Modlitwa i życie (część 1)

tłum. Joachim Jelisiejew, 13 lipca 2020

Zapraszamy do lektury nowego, poniedziałkowego cyklu tłumaczeń książki metropolity Antoniego (Blooma) "Living prayer" ("Modlitwa i życie", 1966).


Wstęp

Modlitwa oznacza dla mnie osobisty kontakt. Nie byłem wierzący, potem raptownie odkryłem Boga i od razu stanął On przede mną jako najwyższa wartość i cały sens życia — ale jednocześnie i jako Osoba. Myślę, że modlitwa nic nie znaczy dla kogoś, kto nie ma obiektu modlitwy. Nie można nauczyć modlitwy człowieka, który nie czuje Żywego Boga; można nauczyć go postępować dokładnie tak, jak gdyby wierzył, ale to nie będzie żywym ruchem, jakim jest autentyczna modlitwa. Dlatego w ramach wstępu do tych rozmów o modlitwie chciałbym przekazać właśnie swoje przekonanie o osobowej realności Boga, z Którym można nawiązać kontakt. W tym celu proszę czytelnika o odnoszenie się do Boga jak do żywej Osoby, jak do sąsiada, i wyrażanie swojej wiedzy w tych kategoriach, w których wyraża swój stosunek do brata czy przyjaciela. Uważam to za rzecz najważniejszą.

Jedną z przyczyn, dla których modlitwa, wspólnotowa czy prywatna, wydaje się martwa czy też tak formalna, jest zbyt częsty brak aktu hołdu Bogu, czynionego w sercu, które obcuje z Bogiem. Każdy wyraz, słowo czy działanie może być pomocne, jednakże jest to jedynie wyrażenie istoty, a mianowicie trwania w głębokim milczeniu.

Z doświadczenia wiemy, że miłość i przyjaźń są głębokie wtedy, gdy możemy wspólnie milczeć. Jeśli zaś dla podtrzymania kontaktu konieczna jest dla nas rozmowa, powinniśmy z przekonaniem i smutkiem przyznać, że związek jest jeszcze powierzchowny. Dlatego, jeżeli chcemy w modlitwie pokłonić się Bogu, to powinniśmy przede wszystkim nauczyć się odczuwać radość z milczącego przebywania z Nim. Jest to łatwiejsze, niż się może wydać z początku; potrzeba nieco czasu, nieco zaufania i postanowienia, by zacząć.

Pewnego razu Jan Maria Vianney, francuski święty z początku XIX wieku, spytał starego wieśniaka, co robi, godzinami siedząc w kościele, pozornie nawet nie modląc się. Ten odpowiedział: „Patrzę na Niego, On patrzy na mnie i jest nam tak dobrze razem”. Ten człowiek nauczył się rozmawiać z Bogiem, nie naruszając ciszy bliskości słowami. Jeśli to umiemy, możemy wykorzystywać dowolną formę modlitwy. Jeżeli zaś zechcemy, żeby modlitwa zawierała się w słowach, których używamy, to beznadziejnie zmęczymy się nimi, gdyż bez głębin milczenia słowa te będą powierzchowne i nędzne. Za to jak inspirującymi mogą być słowa, gdy za nimi stoi milczenie, gdy są napełnione duchem prawdy: Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę!

Istota modlitwy

Ewangelia od Mateusza prawie od samego początku stawia nas twarzą w twarz z samą istotą modlitwy. Mędrcy ujrzeli z dawien oczekiwaną gwiazdę, bez zwłoki wyruszyli w drogę aby znaleźć Króla, przyszli do jasełek, upadli na kolana, pokłonili się i złożyli dary; wyrazili oni modlitwę w jej doskonałości, to znaczy w rozmyślaniu i bojaźliwym pokłonie.

W mniej lub bardziej popularnej literaturze o modlitwie często mówi się, że modlitwa to fascynująca podróż. Nierzadko można usłyszeć: „Uczcie się modlić! Modlić się jest tak ciekawie, tak interesująco. To odkrycie nowego świata. Spotkacie się z Bogiem, odnajdziecie drogę do duchowego życia”. W jakimś stopniu jest to oczywiście prawdziwe, ale przy tym pomija się coś znacznie ważniejszego: że modlitwa to niebezpieczna podróż i nie możemy udać się w nią bez ryzyka. Apostoł Paweł mówi, że strasznie jest wpaść w ręce Żywego Boga. Dlatego świadomie wyjść na spotkanie z Żywym Bogiem to znaczy wyruszyć na straszliwą wyprawę: w jakimś sensie każde spotkanie z Bogiem to Sąd. Kiedykolwiek byśmy nie wstępowali w obszar obecności Boga, czy to w sakramentach, czy w modlitwie, robimy coś bardzo niebezpiecznego, dlatego że według słów Pisma, Bóg jest ogniem. I jeśli tylko nie jesteśmy gotowi bez reszty oddać się Bożemu płomieniowi i stać się krzewem gorejącym, który pali się, lecz nie przepala, to ten płomień oparzy nas, albowiem doświadczenie modlitwy można odczuć tylko od wewnątrz i żartować z nim nie należy.

Przybliżenie się do Boga zawsze jest odkryciem i piękna Bożego, i odległości pomiędzy Nim i nami. Odległość to słowo niedokładne, gdyż nie wyraża się ono tym, że Bóg jest święty, a my grzeszni. Odległość mierzy się stosunkiem człowieka do Boga. Możemy zbliżać się do Boga tylko jeżeli robimy to ze świadomością, że przychodzimy na sąd. Jeśli przychodzimy osądziwszy siebie, jeżeli przychodzimy, bo kochamy Go bez względu na własną niewierność, jeśli przychodzimy kochając Go bardziej niż dostatek bez Niego, wtedy jesteśmy otwarci dla Niego i On dla nas i nie jesteśmy oddaleni: Bóg przychodzi zupełnie blisko, w miłości i współczuciu. Ale jeśli stoimy przed Bogiem w pancerzu swojej pychy, pewności siebie, jeżeli stoimy przed Nim tak, jakbyśmy mieli prawo to robić, jeżeli stoimy i żądamy od Niego odpowiedzi, to odległość oddzielająca stworzenie od Stwórcy staje się nieskończona. Amerykański pisarz C. S. Lewis wyraża myśl, że w tym sensie odległość jest względna: gdy Lucyfer stanął przed Bogiem pytając Go — w tej samej chwili, gdy zadał swoje pytanie nie po to, by w pokorze zrozumieć, ale by zmusić Boga do odpowiedzi — znalazł się w nieskończonej odległości od Boga. Bóg nie poruszył się, nie poruszył się i szatan, ale i bez jakiegokolwiek ruchu znaleźli się oni nieskończenie daleko od siebie.

Gdy zbliżamy się do Boga, kontrast pomiędzy tym, czym jest On i co przedstawiamy sobą my, staje się przerażająco jasny. Możemy nie zdawać sobie z niego sprawy przez cały czas, gdy żyjemy jakby w oddali od Boga, cały ten czas, gdy Jego obecność i Jego obraz pozostają mgliste w naszych myślach i odbiorze, ale im bardziej przybliżamy się do Boga, tym ostrzej widać kontrast. Nie ciągła myśl o swoich grzechach, a widok świętości Bożej pozwala świętym zobaczyć swoją grzeszność. Gdy patrzymy na siebie bez wonnego tła obecności Bożej, grzechy i dobre uczynki zdają się czymś małym i, w jakimś sensie, nierzeczywistym; tylko na tle Bożej obecności występują one z całą plastycznością i odnajdują całą swą głębię i tragiczność.

Za każdym razem, gdy zbliżamy się do Boga, znajdujemy się przed obliczem albo życia, albo śmierci. To spotkanie to życie, jeśli przychodzimy do Niego w odpowiednim stanie ducha i odnawiamy się Nim; to zguba, jeżeli zbliżamy się do Niego bez pełnego szacunku ducha i skruszonego serca; zguba, jeśli przynosimy pychę lub zarozumiałość. Dlatego nim wyruszymy w „fascynującą podróż modlitwy”, nie możemy nawet na moment zapomnieć, że nie może stać się nic bardziej znaczącego, bardziej wprawiającego w drżenie, niż spotkanie z Bogiem, ku któremu wyruszamy. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że w tym procesie stracimy życie: stary Adam w nas powinien umrzeć. My mocno trzymamy się starego człowieka, boimy się jego utraty i tak trudno nam nie tylko na początku drogi, ale i lata później poczuć, że jesteśmy w całości po stronie Chrystusa, przeciwko staremu Adamowi!

Modlitwa — to podróż, która przynosi nie wzruszające przeżycia, a nową odpowiedzialność. Dopóki przebywamy w nieświadomości, niczego się od nas nie wymaga, ale gdy tylko dowiemy się czegoś, odpowiadamy za to, jak wykorzystamy swoją wiedzę. Nawet jeśli dostaliśmy ją w darze, i tak odpowiadamy za każdą cząstkę prawdy, poznaną przez nas, i gdy tylko staje się ona naszą własną, nie możemy pozostawić jej bezczynnej, a powinniśmy ujawniać ją w swoim postępowaniu. W tym sensie wymaga się od nas rozliczenia za każdą prawdę, zrozumianą przez nas.

metropolita Antoni (Bloom)
 
Na podstawie: mitras.ru

fotografia: Pawelwaniuk00 /orthphoto.net/