Walizeczka pełna wdzięczności - cz. I

tłum. Justyna Pikutin, 20 czerwca 2020

Pewnego razu poszedłem do wybitnego dietetyka - kobiety stosującej efektywną metodę, przy czym dostosowaną do każdego indywidualnie. Nawet napisała: “To, co zostało tobie zalecone - jest zalecane tylko tobie. U innych może nie dać takiego efektu, a nawet może zaszkodzić”.

Kiedyś powiedziałem jej:
- Jest pani wyjątkowa!
A ona mi odpowiedziała:
- Nie jestem wyjątkowa - Wiesz co mi powiedziała? - Jestem zakochana! Kocham to, co robię, moja dusza jest tym przepełniona. Robię to nie dla pieniędzy, nie dla sławy, a dlatego, że kocham, odczuwam płomienną miłość i doprowadza mnie to do szaleństwa! Jej przykład stał się dla mnie niezwykle pouczający. Nawet jeśli jej praca wydaje się być czymś prozaicznym, to jest ona zupełnie nieprozaiczna, przecież kwestia zdrowia martwi wielu: zarówno w Cerkwi, jak i wszędzie ludzie mają problemy ze zdrowiem, monitorują swój poziom trójglicerydów, cholesterolu, starają się nie przytyć itd. A gdyby ten jej duch i etos miłości do Boga zawładnął tobą, to twoje życie stałoby się rajem, odkrytym szczęściem. Gotujesz posiłek i wzbijasz się na niebo, nie zauważasz, jak mija czas, kiedy kochasz to, co robisz.

Jeśli kochasz Boga, dla Którego robisz wszystko, jeśli kochasz swego męża (żonę), dzieci, kolegów w pracy, kolegów z klasy, nauczycieli w szkole, jeśli w duszy masz taką miłość, pełną palącego pragnienia, aspiracji i marzeń, to wszystkie zajęcia w rzeczywistości stają się wspaniałe, dni lecą, a ty nie możesz zrozumieć, jak szybko mijają i mówisz: “Nawet nie zauważyłem, kiedy był ranek, kiedy nastąpiło południe, kiedy nastała noc - oto minął kolejny dzień!”

Choć mówisz: “Dzień zleciał!” - i wyczuwana jest w tym jakaś nostalgia, bo przecież już na zawsze zostawiasz to wszystko w przeszłości, to jednak nie załamujesz się, ponieważ oglądając się za siebie widzisz, że zostawiasz tam coś wspaniałego, światłość - a nie mrok, ruinę i pustkę; zostawiasz tam coś dobrego. I nawet jeśli zostawiasz tam łzy, łzy skruchy, to one również zaczynają lśnić, mają swój blask, godność i emanują światłem, a to też nieźle. Wszystko w twoim życiu może stać się dobrym, i ty możesz nie zestarzeć się zbyt wcześnie. Ponieważ bez względu na to, jak bardzo będziesz się stroił, upiększał i dbał o siebie, to istota tkwi w czymś innym - w tym, byś dbał o swoją duszę i bezustannie ją odświeżał. Oto, co należy robić.

Bóg dotyka nas wszystkich, kiedy pozwalamy Mu wejść w nasze dusze i nasze komórki. Wszystko, co robisz, wypełniaj sensem i staraj się, by dawało ci to radość. A jeśli jakieś zajęcie ci się nie podoba, zmień je, znajdź coś, co będzie miłe twej duszy. W innym wypadku dni mijają, a ty mówisz:
- Robię to, co mi się nie podoba!

Niech twoje nowe zajęcie nie będzie zbytnio znaczące. Posłuchaj, coś ci powiem: być może nie jest ono tak ważne, ale niech wypełni twoje życie i włóż w nie całe swoje serce. To znaczy, kiedy ktoś powie: “Zrobię porządek w pracy, żeby nie było tam więcej tych porozwalanych papierów, przewracających się kopert, książek, wizytówek i rachunków” - cóż w tym takiego? Tak, to nic duchowego, nic wielkiego, jednak może stać się takim, jeśli będziesz robił to wkładając w to serce, świadomie i starannie. Nie tak, byś ciałem był tu, duszą - w innym miejscu, a myślami - gdzie indziej i byś był człowiekiem tylko po części. Zaś po to, byś powiedział: “Boże, robię to przed Twoim obliczem! Robię wszystko w imię Boga i jestem uważny w tych nieznaczących sprawach, które spotykam na swojej drodze, ponieważ w tym odnajduję Ciebie, w tym czuję Twoją obecność, w ten sposób okazuję Ci swoją miłość, w ten sposób zamieniam swoją duchowość w praktyczną godność i nie pozostawiam jej wyłącznie w teorii. Oto sprzątam, wycieram kurze, wyrzucam śmieci, robię porządki - czy to nie ma sensu? Przecież to wspaniałe!”

Znajdź sens. Znaleźć go może też człowiek skazany na wózek inwalidzki, który nie może zrobić nic bez pomocy innych, którzy podaliby mu jakieś przedmioty, by mógł je sortować rękoma, czy też człowiek niewidzący. Sens jego życia może polegać na tym, by zrozumiał, dlaczego nie widzi i co bez względu na to może zrobić dla całej ludzkości. Czy to nie jest przepełnione sensem - powiedzieć: “W ciągu całego swojego życia nauczyłem się cierpliwości. I jeśli Bóg przyjdzie i powie mi: “Dziecko Moje, a co zrobiłeś przez całe swoje życie, które przeżyłeś?”, odpowiem Mu: Boże, okazywałem cierpliwość. A co powie Bóg? Że nie zrobiłeś nic szczególnie wielkiego i duchowego, gdyż nie prowadziłeś rozmów, nie byłeś misjonarzem, czy mnichem? Czyż twoje czyny nie są wielkie same w sobie?

Dni naszego życia mijają, a co robisz ty? Okazujesz cierpliwość. Poczuj swoją wartość we wszystkim, co robisz. Uświadom sobie godność, którą daje ci Bóg, zrozum, że Bóg cię kocha, On nie karci cię, a szanuje.

Bóg chce, byś poczuł tą cześć i chwałę, którą On ci daje, i mówi:
- Dziecko moje, Kocham cię! Świat może oczekiwać od ciebie wiele, ktoś może obwiniać cię i nazywać tak lub inaczej: niepotrzebnym, nieudacznym, upośledzonym. Ale dla Mnie ważne jest to, co robisz: ten fakt, że jesteś w małżeństwie 4 lata, oczekujesz dziecka i choć ono ciągle jeszcze się nie urodziło, czekasz - cała ta twoja cierpliwość, wytrzymałość, upór, nadzieja. Przecież masz wiarę, Moje dziecko, czy to mało? Wierzysz w Bożą siłę, czekasz i nie rozczarowujesz się. Czy to mało?

Oto co robisz: zmieniasz się i przeistaczasz się. To coś wielkiego - mijają dni a twój umysł, idee, poglądy zmieniają się, byś nie pozostawał ciągle tym samym, jeśli tylko to, co robisz, nie ma związku z miłością, ponieważ miłość należy odczuwać zawsze. W tej kwestii nie zmieniaj się - kochaj zawsze. Miłość trzeba mieć w sobie zawsze, a co do innych idei - dziwnych, niezdrowych, chorobliwych, najcenniejszych - zmieniaj się, odetnij się od nich. Oderwij swój umysł od tego, o czym myślisz i zmień swój tok myślenia.

Kiedy starzec Porfiriusz był jeszcze młody początkowo podczas spowiedzi bywał bardzo srogi.
- Minęły lata - mówi starzec Porfiriusz - i wtedy zrozumiałem cierpienie ludzi, trudy walki ze słabościami, a przede wszystkim - miłość Boga, która zmiękczyła również mnie, i spojrzałem na ludzi zupełnie inaczej. Mijały lata mojego życia, zmieniało się moje myślenie, zmienił się smak Boga w moich ustach, w Św. Eucharystii. Zmienił się smak Boga w moim sercu i zacząłem rozmawiać z ludźmi zupełnie inaczej. Przestałem być tym surowym duchownym, który wytykał błędy, krytykował, nakładał epitemie i osiągnąłem łagodność, dobroć oraz silną modlitwę. Starałem się przemienić duszę człowieka miłością, a nie strachem i w ten sposób przez własną przemianę zacząłem zmieniać ludzi.

archimandryta Andrzej (Konanos)

za: pravoslavie.ru

fotografia:  Sheep1389 /orthphoto.net/