: złoto dla Króla, kadzidło dla Boga i mirrę dla człowieka, którego czekała śmierć. Gdzie możemy znaleźć złoto, kadzidło i mirrę — my, którzy we wszystkim jesteśmy dłużnikami Boga? Wiemy, że wszystko, co mamy, dane jest przez Boga i nawet nie jest nasze na zawsze. Wszystko może być nam zabrane, oprócz miłości. To sprawia, że miłość jest tym jedynym, co możemy dać. Wszystko inne — części ciała, mądrość, majątek — można zabrać nam siłą, ale nie ma sposobu wymusić na nas miłości, jeżeli nie damy jej sami. W miłości jesteśmy tak wolni, jak w żadnym innymi z przejawień naszej duszy czy ciała. Choć z założenia nawet miłość jest darem Bożym, gdyż nie możemy jej wywołać u siebie, to gdy ją mamy, jest jedynym, co możemy dać lub czego możemy odmówić. W „Dzienniku wiejskiego księdza” Georges Bernanos mówi, że możemy oddać Bogu i swoją dumę: „Oddaj dumę wraz ze wszystkim innym, oddaj wszystko”. Duma, oddana tym sposobem, przekształca się w dar miłości, a wszelki dar miłości jest miły Bogu.

Kochajcie wrogów waszych, błogosławcie nienawidzących was to przykazanie, którego wypełnienie może być dla nas lżejszym lub cięższym; ale wybaczenie ludziom powodującym cierpienia tego, kogo kochamy, to zupełnie inna sprawa. Tu może nam wydawać się, że dokonujemy zdrady. A jednak, im większa jest nasza miłość do tego, kto cierpi, tym bardziej możemy uczestniczyć w cierpieniu i wybaczyć; w tym znaczeniu największa miłość jest możliwa wtedy, gdy możemy powiedzieć ja jestem moim ukochanym; my to jedno. Dopóki mówimy ja i on, jeszcze nie współuczestniczymy w cierpieniu i nie możemy przyjąć go. Pod Krzyżem Matka Boża stała nie we łzach, jak się ją często przedstawia w malarstwie zachodnim; Ona osiągnęła tak pełne zjednoczenie ze swoim Synem, że nie było niczego, czemu mogłaby się sprzeciwiać. Przechodziła Ona ukrzyżowanie razem z Chrystusem; przeżywała własną śmierć. Dopełniała tego, co zaczęła w dniu przyniesienia Chrystusa do świątyni, gdy oddała swojego Syna. On, jedyny ze wszystkich synów Izraela, był przyjęty jako krwawa ofiara. Ona, która przyniosła Go wtedy, przyjmowała następstwa tego obrzędu, który stał się rzeczywistością. I jak On był wtedy jednością z Nią, tak i teraz Ona była całkowicie jednością z Nim, i nie było niczego, czemu mogłaby się sprzeciwiać.

Poprzez miłość stajemy się jednością z tym, kogo kochamy i miłość pozwala nam dzielić całkowicie nie tylko cierpienie, ale i stosunek do cierpienia, i do tych, którzy je przyjmują. Nie można wyobrazić sobie Matki Bożej lub apostoła Jana protestujących przeciw temu, co było jawną wolą ukrzyżowanego Syna Bożego: nikt nie odbiera mi życia, to Ja sam je oddaję. On umierał dobrowolnie, godząc się na to dla zbawienia świata; Jego śmierć była tym zbawieniem i dlatego ci, którzy wierzyli w Niego i chcieli być z nim jednością, mogli dzielić cierpienie Jego śmierci, przechodzić przez cierpienia razem z Nim, ale nie mogli ich odrzucić, nie mogli obrócić się przeciwko tłumowi krzyżującemu Chrystusa, gdyż to ukrzyżowanie było wolą samego Chrystusa.

Możemy sprzeciwiać się czyjemuś cierpieniu, możemy powstawać przeciwko czyjejś śmierci tylko wtedy, gdy ten człowiek sam, słusznie lub nie, sprzeciwia się im, lub gdy my nie podzielamy jego zamierzeń i jego stosunku do cierpienia; lecz w takim razie nasza miłość do tego człowieka jest niedostateczna i tworzy przegrodę. To taką miłość przejawił Piotr, gdy Chrystus na drodze do Jerozolimy powiedział swoim uczniom, że idzie na śmierć. Piotr wziął go na bok i zaczął Mu się sprzeciwiać, ale Chrystus powiedział: Odejdź ode Mnie, szatanie, gdyż myślisz nie po Bożemu, a po ludzku. Możemy wyobrazić sobie, że żona rozbójnika, rozpiętego po lewej stronie Chrystusa, była pełna tego samego protestu przeciw śmierci swego męża; w tym przypadku byliby oboje jednością, ale też oboje nie mieliby racji.

Dzielić z Chrystusem mękę, ukrzyżowanie, śmierć to znaczy przyjąć bezwarunkowo wszystkie te zdarzenia z takim nastawieniem, jak On - przyjąć je dobrowolnie, cierpieć razem z Mężem Boleści, przebywać tutaj w milczeniu, milczeniu samego Chrystusa, przerwanym jedynie kilkoma decydującymi słowami, w milczeniu prawdziwego obcowania; nie w litościwym milczeniu, ale w milczeniu współczującym, które pozwala nam wyrosnąć w pełną jedność z kimś innym tak, że już nie ma jednego czy drugiego, a tylko jedno życie i jedna śmierć.

metropolita Antoni (Bloom)

Na podstawie: mitras.ru

fotografia: PaweIwaniuk00 /orthphoto.net/