Misterium chrztu Chrystusa

tłum. Gabriel Szymczak, 06 stycznia 2020

W tym tygodniu Cerkiew przechodzi od święta Bożego Narodzenia do święta Teofanii - celebracji chrztu Chrystusa. Celem tego święta nie jest jednak upamiętnienie kolejnych wydarzeń historycznych (chrzest Chrystusa następuje co najmniej 30 lat po Jego narodzinach) - to święto przenosi nas raczej w głąb tajemnicy Chrystusa i Jego zbawienia świata.

Wielu chrześcijan, czytając relacje ewangeliczne o chrzcie Chrystusa, nie ma pewności, co sądzić o tym wydarzeniu. Akceptują wyjaśnienie przekazane św. Janowi przez samego Chrystusa: „Godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe”, chociaż nie do końca są pewni, co On przez to rozumie. Nie pojmują, dlaczego Chrystus poddał się temu działaniu Jana (przy czym nie było to wymagane przez Prawo - było raczej proroczym czynem św. Jana).

Wydaje się, że sam św. Jan nie rozumie celu chrztu Chrystusa. Powiedziano mu, że „Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim” jest Mesjaszem - ale poza tym otrzymuje niewiele informacji. Będąc świadkiem chrztu Chrystusa i widząc spoczywającego na nim Ducha, słyszy głos: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mateusz, Marek i Łukasz świadczą o tym głosie). Później ta manifestacja Trójcy (Chrystusa w wodzie, zstępującego Ducha, Głosu Ojca - stąd nazwa „Teofania”) celebrowana jest przez Cerkiew.

Ale sam tekst, na swoim dosłownym poziomie, pozostaje dla nas tajemnicą, bez kontekstu i znaczenia. Tradycja Cerkwi widzi chrzest Chrystusa w kontekście Paschy (Wielkanocy), ponieważ w kontekście Paschy Chrystusa widzi wszystko. Chrzest Chrystusa jest zapowiedzią (i to nie tylko literacką) Jego ukrzyżowania i zejścia do Hadesu (tak jak nasz własny chrzest jest postrzegany przez św. Pawła jako chrzest w „śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa”).

Takie możliwości wielorakich znaczeń i objawienia większego sensu w dosłownym opowiedzeniu historii sugerują, że sam świat nie powinien być pojmowany wyłącznie w swojej dosłownej manifestacji. Jest tu coś więcej, szczególnie w działaniach Boga.

O. Andrew Louth w swojej książce Discerning the Mystery (Rozpoznając Tajemnicę) mówi:
„Jeśli spojrzymy wstecz na Ojców i tradycję, aby znaleźć inspirację co do natury teologii, znajdziemy jedną rzecz, przy której należy się zatrzymać i którą trzeba omówić bardziej szczegółowo: jest to używanie przez nich alegorii w interpretacji Pisma Świętego.
Widzimy już, że dla nich nie był to zbyteczny, stylistyczny nawyk, coś co dość łatwo możemy oderwać od pnia teologii patrystycznej. Raczej wiąże się to z całym ich rozumieniem tradycji jako milczącego wymiaru życia chrześcijańskiego: alegoria jest sposobem wejścia na „margines milczenia”, który otacza wypowiadane przesłanie Pisma Świętego, jest sposobem dostrzeżenia żywych głębin tradycji z perspektywy litery Pisma Świętego. Oczywiście kwestia alegorii u Ojców jest złożona (i często nadmiernie komplikowana przez nasze własne zakłopotanie alegorią); ale niezależnie od języka, którego ojcowie używają do opisania swojej egzegetycznej praktyki (a i tutaj nie ma wielkiej spójności), wszyscy interpretują Pismo Święte w sposób, który nazwalibyśmy alegorią, a allegoria jest zwykłym słowem, którego Ojcowie Łacińscy używają od czwartego wieku, aby scharakteryzować głębsze znaczenie, którego poszukują w Piśmie Świętym.”

Przytoczyłem fragment tekstu o. Louth’a, aby coś zaproponować. Jego charakterystyka poszukiwania „głębszego znaczenia” jest cechą patrystycznej myśli o Piśmie Świętym. Nie wszyscy nazywają to „alegorią”, tak naprawdę było to i jest nazywane wieloma określeniami (theoria, itp.). Jednak wszyscy przyjmowali zdroworozsądkowo, że za tekstem lub poza nim stoi coś, z czym muszą się zmierzyć. Poziom samego tekstu (dosłowność) był jedynie powierzchnią. Coś większego można było znaleźć w środku i pod nim.

Od czasu do czasu pisałem o tym temacie pod hasłem ikoniczność – to słowo używane do określenia referencyjnego charakteru nie tylko czytanego tekstu, ale świata, w którym żyjemy. Świat jako czysty przedmiot, jako zbiór samodzielnych i samowyjaśniających się rzeczy (których ludzie są również przykładami), jest światem obcym dla postrzegania przez tradycyjne chrześcijaństwo. W naszym zsekularyzowanym świecie jest to ten płaski, pozbawiony odniesień świat, który stał się wspólnym światem wierzących i niewierzących.

Niewierzący mogą pozwolić nam na luksus wiary w to, że coś ma odniesienie poza sobą, ale robią to tylko jako uprzejmość, przez wzgląd na interes społeczny. Pozwalamy innym wnioskować o znaczeniu (tam, gdzie po świecku nic nie istnieje) po prostu z szacunku dla ich woli. Jeśli chcesz, aby świat miał punkt odniesienia, uszanuję to, pamiętając jednak, że jest to tylko „twoja prawda”.

Klasyczne chrześcijańskie twierdzenie to nie to samo, co kurtuazja relatywistyczna. Tekst ma głębsze znaczenie nie dlatego, że wyciągnąłem z niego wnioski, ale dlatego, że je dostrzegłem. Znaczenie jest rzeczywiste i prawdziwe. Faktycznie, w klasycznym chrześcijańskim twierdzeniu prawdę rzeczy (a nie tylko tekstów) można znaleźć właśnie w ich referencyjnym charakterze i w tym, do czego się odnoszą.

Poznać osobistego Boga to poznać Boga w taki sposób, w jaki znane są osoby. Istota osoby ma zawsze nieskończoną jakość (a szczególnie jest tak w przypadku Boga). I ta zawartość zawsze ma również jakość referencyjną. Zatem poznanie Chrystusa to także poznanie Go jako Syna, a więc Syna Ojca. „Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić” - mówi Chrystus. Osoba Ojca bowiem (jak wskazuje nam objawione imię) jest zawsze odniesieniem dla Syna (tak jak Syn jest odniesieniem dla Ojca).

I trzeba to powiedzieć nawet o osobach ludzkich. Nigdy nie poznamy siebie ani wyczerpująco, ani w sposób prostacki, zgodny ze współczesnym obiektywizmem - ponieważ każdy z nas, wykonany z lękiem i cudownością, ma również nieskończone odniesienie. Tak więc znajomość drugiej osoby można lepiej opisać jako relację lub uczestnictwo. Nie może to oznaczać zrozumienia.

To samo dotyczy tekstu Pisma Świętego. Czytanie tekstu Pisma Świętego bez stałego i trwałego poczucia, że jest tu więcej, niż widzę lub rozumiem, oznacza nieczytanie Pisma Świętego w ogóle, a przynajmniej jego złe czytanie.

Św. Antoni Wielki został kiedyś zapytany przez filozofa, gdzie są jego książki. Odpowiedział: „Moja książka, filozofie, to świat”. Św. Paweł również widzi ten aspekt stworzenia: „Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła” (Rz 1, 20).

Ta zdolność tworzenia dla większości współczesnego świata stała się mętnością stworzenia. Nie widzimy nic poza samą rzeczą. Współczesnemu człowiekowi grozi utrata umiejętności odczytania odniesień o sobie. A wraz z tą stratą przychodzi zanik wszystkiego, łącznie z nim samym.

Świat i wszystko, co w nim jest, jest nam dane jako ikona - nie dlatego, że samo w sobie nie ma żadnej wartości - ale dlatego, że jego wartość jest darem Boga - i widać to w jego ikoniczności.

W Teofanii wody świata okazują się zarówno Hadesem, jak i bramą Raju. Na drodze Chrystusa w Cerkwi i przez Cerkiew wszystko objawia się jako takie miejsce. Jesteś moim wejściem do Raju tak wyraźnie, jak możesz być również moim wejściem do Hadesu. Sama miłość ujawnia rzeczy takimi, jakimi są, i przekształca je w to, co od zawsze było ich przeznaczeniem. To jest dar Boży.

o. Stephen Freeman

za: Glory to God for All Things

fotografia: bogdan /orthphoto.net/