Przemyślenia w czasie kwarantanny

tłum. Justyna Pikutin, 31 marca 2020

Przez cały dzisiejszy dzień milczę. Już od kilku dni nie miałem kontaktu z ludźmi. Nie ukrywam: niemało dni w ciągu roku spędzam właśnie w ten sposób. W milczeniu i odosobnieniu. Dla mnie osobiście nie ma w tym nic niezwykłego, czy zadziwiającego (choć niektórzy z was patrząc na moje zdjęcia, selfie itp. wnioskują, że całymi dniami biegam po mieście w szalonej radości i dobrze się bawię 24 godziny na dobę! To iluzja tworzona przez obrazy i środki masowego przekazu. Zdjęcia, które ktoś zrobił w ciągu 2-3 dni, mogą wisieć przez dłuższy czas - nawet miesiącami i stwarzać wrażenie, że nigdy nie siedzisz w miejscu, że jesteś to tu, to tam i żyjesz dynamicznym życiem).
Ale dzisiaj nie mówimy o mnie.

Dzisiaj powiemy o nas wszystkich. Zamyśliłem się nad tym, jak zmieniło się nasze życie. Wszystko zostało zatrzymane, zamrożone, zamknięte. Pomyślałem o tobie. Siedzisz w domu i jest ci ciężko. To wbrew twojej woli, przecież nie jesteś pustelnikiem czy introwertykiem. Siedzisz w domu z przymusu dlatego, że takie są zalecenia. Siedzisz w domu z miłości, wiedząc, że to niezbędne dla twego dobra, dobra nas wszystkich i wszystkich tych, których kochamy.

Siedzisz w domu również ze strachu i powszechnej bezbronności.
Pomyślałem też o wszystkich tych, którzy duszą się w psychologicznej bezsilności - to ludzie samotni, którzy znaleźli się w czarnej otchłani pustyni, milczenia i osierocenia duszy.

W te dni budzę się rano i choć słońce zwraca się do mnie słowami: “Uśmiechnij się, spójrz jak pięknie zapowiada się nadchodzący dzień”, to jednak szybko przychodzi inna rzeczywistość i przypomina mi o zagrożeniu, o strachu, o gnającym czarnym jeźdźcy, który uniesie wielu z naszej planety.
Wszystko, co ma miejsce w ostatnich tygodniach, zmusiło mnie, by zastanowić się nad tym, jak ograniczony jest nasz świat. Nad tym, jak szybko i niepostrzeżenie upływa nasze życie.

Zamyśliłem się - nie ukrywam - nad śmiercią. Często o niej zapominam w swojej aktywnej działalności. Tak przywykłem do zachwycania się życiem, jego kolorami i aromatami, muzyką, sukcesami, smakami, soczystymi napojami, teatralnymi rolami, ludźmi, że w pewnej chwili zacząłem czuć się jak jedyny spadkobierca tej ziemi, osiągnąłem psychologię człowieka, który ma jedno ubezpieczone miejsce zamieszkania - właśnie tutaj.

Tutaj. Na tym pięknym świecie, wśród moich wspaniałych sąsiadów, w mojej wspaniałej Ojczyźnie.
A tu nieoczekiwanie przyszło coś niewidzialnego, niewidocznego, mikroskopijny wirus i przypomniał mi o tym, że przyjdzie koniec. Nawet jeśli dla mnie i dla ciebie - nie teraz. To na pewno przyjdzie. Mam swój “termin ważności” na tym świecie i w tej postaci. “Jestem u was osiadłym przybyszem” (Rdz 23,4) Stoję na peronie metra i czekam na moment, kiedy zostanę wezwany, by wejść do pociągu: wchodź! A ja jestem tak oczarowany pięknem dworca, że nie odpowiadam, ponieważ nie jestem w stanie oderwać się od niego.

W pewnej chwili zrobiło mi się strasznie. Przestraszyłem się. Rozczarowałem się. Załamałem się. I pytanie “dlaczego” nie przestawało dręczyć mej duszy, w poszukiwaniu odpowiedzi i z poczuciem jakiejś niesprawiedliwości: “To, co się dzieje na świecie, jest tak niesprawiedliwe”.
Tyle trudu, tyle potu - duchowego i cielesnego: nauka, przemęczenie, praca, marzenia, zakupy, nieruchomość, własność, inwestycja, plany, zamiary, sny, bicie serca, relacje, obietnice, zobowiązania, umowy, rachunki, wszystko co wypracowaliśmy z nadzieją i chęcią! Wszystko okryte woalem ciągłego odnawiania i wiarą w to, że przyjdzie coś jeszcze i jeszcze, i jeszcze. Niestrudzone pragnienie rozwoju: później zrobię jeszcze to i to. A potem pójdę jeszcze tam. To rozkosz kreatywności, która daje ci coś z Boskiego “światopoglądu.”
To wiara w to, że rozwijanie woalu radości nie będzie miało końca.
Ale przychodzi wirus i wielu nieoczekiwanie mówi “Stop”.

Być może tym razem nie mi. Być może. Ale powiedział to już tylu moim bliskim na tym świecie. I powiedział to już niektórym moim rodakom. Zerwał wszystko. Bez pytania, bez pozwolenia, bez jakiegokolwiek osądzenia, rozumiesz? Żadnego: “Porozmawiajmy!” O tym, by miał też mnie na względzie, to czy ja zechcę, czy się zgodzę, czy będę gotowy, czy mam rodzinę, dzieci, psy, koty, które zapłaczą nade mną i będą żałować, kiedy mnie zabraknie.
Nic. Nagła i brutalna śmierć, niewyobrażalnie obojętna na najbardziej rzewne łzy.

Otwieram lodówkę, jest pełna. Zrobiłem zakupy na kilka dni. Piję sok pomarańczowy i zjadam 3 cynamonowe bajgle. Pyszne! Jak wspaniale jest żyć, cieszyć się, być zdrowym, odczuwać, że płynie w tobie rzeka życia, oddech Boga, który cię uskrzydla.
Tylko modlitwa wychodzi mi lekko w te dni: rozmawiam z Bogiem i informuję Go o wszystkim - o moich wątpliwościach, o rodzinie i przyjaciołach, o naszej bezbronności, o tych wszystkich, którzy są chorzy i tych, którzy jeszcze zachorują i zapewne umrą. Tak mówią... Nie mogę w to uwierzyć i nie chcę.

Nie martwią mnie różnego rodzaju spory. Nie wchodzę w nie i nie męczą mnie one, dlatego że koniec końców wszystkich nas na końcu czeka... koniec. Jeśli nie teraz, to niedługo. Nawet jeśli w odległej przyszłości.
Nieładne i samolubne są spory ludzi stojących na progu śmierci. Czy możesz mi z całą pewnością powiedzieć, jak będzie wyglądał u ciebie ten dzień?
Krzyki i kłótnie. Nawet o Chrystusa. W takie dni! Ze wszystkich stron. Bez hamulców. Ugrupowania i partie, grupy i grupki. Dzikie pragnienie czegoś i zupełne zapomnienie Chrystusa!
W nastroju “my wam pokażemy”, “oto jak powinno być, a ty nic nie rozumiesz”, “nawet nie wiesz, co cię za to spotka”, “jesteś uczonym bezbożnikiem, niegodziwcem”, “jesteś beznadziejnym chrześcijaninem”, “to ty jesteś wszystkiemu winien”, “zgiń, przepadnij i zostaw nas w spokoju”.

Nie dające się zaspokoić pragnienie samousprawiedliwienia - usprawiedliwić się, udowodnić, że mam rację, że to, co robię, robię dobrze, że jestem dobry, lepszy od ciebie, a ty jesteś złym, mrocznym, ignoranckim i zagubionym człowiekiem.

Jedyne mądre zachowanie w te dni dla mnie osobiście - to zostać w domu i modlić się, kiedy mogę i kiedy chcę się pomodlić. Mówię o wewnętrznej modlitwie w sercu, modlitwie pełnej milczenia, miłości i szczerości. Jak u Chrystusa, Który upadł na ziemię i całą noc modlił się w Ogrodzie Getsemani. On robił tak przez wiele nocy Swojego życia, modląc się za cały wszechświat.

Uczeni - święci naszych czasów - robią i niech robią wszystko, co w ich siłach i co są w stanie, ponieważ nasze możliwości są niewielkie.
Politycy, lekarze, pielęgniarki, duchowni, nauczyciele, psycholodzy i psychiatrzy, policjanci, biznesmeni, sportowcy, artyści, filozofowie, myśliciele, poeci, prości pracownicy, robotnicy zakładów i rolnicy, ludzie władający humorem i darem nawiązywania kontaktu, pocieszania i siły - wszyscy jesteśmy powołani, by stać się “cudotwórcami” tych dni.
I przeżyć cud miłości i jedności (na tyle, na ile można zjednać nasze... dżungle!), szacunku, cierpliwości oraz ofiarności!

Skupmy się na istocie, która jest śmiertelnym wrogiem wirusa i napełnijmy się nadzieją na Nieśmiertelność Miłości! Wszyscy, którzy wierzymy, pokażmy Chrystusa nie tylko w publicznych wypowiedziach, a w “płomieniu” kochających serc, które mogą bić tak jak serce Chrystusa - tak jak Słońce, a nie jak śnieg!

I rzeczywiście - zostańmy w domu. Za pomocą Internetu możemy podróżować, kiedy zechcemy, robić zakupy, rozmawiać, kontaktować się ze znajomymi, dzielić się przemyśleniami, troskami, nadziejami i oczekiwaniami.
Stańmy się niewielkimi ascetami w te dni. I jeśli zrobimy to w duchu miłości, to wypełnimy najwspanialszy post w obliczu Boga!!!
Wszystko pozostałe - wiesz, o tym mówi się bezustannie: o higienie, o myciu rąk itd. itp. Zapewne zawracam ci głowę, ale pomyślałem, że skoro czytasz teraz ten tekst, to nie masz nic lepszego do roboty.
A jeśli nie, to wybacz mi, że straciłeś przeze mnie ten czas.

archimandryta Andrzej (Konanos)

za: pravoslavie.ru
 
fotografia: Stefka /orthphoto.net/